Turystyczne podsumowanie roku 2019, cz. I



 
Rok 2019 był dla mnie (#zatrwozonyturysta) wyjątkowy. Przede wszystkim spełniłem swoje marzenie o przejściu Camino. Poza tym odwiedziłem aż 8 zagranicznych krajów (mój rekord), leciałem samolotem 22 razy (mój drugi rekord), pierwszy raz nocowałem na lotnisku.

Długo zajęło mi dojrzewanie do intensywnego podróżowania, ale teraz z każdą wycieczką nabieram więcej odwagi i niezwykle mnie to raduje. Jestem bardziej otwarty na nowe przygody i stawiam sobie coraz większe wyzwania turystyczne. Miesięczny pobyt zagraniczny w Portugalii, Hiszpanii i Włoszech to najlepszy dowód, a gwarantuję, że nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

W trzech kolejnych częściach spisałem swoje wspomnienia podróżnicze z ubiegłego roku. W sumie odbyłem 19 wycieczek.

Tradycyjna uwaga metodologiczna: każdą wyprawę opisuję tak, jakbym odbył ją samotnie, co może być nieco mylące (bo czasami miałem towarzystwo – zawsze świetne – miniony rok był pod tym względem cudowny), lecz taka forma wydaje mi się najbardziej odpowiednia.

Mam nadzieję, że moje reminiscencje staną się dla was inspiracją do eksplorowania świata na własną rękę. Warto podróżować i postaram się to udowodnić.

Zaczynamy! (Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa).



Wycieczka nr 1 (26-28 stycznia, sobota-poniedziałek – Edynburg)


De facto, wylądowałem w Edynburgu już w niedzielę, ale podróż rozpocząłem w sobotę. Z samolotu wysiadłem po północy. Stolica Szkocji ma idealne połączenia z lotniskiem, nawet nocą, więc późny przylot nie jest żadnym problemem i po niedługiej jeździe piętrowym autobusem wysiadłem na moście, przy dworcu, skąd pieszo udałem się do hotelu. Tym razem postanowiłem nieco zaszaleć i wybrałem ekskluzywny nocleg. W sumie mi się to jednak opłaciło, bo codziennie donoszono mi nowe posiłki i napoje, toteż bardzo oszczędziłem na jedzeniu na mieście.


Zwiedzanie Edynburga zacząłem od przechadzki nad Morze Północne, które widziałem pierwszy raz w życiu. Pogoda w trakcie wyjazdu mi dopisała – czytaj: nie było deszczu. Chłód (około 5 stopni) nie przeszkadzał ani mi, ani licznym tu „morsom”, które ciągle wskakiwały do zimnej wody.


Wybrzeże wraz z promenadą jest bardzo długie i sprzyja spacerom, lecz mocny wiatr w końcu wygonił mnie spod plaży. W drodze powrotnej przyjrzałem się lepiej miejscowej architekturze, która jest bardzo ciekawa, zwłaszcza w połączeniu z górskim krajobrazem.


Główną inspiracją do odwiedzin Szkocji było zobaczenie najsłynniejszego polskiego mieszkańca Edynburga. A dokładniej rzecz ujmując, to Persa, a jeszcze dokładniej Syryjczyka urodzonego w Persji, a najdokładniej Syryjskiego Niedźwiedzia Brunatnego urodzonego w Persji :)

Trochę to skomplikowane, przyznajmy, ale o nietuzinkową postać tu chodzi, czyli Niedźwiedzia Wojtka, bohatera bitwy pod Monte Cassino. W stołecznym mieście spędził znaczną część swojego życia, gdyż po zakończeniu II wojny światowej wylądował w miejscowym zoo, gdzie zmarł. Bohaterski miś jest ciągle bardzo czczony i ma duży pomnik w reprezentacyjnym miejscu, w pięknym parku Queen Street Gardens.


