Schroniskowe życie na Camino

 

W trakcie pandemii, gdy trudno spełniać swoje marzenia podróżnicze, lubię wracać myślami do odbytych już wypraw. Najczęściej przypomina mi się wtedy Camino. Pielgrzymkę z Porto do Santiago de Compostela (ponad 220 km szlakiem centralnym) rozpocząłem równy rok temu (8 września 2019 r.). Szedłem 9 dni. Więcej o niej tutaj: http://trwoga.blogspot.com/2019/12/camino-przygoda-zycia.html

Drugi wpis o Camino chciałbym poświęcić głównie schroniskom (tzw. albergue – czy to słowo odmienia się w języku polskim? Jeżeli tak, to jak?), w których nocuje się na trasie. Niewiele o nich dotąd opowiadałem, co uważam za błąd, gdyż każde było wyjątkowe. Pełnią one rolę nie tylko taniego noclegu, lecz także miejsca spotkania wędrowców z całego świata i radowania się z nimi, a czasami nawet zawierania przyjaźni.

Dzisiaj to niemożliwe. Obostrzenia sanitarne i zachowanie dystansu społecznego odbierają wiele przyjemności z pielgrzymowania. Sam przełożyłem swoje drugie Camino na lepsze czasy, i wierzę, że nadejdą one wkrótce. Na razie muszą mi wystarczyć wspomnienia, i nimi się dzielę.

 


1) Vairão

Niedziela, 8 września: Moim pierwszym przystankiem był dawny klasztor Mosteiro de Vairão. Kiedy w końcu dotarłem do niego z towarzyszącą mi Niemką, Anke, młodą pielęgniarką z Kolonii, byłem bardzo podekscytowany. Okazało się, że prowadzący schronisko polegiwał na leżaku przed głównymi drzwiami, więc nasza wizyta przerwała mu drzemkę. Poprowadził nas oraz jednego Japończyka na górę, gdzie w specjalnym pokoju podbił mi trzecią pieczątkę w ogóle, a pierwszą z albergue, wcześniej zapisując moje nazwisko w zeszycie. Pewnie z powodu towarzystwa Niemki ulokował nasz duet do 4-osobowego pokoju z jeszcze jedną rodaczką Hegla, żeby przynajmniej Anke było raźniej. Kiedy weszliśmy, leżała bardzo zmęczona.

Sporo łóżek w Vairão było wolnych, niektórzy mieli nawet luksus własnego pokoju. Między innymi to szczęście spotkało Teresę, w zasadzie jedyną Polkę, jaką poznałem na trasie. Dlatego tego dnia jeszcze się minęliśmy, ale później często spotykaliśmy się na szlaku. Bardzo mądra osoba.

Ulokowanie noclegu na uboczu spowodowało, że do wyboru była tylko jedna restauracja/kawiarnia, więc po kąpieli i praniu udałem się tam z Anke na klasyczny obiad, czyli zupę warzywną plus wino – tak się żywiłem przez cały pobyt w Portugalii. W Hiszpanii do wina zamawiałem gazpacho albo makaron.

Atmosfera w Mosteiro de Vairão była niepowtarzalna. Wszyscy wypoczywali w pięknym ogrodzie i leżeli prawie bezgłośnie. Czułem się jak w prawdziwym klasztorze, wśród mnichów. Mało było rozmów pomiędzy pielgrzymami, raczej krótkie wymiany zdań. Przyjąłem to jako normę, i że właśnie tak wygląda Camino. Nawet mi to pasowało i cieszyłem się na takie rekolekcje. W związku z tym, iż nie było, co robić, jeszcze przed godz. 21 schowałem się w śpiworze i zasnąłem.

Kolejny dzień udowodnił mi, jak bardzo mogę się mylić i że na Camino lepiej niczego nie zakładać.

 


2) Tamel

Poniedziałek, 9 września: Po 40 km marszu, pół godziny przed zachodem słońca, dotarłem do Tamel, gdzie znajdowało się moje drugie schronisko. Droga była bardzo męcząca nie tylko z powodu rekordowego dystansu, ale również dlatego, iż ostatnie kilka kilometrów pokonuje się, idąc pod górę.