W czasach życia Wojtka Polacy przebywający na wyspie byli przeważnie żołnierzami. Dzisiaj mieszka ich tutaj znacznie więcej i pracują we wszystkich zawodach. O ich sporej liczbie najlepiej świadczy prosty fakt: w miejscowej katedrze na siedem niedzielnych mszy św., aż dwie są odprawiane w naszym języku.

Swojskie wyrazy słyszałem też często w muzeach. Wizytą w dwóch z nich postanowiłem wypełnić sobie resztę czasu, który mi został. O tyle łatwiej było podjąć taką decyzję, że do obu placówek można wejść za darmo. Zaoszczędzone pieniądze wydałem na magnesy.

Nieoczekiwanym prezentem dla mnie była wystawa dzieł Williama Turnera (jeden z moich ulubionych malarzy) w National Scottish Gallery. Dowiedziałem się o niej zaledwie kilka dni przed przylotem. Ekspozycja nie zawiodła mnie.

Dużo atrakcji zapewniło mi także National Museum of Scotland. Łatwiej napisać, czego tam nie ma. To ogromne, wielopiętrowe muzeum mieści w sobie zbiory przyrodnicze, techniczne, dotyczące kultury z całego świata oraz, co oczywiste, historii Szkocji. Imponująca wystawa, bardzo interaktywna, w nowoczesnym stylu. Jedyna wada, to leży nieco na uboczu, i trzeba zejść ze szlaku, by do niego dotrzeć. Ale zdecydowanie warto. Nikt nie pożałuje.


Edynburg ma przyjemnie kompaktowe centrum, trudno się tu w zasadzie zgubić. Sprowadza się ono do jednej głównej ulicy, która zaczyna się od zamku (z oddali prezentuje się bardziej efektownie niż z bliska), a kończy na pałacu Holyrood. 


Po drodze, w trakcie spaceru, warto rzucić okiem na pomnik wybitnego filozofa Davida Hume’a, a także zajrzeć do przepięknej Katedry św. Idziego, która robi znacznie lepsze architektoniczne wrażenie niż główna świątynia katolicka.


W poniedziałek rano udałem się jeszcze na wzgórze Calton Hill, skąd rozciąga się fantastyczna panorama całego miasta. Doskonale widać z niej centrum miasta, morze i dzielnicę portową, a także rozsiane tu i ówdzie góry. Był to jeden z najpiękniejszych krajobrazów w ciągu minionych 12 miesięcy i długo tkwił w mojej głowie w trakcie kilkugodzinnego lotu powrotnego do Polski.

 



Wycieczka nr 2 (9-13 lutego, sobota-środa – Ateny, Pireus)


Z kolejną wycieczką nie czekałem zbyt długo, bo tylko dwa tygodnie. Tym razem ruszyłem na południe Europy, w poszukiwaniu słońca. I znalazłem je, gdyż pogodę miałem w Grecji wyborną. Było bardzo ciepło, chodziłem nawet w podkoszulku z krótkim rękawem.


Dla mnie, jako filozofa z wykształcenia i zamiłowania, wizyta w Atenach była dużym przeżyciem. Realizację planu ułatwiły niezwykle tanie bilety lotnicze (200 zł w obie strony). Hotel tym razem miał niższy standard niż w Edynburgu, za to znajdował się w dzielnicy, która gwarantowała sporo nocnych rozrywek. Ateny w tym względzie mają wiele do zaoferowania – zaufajcie mi, wiem, co piszę :) Było dużo lokalnego wina, były narodowe tańce, była piękna grecka muzyka. Oszołomiony tym wszystkim, już pierwszej nocy spadłem w jednej z restauracji ze schodów, co skończyło się dosyć bolesną kontuzją prawej nogi, która towarzyszyła mi jeszcze długie tygodnie. Za chwilę przybyło mi kolejne zmartwienie, ale… warto było!