Na miejscu poszedłem za strzałką prowadzącą do schroniska, i spotkał mnie srogi zawód, gdyż drzwi były zamknięte. Okrążyłem budynek i znalazłem kolejną klamkę, lecz i ta nie zareagowała. Finał dnia nie zapowiadał szczęśliwego zakończenia. Tamel to bardzo małe miasteczko, nie było tu w okolicy żadnego innego noclegu, alternatywę stanowiło spanie na trawie w śpiworze, bez możliwości kąpieli. W tym momencie chciało mi się płakać.

Szukając ratunku, zobaczyłem kościół i pana polewającego wodą teren dookoła niego. Nie znał angielskiego, ale język pielgrzymów jest uniwersalny. Na moje rozpaczliwe wołanie „albergue” wskazał mi ręką drugi budynek, przed którym dostrzegłem ludzi. Zostałem uratowany. Mimo późnej godziny (19.30), do wyboru miałem kilka łóżek.

Schronisko w Tamel było całkowitym przeciwieństwem tego z Vairão. Okazało się, że jedyna restauracja w okolicy akurat tego dnia jest zamknięta, więc wszyscy zgromadzili się w środku w jadalni, gdzie jedli zamówioną pizzę, pili zakupione alkohole, rozmawiali i śmiali się. Trafiłem na wielką, głośną i międzynarodową imprezę. Jako że przyszedłem późno i wyglądałem na „wycieńczonego” (tak zostałem opisany w pamiętniku przez jednego Anglika), reszta pielgrzymów postanowiła się mną zaopiekować. Zaczęło się od kieliszka czerwonego wina, a następnie przedstawiono mi oferty jedzenia: od bułki z masłem orzechowym, lasagne po sałatkę warzywną. Zjadłem tę ostatnią, przygotowaną przez rodzinę Japończyków, matkę i syna.

W Tamel spotkałem wielu ludzi, którzy później towarzyszyli mi na trasie i stanowili ważną część mojego Camino. Był to niezapomniany wieczór radości i zabawy. Czas, który, paradoksalnie, uspokoił mnie wewnętrznie. Po pierwszym dniu pielgrzymka do grobu św. Jakuba podobała mi się. Po drugim byłem nią zachwycony.

Zasnąłem przed godz. 23, co jak na standardy Camino jest bardzo późną porą. Z tego powodu schronisko opuściłem, kiedy już dawno było widno.


3) Ponte de Lima

Wtorek, 10 września: Trzecim przystankiem było albergue w Ponte de Lima. Po niespełna 6 godzinach marszu i pokonaniu 26 km, postawiłem plecak pod ścianą ładnej kamienicy. W taki sposób oznacza się kolejkę do schroniska. Z tego co pamiętam, byłem 25. Numer miał tu pewne znaczenie, gdyż kolejność wyznaczała, które łóżko się zajmie. Najgorzej mieli Ci, którzy trafili na te położone najbliżej drzwi. Takie nieszczęście przytrafiło się parze sympatycznych Czechów (Melissa i Martin z Pragi), których spotkałem w Tamel. Konsekwencją była bezsenna noc.

Popołudnie i wieczór spędziliśmy razem na mieście. Chociaż schronisko jest położone po drugiej stronie rzeki, to krótki spacer przez most wystarczy, by dojść do centrum, gdzie znajduje się wiele restauracji. Akurat tego dnia hucznie świętowano (nie wiem z jakiej okazji), więc na ulicy było pełno mieszkańców, turystów oraz pielgrzymów. Do noclegu wróciliśmy późno (czytaj: ok. godz. 22). Mnie udało się zasnąć, Czechom nie.

Albergue w Ponte de Lima ma bardzo dobre opinie, przeczytałem kilka, które porównują je nawet do 5-gwiazdkowego hotelu. Sam mam mieszane uczucia po nocy tam spędzonej. Nasz pokój miał około 20 łóżek, ale był niezwykle duży, a z okna rozciągał się piękny widok na miasto. Każda osoba miała swoją niewielką przestrzeń tylko dla siebie, razem z szafką, gdzie można było zostawić swój bagaż, i własnym gniazdkiem, by podładować telefon komórkowy (to szalenie istotne).