W Atenach można się nocą pięknie bawić, ale także zobaczyć coś ciekawego za dnia :) Chociaż nie przepadam specjalnie za zbyt długim przesiadywaniem w jednym mieście, to stolica Grecji godna była zmiany zwyczajów. Spędziłem tam 4 dni (powrót do Krakowa w środę rano, więc nie doliczam), lecz okazało się to za mało na to miasto, przydałaby się jeszcze jedna doba. Między innymi nie udało mi się odwiedzić Muzeum Akropolu, a także wspiąć na kilka okolicznych wzgórz (Lycabettus!). Nie mówiąc o kąpieli w Morzu Egejskim :) Wniosek prosty: mam powody, by tu wrócić, więc może zrobiłem to celowo.


Turystyczne aktywności rozpocząłem od oglądnięcia zmiany warty honorowej pod parlamentem Grecji. Wywołała ona moje rozbawienie, bo kroki żołnierzy były wyjątkowe komiczne. Poruszali się wolno, wysoko podnosząc przy tym nogi, jakby rywalizowali między sobą, kto uniesie wyżej. Więcej z tego przedstawienia zrozumiałem w trakcie wizyty w restauracji, gdy kolejni Grecy wychodzili na parkiet, by samotnie zatańczyć na oczach wszystkich. Ich ruchy były podobne do tych wykonywanych przez kadetów. Razem z nostalgiczną helleńską muzyką graną na żywo tworzyły harmonijną całość. Tak jak w prawdziwej filozofii i geometrii. Pitagoras musiał być Grekiem.


Tak samo jak i Sokrates, Platon oraz Arystoteles. Żyli w Atenach, tworzyli tu wielkie idee i kształtowali losy miasta, wychowując obywateli. Oczywiście, postanowiłem znaleźć ślady ich obecności, by choć trochę dotknąć ich geniuszu. Na miejscu Akademii Platona i Liceum Arystotelesa znajdują się wykopaliska. O pierwszej z nich ma przypominać Akademia Ateńska, przed którą znajduje się pomnik autora „Państwa”. Znaleźć też można na wzgórzu Filopappou więzienie, gdzie uwięziony był Sokrates, chociaż trzeba się go trochę naszukać, a nawet Grecy mają problem ze zlokalizowaniem celi. I jeszcze trochę, ale niewiele ponad to. Duch filozofii nie zaginął we współczesnych Atenach, ale też nie da się powiedzieć, że jest specjalnie żywotny. Szkoda!


Łatwiej mają w stolicy Grecji miłośnicy historii, czy sportu. W końcu tu narodził się ruch olimpijski. Odwiedzenie Stadionu Panathinaiko było jednym z pierwszych punktów programu. Imponujący obiekt, kształtem przypominający podkowę, skrywa w środku skromne muzeum igrzysk. Po powrocie na świeże powietrze, można pobiegać po bieżni, a następnie nawet stanąć na podium :)


Starożytne Ateny najlepiej zacząć zwiedzać od wizyty w Keramejkosie (dawna nekropolia; w środku muzeum ceramiki), by następnie przejść do Agory Ateńskiej, potem Biblioteki Hadriana, Agory Rzymskiej, a skończyć na majestatycznej i rozległej Świątyni Zeusa Olimpijskiego. Na wszystko można kupić jeden promocyjny bilet, który należy wykorzystać w ciągu 5 dni (jest tańszy poza sezonem). Wystarczy aż nadto, nawet jeśli poruszamy się tempem żółwia. Na marginesie, na te zwierzęta można natrafić w Keramejkosie, gdzie spacerują przez nikogo niepokojone :)


Najmilej wspominam wizytę w Agorze Ateńskiej. Ogromna przestrzeń w samym centrum miasta, otoczona zabytkami liczącymi kilka tysięcy lat. Tyle wieków minęło, a nadal pozostaje wspaniałym miejscem do filozofowania, sprzyjającym nieskrępowanemu i niespiesznemu myśleniu. Będąc w środku, łatwiej zrozumieć wybitność Platona czy Arystotelesa i wielu innych.