Dobrze wyposażona kuchnia, obszerna jadalnia i pokój wypoczynkowy z komputerem także podkreślały nieco bardziej luksusowy charakter schroniska.

Zawód przyniosła za to łazienka, bowiem jedna z toalet była nieczynna (na szczęście druga działała, choć zdarzały się kolejki), poza tym nie przygotowano oddzielnych kabin prysznicowych, tylko 4 stanowiska otwarte, jak na basenie. O intymność było więc już bardzo trudno, lecz Camino uczy, by pokonywać wszelkie bariery. Te dotyczące wstydu także. Mnie to nie przeszkadzało, ale mam świadomość, że dla kogoś może to być problem.

Na moją ocenę albergue jednak najbardziej zaważyła bezsenność sąsiadów z południa. Sporą wadą (chociaż rozumiem, czemu tak jest) schronisk są lampy z czujnikiem ruchu. Jeśli nieszczęśliwie trafi nam się miejsce przy drzwiach, możemy poczuć się jak na dyskotece, gdy światło na korytarzu ciągle zapala się i gaśnie, tylko dlatego że kolejna osoba wstała i udała się do toalety. Dodatkowo sytuacji nie poprawiała skrzypiąca podłoga.

Doświadczeni pielgrzymi mają na to doskonałą radę: w tak niekorzystnie położonym łóżku należy zasnąć wcześniej. Sam nie próbowałem, ale inni chwalili to rozwiązanie.

Czesi mieli bezsenną noc, dlatego ruszyli na trasę, gdy na polu było kompletnie ciemno. Ja nie miałem dobrej latarki, więc czekałem, aż zrobi się jasno, co w warunkach Portugalii we wrześniu znaczyło do godz. 7 rano. Chociaż pakuję się wolno, to 3 godziny wystarczyły, by załatwić wszystkie poranne sprawy. Bo, prawdę mówiąc, aczkolwiek udało mi się usnąć, to ruch w pokoju nie pozwolił mi na zbyt długie trwanie w tym stanie i już około godz. 4 byłem na nogach.

Człowiek niewyspany to zły. Może dlatego moje uczucia do tego schroniska nie są tak gorące. Jednak, wbrew pozorom, mam z Ponte de Lima cudowne wspomnienia. Właśnie tam poznałem Viktorię, piękną Rosjankę mieszkającą w Niemczech, która w moim Camino odegrała znaczącą rolę. Leżała w łóżku obok i przed snem postanowiłem do niej zagadać. Rozmawialiśmy krótko, ale wystarczyło, byśmy zapamiętali dobrze swoje twarze. Camino pisało dla nas swój scenariusz. Ciąg dalszy tej akurat historii nastąpił dwa dni później.

 


4) Valença

Środa, 11 września: Trasa do Valençy była dla mnie największym wyzwaniem, gdyż słabo radzę sobie w górach, a po drodze należało pokonać jeden szczyt – „Labruja” – położony na wysokości kilkuset m n.p.m. Był to jedyny odcinek w trakcie całego Camino, na którym to inni wyprzedzali mnie, zamiast ja ich. Celowo nawet zwalniałem, by idąc wzwyż, skupić się bardziej na unikaniu bolesnych dla mojej prawej stopy kontaktów z kamieniami i skałami, niż spoglądaniu za strzałkami.

Po zejściu z góry zlokalizowałem schronisko w Rubiães. Błyskawicznie przeliczyłem plecaki, i znalazłoby się miejsce i dla mnie, lecz dostałem zastrzyku energii i postanowiłem ruszyć dalej.

Do Valençy dotarłem po godz. 17 po 38 km marszu. Znaczną część etapu pokonałem sam, lecz na ostatnim jego fragmencie towarzyszyła mi urocza i utalentowana Tajwanka. Poznałem ją w Tamel. W drodze do Ponte de Lima namalowała mnie pielgrzymującego (obrazek jest do znalezienia na filmie na YouTube), a wieczorem w 5 minut stworzyła mój portret.

Trudno było znaleźć lokalne schronisko, gdyż Valença w mojej opinii jest najgorzej oznaczoną miejscowością na trasie. Żółte strzałki, które wcześniej tak dokładnie mnie prowadziły, tutaj stają się niewidoczne. Kierować się więc należy bardziej instynktem, a najlepiej nawigacją w telefonie. Chciałem zachować czystość pielgrzyma, ograniczającego użycie elektroniki do minimum, więc w tej materii zdałem się na swoją koleżankę z Azji i pod jej przewodnictwem dotarliśmy razem do celu.

Co nietypowe, w Valençy łazienki nie są podzielone ze względu na płeć, ale każdy pokój ma przydzielony swój punkt sanitarny (2 prysznice + 2 toalety + krany) do którego nie ma dostępu z korytarza. Pomny doświadczeń z Ponte de Lima wolałem uniknąć noclegu przy wyjściu, lecz późne przyjście nie pozostawiło mi wielkiego wyboru przy doborze łóżka. Były zaraz obok łazienki. Mogłem się pocieszać tylko tym, że mam blisko...

Szczęśliwie tej nocy spałem wyjątkowo dobrze, gdyż w restauracji na mieście zamiast kieliszka wina, zamówiłem nieopatrznie cały gąsior, co później wywołało (nie)oczekiwane konsekwencje. Wieczór upłynął mi fantastycznie w towarzystwie wspomnianej Tajwanki i dwóch Niemek, które rozpoznały we mnie pielgrzyma, wędrującego parę dni wcześniej z psami. Śmiechom nie było końca, a ja otrzymałem pseudonim „Dogman” (drugi mój przydomek z trasy: „Rápido Polaco”).

Humor zrzedł mi za to rankiem, gdy po wstaniu okazało się, że pranie, które powiesiłem w ogrodzie dzień wcześniej, spadło na ziemię i jest całe mokre. (mimo bardzo ciepłej nocy). O „interwencję” podejrzewałem strażaków, którzy swoją siedzibę mają zaraz obok, a niskie ogrodzenie nie stanowiłoby dla nich przeszkody. Dodatkowo, długo nie działał prąd, więc nie mogłem podładować komórki. Siedząc na kanapie w salonie i zastanawiając się, co z tym wilgotnym fantem zrobić, usłyszałem znajomy język. Polski! Spotkałem niezwykle sympatyczną rodaczkę, która, jak się szczęśliwie dla mnie okazało, kończyła swoją pielgrzymkę w Valençy, i mogła podzielić ze mną siatką.

Wpakowałem do niej wszystkie mokre rzeczy i tak uzbrojony wyruszyłem na szlak. Pierwszą żółtą strzałkę udało się zlokalizować szybko i podążyłem w kierunku twierdzy. Po wyjściu z niej ślad przepadł, a pomocnej Tajwanki nie było przy mnie. Zamiast niej dostrzegłem Viktorię, której towarzyszyła Portugalka Sara. Tak jak ja, one również szukały znaku, gdzie dalej iść.

Każdy pielgrzym najbardziej boi się tego, że zgubi drogę, źle skręci, będzie szedł w niewłaściwym kierunku. Najłatwiej o ten błąd w Valençy. I chociaż właśnie tutaj Sara, Viktoria i ja straciliśmy orientację w terenie, to szczęśliwie odnaleźliśmy siebie. Dlatego to przygraniczne miasto już zawsze będzie mi się kojarzyło tylko dobrze, nawet pomimo mokrego prania.


5) O Porriño

Czwartek, 12 września: Pierwszy dzień w Hiszpanii postanowiłem uczcić spokojnym spacerkiem, więc wybrałem najkrótszy dystans w trakcie całej pielgrzymki, bo zaledwie 18 km. Nie oznaczało to jednak lekkiego marszu. W związku z niemiłosiernym upałem (ponad 35 stopni) oraz długim odcinkiem przechodzącym przez dzielnicę przemysłową, na sam koniec byłem wyjątkowo wyczerpany. Wtedy zrozumiałem, że to nie dystans decyduje o zmęczeniu.

Na szczęście dopisywało towarzystwo, bo od 12 września rozpocząłem budowanie przyjaźni z Sarą i Viktorią. Wtedy jeszcze jednak nie wiedziałem, że dojdziemy razem aż do Santiago.