Na sam koniec zostawiłem sobie najlepsze, czyli Narodowe Muzeum Archeologiczne (podobno jedno z 10 najlepszych na świecie) i przede wszystkim wizytę na Akropolu. Tę przyjemność dawkowałem sobie przez kilka dni, bowiem siedziba kultu Ateny jest położona na wzniesieniu i z wielu punktów doskonale ją widać, co kończy się zawsze tak samo, czyli setkami ujęć świątyni. Chyba najpiękniejsze można zrobić z Agory Ateńskiej oraz wzgórza Filopappou. 


Akropol jest jak wisienka na torcie, esencja Aten. Tam też jest najwięcej turystów, i choć są głośni, to nie przeszkadzają. Chodzi się wytyczonymi szlakami, ale można się zatrzymać, by podziwiać dzieło człowieka, które przetrwało tak długo. To prawdziwe cuda architektury. Mało jest miast, w których tak łatwo o zachwyt.


Ślady historii są tu na każdym kroku, ale ich stała obecność czasami przygniata. By uciec od niej, warto zrobić sobie wycieczkę do Pireusu, dokąd najłatwiej udać się metrem i wysiąść na ostatnim przystanku (zresztą chyba najdłuższym na świecie). Pireus to dzielnica portowa, która zachowuje dużą odrębność w stosunku do Aten i przez miejscowych jest wręcz traktowana jako osobne miasto (przez Ateńczyków w sumie też). Spędziłem tam bardzo przyjemne popołudnie, a następnie wieczór, gdyż byłem umówiony ze znajomymi Grekami.

Wielkie wrażenie zrobił na mnie ogromny port, nieporównywalny z żadnym z tych, które są w Polsce. W skład Hellady wchodzą setki wysp, a transport pomiędzy nimi odbywa się głównie drogą wodną. Wielkie i te mniejsze promy krążą więc bez przerwy między nimi a stolicą, wpływając i wypływając z Pireusu. Warto chwilę postać i popatrzeć, jak te ogromne maszyny ruszają na pełne morze.


Zanim wróciłem do centrum Pireusu, miałem jeszcze sporo czasu, więc udałem się na spacer po dystrykcie w poszukiwaniu spokojnej plaży, by móc pogapić się w wodę, tym razem bez statków. Kilka razy zgubiłem drogę, co wyszło mi na dobre, bo dzięki temu mogłem poobserwować takie zwyczajne życie i pochodzić po okolicy, która nie pojawia się w folderach turystycznych. Bez stresu krążyłem po tych uliczkach, choć były też atrakcje. Zaliczyłem stadion, na którym co dopiero skończył się mecz piłkarski, a wracając z plaży, udało się znaleźć skrót, polegający na przejściu przez dziurę w ogrodzeniu.


Grecja to wspaniała przeszłość, trudna teraźniejszość i niepewna przyszłość. Kryzys finansowy mocno wstrząsnął miejscową gospodarką. Widać to wyraźnie po opuszczonych hotelach czy restauracjach. Puste budynki stoją i straszą, i nie da się ich przegapić, chodząc po mieście.

Niektóre dzielnice wydają się niebezpieczne, nietrudno trafić tu na dilerów narkotykowych, którzy bez skrępowania sprzedają prochy. Sam byłem świadkiem jednej takiej transakcji w biały dzień na oczach przechodniów.

Bardzo liczni są imigranci, głównie z Afryki i Azji. Ci pierwsi dominują w okolicach placu Monastiraki, gdzie szukają „przyjaciół”, których mogą obdarować bransoletkami. Wybrany zostałem i ja, i ani się spostrzegłem, a już miałem ją zawiązaną na ręce. Niestety, kiedy donator zorientował się, że nie chcę mu wręczyć żadnych pieniędzy, prezent szybko zniknął. Zostało mi tylko pozdrowienie „hakuna matata” i zaproszenie na wieczorny koncert muzyki afrykańskiej.

Najsmutniejszym widokiem są bezdomni, których jest tu pełno i żyją dosłownie na ulicy. Miasto i mieszkańcy wydają się niezainteresowani ich losem, choć na pewno ich zauważają.

Wyjazd do Aten zostanie długo w moich wspomnieniach. Niesamowite miejsce, fantastyczni ludzie, wielka historia i kultura. Jedna z najlepszych wycieczek ubiegłego roku.



Wycieczka nr 3 (16-17 marca, sobota-niedziela – Berlin)


W marcu kontynuowałem swoją podróż po europejskich stolicach, tym razem zew przygody zagnał mnie do Berlina. Chociaż zwiedziłem wszystko, co chciałem, to jednak nie do końca szczęśliwy wróciłem do Polski. Po pierwsze z powodu niewyspania, gdyż noc spędziłem na lotnisku Schoenefeld. Po drugie, nie dopisała mi kompletnie pogoda. Przez cały dzień lało, co źle zniósł mój debiutujący na wycieczce nowy plecak, który przemókł zupełnie, a wraz z nim bilet powrotny. Na szczęście udało mi się go uratować. Gorzej było z dobrym humorem.


Sam Berlin nieco mnie zaskoczył. Jego uroda nie jest nachalna. Szczerze mówiąc, spodziewałem się więcej po najważniejszym mieście najistotniejszego kraju w Europie. Podobno jednak mieszkańcy są zadowoleni, więc jeden dzień to zapewne za mało, by zakochać się w stolicy Niemiec.

Po dotarciu pociągiem do Alexanderplatz, skierowałem się w stronę sławnej Alei Karola Marksa. Niestety, bardzo długa ulica z ciekawą, komunistyczną architekturą była akurat gruntownie remontowana, toteż spacer nią był utrudniony i niezbyt zadowalający od strony estetycznej. Szybko więc skręciłem do pobliskiego parku z pomnikiem upamiętniającym polskiego żołnierza.


Po powrocie do centrum znacznie pogorszyła się aura i rozpadało na dobre. Dobrym pomysłem byłoby schowanie się w którymś ze sławnych muzeów, które razem z Katedrą lokują się na wyspie, pośrodku rzeki Sprewy. Wysokie ceny biletów i długie kolejki szybko mnie jednak odstraszyły i wolałem moknąć, niż czekać.


W drodze do Bramy Brandenburskiej krążyłem po uliczkach, szukając śladów wielkich filozofów, którzy tworzyli w Berlinie na przestrzeni wieków. Przede wszystkim chodziło mi o Georga Wilhelma Friedricha Hegla. Jego pomnik z niewiadomych przyczyn nie stoi w zbyt reprezentacyjnym miejscu, można go nawet przegapić. Wszyscy mijali monument w pośpiechu, byłem jedynym, który zatrzymał się i zadumał nad dorobkiem tego oryginalnego myśliciela. Ale bez przesady, oczywiście, i niedługo później sam ruszyłem w drogę.

Zaplanowałem sobie długi spacer, bo najpierw przeszedłem aleją Unter den Linden pod Bramę Brandenburską, gdzie pobyt – oprócz potężnej już ulewy – urozmaiciła mi manifestacja antywojenna.


Tutaj ma ona swoją wymowę, bo w okolicy jest sporo miejsc przypominających o zbrodniach nazistowskich Niemiec. Duże wrażenie robi oryginalny pomnik pomordowanych Sinti i Romów, ukryty w parku, z widokiem na Reichstag. Przestrzeń, która skłania do refleksji na temat wojny i ofiar. Nazwa Kolumny Zwycięstwa, do której udałem się następnie (około 2 km od Bramy Brandenburskiej), wydaje się jakoś nieodpowiednia.


Na sam koniec marszu znalazłem się pod pozostałościami Muru Berlińskiego. Niewiele przetrwało z budowli do naszych czasów, więc wrażenia nie były tak silne, jak się spodziewałem.


Na lotnisko wróciłem wcześniej, niż zaplanowałem. Po kolacji postanowiłem dać sobie spokój z krążeniem między kawiarniami, bowiem uznałem, że dalsze wydawanie pieniędzy nie ma większego sensu. Wolałem oszczędzić trochę Euro na kolejne wycieczki. Nocleg na krześle w hali lotniskowej okazał się mało komfortowy, ale w pełni bezpieczny. Patrole policji krążyły bez przerwy po terminalu. Z samego rana, po paru godzinach snu, wsiadłem do samolotu do Polski.