Początki nie były łatwe, w pewnym momencie nawet się rozstaliśmy, gdyż tak przyspieszyłem, że obie towarzyszki zniknęły mi z radarów. Po kilku kilometrach dogoniły mnie w kawiarni, w której zostałem na dłużej, gdyż na sznurku suszyłem swoją bieliznę.

Dzięki nawigacji w telefonie Viktorii udało nam się dosyć spokojnie dotrzeć do centrum miejscowości, lecz tu zaczęły się problemy. O Porriño to chyba najbardziej nastawione na pielgrzymów miasto na całym szlaku portugalskim. Znaczy to tyle, że znajduje się tu rekordowa liczba albergue. My jednak szukaliśmy tego jednego, municypalnego. Czyli najtańszego za 6 euro (podwyżka w stosunku do portugalskich noclegów: te kosztowały 5 euro). Miejscowi nie byli zbyt pomocni, kierując nas często do prywatnych schronisk (droższych). W jednym z nich spędziliśmy kilkanaście minut, czekając na kogoś z obsługi.

Po niemałych perturbacjach, w końcu trafiliśmy do celu. Na szczęście było jeszcze kilka wolnych łóżek, ale zaraz po nas wywieszono informację, że albergue jest pełne i nikogo więcej nie przyjmie. Zdążyliśmy w ostatniej chwili.

Pobyt w noclegu rozpoczęliśmy od podwieczorka, na który zaprosiła nas Sara. To jedna z najhojniejszych osób, jakie spotkałem w życiu, praktycznie codziennie robiła zakupy spożywcze, dokarmiając mnie i Viktorię.

Wieczorem Portugalka zrezygnowała jednak z wyjścia na miasto, postanowiła wcześniej zasnąć. Razem z Viktorią, inną Niemką (tą samą, z którą nocowałem w pokoju w Vairãoniesamowite, widziałem ją codziennie na trasie), Niemcem i Czechem (szli w dwójkę, nie znając swoich języków i gadając ze sobą przez Google Translate), udaliśmy się do restauracji, gdzie zabawiliśmy dosyć długo. Musiałem zmienić swoje nawyki żywieniowe, gdyż smakowita portugalska warzywna zupa nie jest w Hiszpanii bliżej znana.

Do noclegu wróciliśmy przed godz. 22. Miałem łóżko na piętrze. Zdecydowana większość pielgrzymów już spała. Ja jakoś miałem kłopot, bo z jednej strony przeszkadzał mi hałas dobiegający z zewnątrznocne życie imprezowe plus pobliskie tory kolejowe. Alternatywą było zamknięcie okna i zmaganie się z niewyobrażalną wręcz duchotą (w pokoju nocowało niespełna 30 osób). Szczerze mówiąc, wolałem to drugie, acz byłem w tym zdaniu odosobniony. Na moje próby wyciszenia pomieszczenia zareagował leżący obok Czech, który zaraz ponownie otworzył okno.

Noc w O Porriño była dla mnie trudnym doświadczeniem, męczyłem się strasznie, ale w końcu zmęczenie wygrało i po paru godzinach bezczynnego leżenia udało mi się zasnąć. Trzeba było jednak pójść śladem Sary i położyć się wcześniej.

Następnego dnia obudziłem się na tyle późno (ok. godz. 6.30), że moje przyjaciółki zdążyły już wyjść. Sam również musiałem szybko się spakować, bo schronisko oficjalnie zamykano o godz. 8. Poranna toaleta w przestronnej łazience, krótki spacer po pranie, które załadowałem do siatki i ruszyłem w drogę.

 


6) Ponte Sampaio

Piątek, 13 września: Nie jestem przesądny, więc nie miałem obaw przed tym dniem. Był on fantastyczny 😊

Chociaż należę do osób, które lubią planować, to tym razem zostawiłem sobie furtkę do zmiany decyzji i spontanicznego działania. Pierwotne zamierzenie było takie, by iść do Pontevedry, chyba że…

Oczywiście, „chyba że” spotkam Sarę i Viktorię, i wtedy im pozwolę wybrać schronisko 😊

Ruszyły przede mną, lecz wiedziałem, że jestem od nich szybszy. Dopadłem je w kawiarni, gdzie chciałem zjeść śniadanie. Ja wchodziłem, one wychodziły. Wymieniliśmy się tylko kontaktami na mediach społecznościowych, jednak nadal wędrowaliśmy oddzielnie. Wciąż bardziej prawdopodobny był marsz aż do Pontevedry.