Trudna wycieczka z powodu pogody, ale zdecydowanie nie żałuję wyjazdu. Sporo różnych myśli zostało mi w głowie po powrocie.

Wycieczka nr 4 (22-24 marca, piątek-niedziela – Sopot, Sztum, Kwidzyn, Gdańsk, Hel) 


Lubię polskie morze, a dzięki tanim lotom do Gdańska przynajmniej raz na 12 miesięcy funduję sobie wycieczkę nad Bałtyk. W ubiegłym roku wyjątkowo nie był to weekend Bożego Ciała, tylko wczesnowiosenne urlopowanie. Na Pomorzu w zasadzie zwiedziłem już prawie wszystko, więc krótki wypad postanowiłem wykorzystać na nadrobienie ostatnich zaległości i wyjazd na Hel. Dopisała mi nawet pogoda. Upału nie było, ale deszczu, na szczęście, też nie.

Ważną dla mnie zmianą był wybór nowego noclegu. Tym razem zdecydowałem się na willę w dzielnicy Oliwa. To chyba najurokliwsza część Gdańska, a jej atutem, oprócz świetnej architektury, pięknego Parku Oliwskiego, jest bliskie położenie plaż i Sopotu. W sobotę wstałem skoro świt i przeszedłem 10 km do sławnego mola i z powrotem. Weekend mogłem uznać za otwarty.  



Po zjedzeniu śniadania udałem się na pobliski dworzec kolejowy (bardzo ładny, taki staromodny), skąd ruszyłem na zwiedzanie. Niestety, mój cel był oddalony o kilka przesiadek. Pierwszy postój miałem w Malborku, gdzie zmieniłem środek transportu na tak zwaną autobusową komunikację zastępczą. Szybko zlokalizowałem przystanek i wsiadłem do busa do Sztumu. 
  
To miasto słynie przede wszystkim z więzienia, i chociaż niegdyś poznałem już jedno takie miejsce w okolicy w niecodziennych okolicznościach – w Starogardzie Gdańskim (długa historia…) – to nie ono było moim powodem przyjazdu tutaj. Zabytków może nie ma zbyt wiele, raczej klasyczny zestaw: kilkusetletni kościół plus zamek. Ale oprócz tego jeszcze przyroda. W granicach Sztumu są dwa sporej wielkości jeziora, a nad jednym z nich zorganizowano plażę. Miejscowość zrobiła na mnie korzystne wrażenie. Odwiedziłem lokalną bibliotekę, gdzie mieściła się Informacja Turystyczna i pobrałem chyba rekordową liczbę ulotek, map i tym podobnych gadżetów. Prawie wszystkie polecają, by wrócić tu z rowerem.  



Ostatnim etapem sobotniego wojażowania był Kwidzyn. Jego mieszkańcy są bardzo sympatyczni i pomocni, co mogę poświadczyć całym sercem, kiedy przez jedną z nich zostałem zaangażowany w ratowanie małego kotka. Samo miasto wygląda, jakby było wymarłe. W trakcie spaceru pod Konkatedrę i dalej na dworzec autobusowy minąłem chyba rekordową liczbę pustych witryn sklepowych. Smutny to widok.

Zdecydowanie większe wrażenie robi świątynia połączona z zamkiem. Z zewnątrz całość prezentuje się imponująco. Z przyjemnością wykupiłem zwiedzanie kościoła z przewodnikiem. Trafiłem na pasjonata, bo rozgadał się ponad miarę, ale mówił bardzo ciekawie i wciągnąłem się w historię tej budowli. Mam nadzieję, że nie zwrócił uwagi na moje spojrzenia w zegarek, bowiem nie miałem zbyt wiele czasu i gonił mnie termin odjazdu autobusu. Na szczęście, zdążyłem. 



W niedzielę rano przeszedłem się po Parku Oliwskim, a na dalszą część dnia zaplanowałem przejazd na Hel. Było zbyt chłodno, by płynąć statkiem, toteż wybrałem pociąg. Po niespełna dwóch godzinach dotarłem na miejsce. Tym razem postanowiłem poplażować. Przy samym cyplu spacerowało wielu ludzi, niektórzy zostawali nawet na dłużej. Żywej duszy nie było za to w okolicach północnych półwyspu. Chodziłem po lesie i piasku niepokojony przez nikogo. Oczywiście, kąpać się nie dało, lecz nie stanowiło to żadnego kłopotu. Posiedziałem dłuższą chwilę, pogapiłem się w wodę i nawdychałem jodu. 




Na sam koniec pobytu zjadłem smaczna rybę i udałem się z powrotem do Trójmiasta na doskonale znane mi lotnisko. Podróż do Krakowa minęła bezproblemowo. Uwielbiam takie długie weekendy: nowe miejsca, trochę zwiedzania, jeszcze więcej przyrody. Polska jest piękna!


Wycieczka nr 5 (4-11 kwietnia, wtorek-wtorek – El Arenal, Son Veri, Madryt, Palma)


Po wizycie nad kolejno: Morzem Północnym, Morzem Egejskim i Morzem Bałtyckim, przyszedł czas na wycieczkę nad ten akwen, który od kilku lat jest najbliższy memu sercu, czyli Morze Śródziemne. Wreszcie wykąpałem się w słonej wodzie – nawet kilka razy, a także zdążyłem się poopalać, gdyż pod sam koniec pobytu nad Majorką wyszło słońce. Wcześniej pogodę miałem słabą – było zimno, pochmurnie i tak bardzo wietrznie, że po każdym spacerze po El Arenalu i do Son Veri bolała mnie głowa.

 
Atrakcji dostarczyły mi więc wycieczki. Krótsza była do Palmy, gdzie zaliczyłem wizytę w Katedrze. Ta świątynia zachwyca mnie za każdym razem, gdy tam jestem. Teraz panowała w niej atmosfera zbliżających się świąt Wielkiej Nocy, bo kościół licznie wypełnili wierzący oraz turyści.


Palmę jednak znam doskonale, nastawiałem się bardziej na Madryt. Już od kilku lat planowałem wyprawę do stolicy Hiszpanii, lecz teraz w końcu mi się udało. Wylądowałem skoro świt na miejscowym lotnisku, które jest największe, na jakim kiedykolwiek byłem. Niestety, łatwo się zgubić pomiędzy terminalami, ja przemieszczałem się tak szybko, że wyszedłem na inny przystanek autobusowy. Niepokój zwiększał się tym bardziej, że pojazd długo nie nadjeżdżał, co dało mi czas na podpatrzenie, jak wygląda praca na tak ogromnym aeroporcie.

Na dworcu Atocha zameldowałem się około godziny później. Przygotowałem sobie mapkę zwiedzania (jak zawsze) i była ona mi bardzo pomocna (w Edynburgu czy Atenach prawie w ogóle z niej nie korzystałem), bo czekało mnie mnóstwo chodzenia. Niestety wiele z kilometrów, które przeszedłem, pokonywałem w deszczu, na szczęście mniejszym niż ten z Berlina.


Pierwsze kroki skierowałem do parku Retiro, gdzie zrobiłem sobie przerwę na śniadanie :) Jadłem je szybko, bo z zimna aż mi zgrabiały palce. Tak to jest, jak się Hiszpanię zwiedza w kwietniu…

Niestety o tak wczesnej godzinie Pałac Kryształowy był zamknięty, a mi nie chciało się czekać. Wnętrze oglądnąłem więc przez szybkę, a Pałac Velazqueza wyłącznie z frontu.


Na widoku znajdowała się za to piękna Fontanna Kybele, ale dostęp do niej był utrudniony, gdyż ulokowano ją w samym środku ruchliwego skrzyżowania. Przechodziłem tamtędy w drodze do jednego z najważniejszych punktów wycieczki, czyli stadionu Santiago Bernabeu, gdzie gra Real Madryt. Od Atochy dzieli go odcinek w linii prostej ok. 6 km, lecz co to dla mnie :) Na miejscu cyknąłem kilka fotek i wróciłem do centrum. Nastał czas na zabytki!


Najważniejszy z nich to oczywiście Katedra Almudena. Dzięki temu, że Madryt w tej okolicy jest dosyć pagórkowaty, można uchwycić ją na zdjęciu z odpowiedniej wysokości i dystansu.

Świątynia z tej perspektywy wydaje się ogromna, przytłacza wręcz całe otoczenie, nawet pobliski Pałac Królewski jawi się mniejszy niż w rzeczywistości. Kiedy jednak wejdzie się do środka kościoła, nie imponuje on już tak rozmiarami, ale zachwyt wciąż się utrzymuje. Spędziłem w Katedrze sporo czasu, oglądając wszystkie cenne relikwie i eksponaty.


Almudena była ukoronowaniem dnia w Madrycie, chociaż nie jego zwieńczeniem. Pałac Królewski obejrzałem zza ogrodzenia, a z nieco bliższej odległości starożytną Świątynię Debod, która była podarunkiem władz Egiptu dla stolicy Hiszpanii. Położona na wzgórzu budowla w krajobrazie chłodnego wczesną wiosna Madrytu prezentowała się, jakby spadła z kosmosu. Jej odrealnionych kształtów pilnie strzegli ochroniarze, co chwila zwracający mi uwagę, gdy przekraczałem linię, za którą nie mogłem przejść. Szybki rzut oka na kolejkę zniechęcił mnie, by w niej stanąć, więc wróciłem najpierw pod Katedrę, a później bocznymi uliczkami z kilkoma przystankami w kolejnych kościołach, dotarłem do rynku z efektownymi kamienicami.


Na sam koniec pobytu pozostało mi już tylko znaleźć przyjemną restaurację, gdzie posiliłbym się przed odlotem na Majorkę. Trafiłem doskonale: zjadłem pyszny obiad wraz z deserem.

Plan wycieczki po Madrycie zrealizowałem w pełni. Celowo pominąłem kilka punktów na mapie, by mieć poczucie niedosytu. Wizytę w muzeach Prado i Narodowym Centrum Sztuki Królowej Zofii, zostawiłem sobie na kolejny raz, który połączę z wyprawą do innego miasta. W tak przemyślny sposób uknułem kolejną podróż do stolicy Hiszpanii. Może wrócę jeszcze w tym roku?



Wycieczka nr 6 (3-5 maja, piątek-niedziela - Sandomierz)


Moją ulubioną tradycją podróżniczą jest weekend majowy w Sandomierzu. W ubiegłym roku był on wyjątkowo długi, bo można było go rozpocząć już w środę. Ja postanowiłem udać się do najpiękniejszego miasta w Polsce w piątek.

Prognozy zapowiadały chłód i deszcz, lecz w zasadzie sprawdziły się tylko w pierwszym dniu. W sobotę i niedzielę było ciepło i nadzwyczaj pogodnie. Korzystałem więc z tych warunków nader ochoczo, lecz robiłem przerwy na wizyty w kinie i muzeach.


Sandomierz w tym czasie przyciąga bowiem nie tylko swoimi zabytkami, lecz festiwalem filmowym, w trakcie którego za niewielką cenę (lub za darmo) można oglądać najlepsze dzieła kinematografii polskiej i światowej, i spotkać się z twórcami. Atrakcji zawsze jest multum, czasem trzeba nawet wybrać i zrezygnować z czegoś.


Każdy pobyt w tym mieście jest wspaniały, ten nie był wyjątkiem. Niestety, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Przed wyjazdem odwiedziłem nowy dworzec autobusowy. Prezentuje się nieźle, zdecydowanie lepiej od poprzedniego, który był obrazą dla królewskiego miasta.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2024)

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (maj 2024)