Połączenie nastąpiło za Redondelą. Obie odpoczywały na wzgórzu, w cieniu, ukryte za krzakami i z wysokości wypatrzyły mnie, wołając głośno moje imię. Idąc za głosem serca (i przeznaczenia), decyzja zapadła. Pielgrzymuję z(a) nimi. W związku z tym, że były już zmęczone, postanowiliśmy zatrzymać się w Arcade, lecz tam zabrakło wolnych miejsc.

Całe szczęście 😊

Właściciel jednego ze schronisk postanowił jednak pomóc i doradził nam prywatne albergue w kolejnym mieście – w Ponte Sampaio. Co prawda, cena w internecie była zaporowa (25 euro), lecz telefon od sympatycznego starszego jegomościa zmiękczył oczekiwania i ostatecznie zapłaciliśmy 12 euro od osoby. Był to mój najdroższy nocleg w trakcie całego Camino, ale nie żałuję tej decyzji. Każdy pielgrzym przynajmniej raz powinien sobie pozwolić na luksus spania w bardziej komfortowych warunkach. W pakiecie znalazła się pachnąca pierzyna, wygodny materac, własne gniazdko elektryczne, a nawet zasłonka. Dodatkowo, elegancka i czysta łazienka oraz ręczniki.

Wysoki standard miała też kuchnia, lecz razem z Sarą i Viktorią udaliśmy się do pobliskiej restauracji, gdzie zjadłem wreszcie pełny obiad, a nie tylko zupę. Dalszą część dnia relaksowaliśmy się wspólnie na pobliskiej plaży. Najpierw kąpiel w rzece, później długa rozmowa o życiu przy cydrze. Wymarzone popołudnie i wieczór, po których byłem już pewien, że w ich osobach spotkało mnie wielkie szczęście.

Tej nocy miałem piękne sny…


7) Briallos-Portas

Sobota, 14 września: Poranek był bardzo nietypowy, ponieważ znowu zbyt późno się obudziłem, i Sara z Viktorią wyszły długo przede mną. Byliśmy już umówieni na wspólne chodzenie, więc nie pozostało mi nic innego jak gonitwa za moimi przyjaciółkami.

Były tak wypoczęte, że na trasie radziły sobie świetnie, i, pomimo mojego szaleńczego tempa, ponownie spotkaliśmy się dopiero po kilku godzinach. Siedziały spokojnie na ławce i rozdawały pielgrzymom owoce.

To była nasza ostatnia rozłąka. Od tego momentu, aż do Santiago, nie rozstawaliśmy się nawet o krok. Przyrzekłem im, że będę wcześniej wstawał i szybciej się pakował, one z kolei obiecały czekać na mnie rano.

Tym razem los zagnał nas do Briallos-Portas. Było to najdziwniejsze schronisko w trakcie całego Camino. Leżało na uboczu, z dala od innych zabudowań. Kompleks składał się z właściwego obiektu noclegowego oraz restauracji. Jedno i drugie wydawały się nieczynne. Z tym że to pierwsze było otwarte na oścież.

W zasadzie można było wejść, wykąpać się, uprać rzeczy, przespać kilka godzin i ruszyć dalej w drogę, bez zapłacenia nawet centa. Portierka pojawiła się dopiero o godz. 20, pobierając opłaty i licząc dokładnie zajęte łóżka.

Pokoje były dwa, zaledwie 12-osobowe, co było miłą odmianą po wcześniejszych molochach w Ponte de Lima czy O Porriño. Jedna z pielgrzymek (Holenderka) samowolnie podzieliła pomieszczenia osobno dla pań i panów, ale bunt naszej załogi anulował jej postanowienie i spałem razem z Sarą i Viktorią.

W naszym pokoju nocował jeszcze jeden mężczyzna, Portugalczyk. Został on bohaterem nocy, gdyż pobił wszelkie rekordy chrapania. Nie wiedziałem, że te odgłosy mogą być tak głośne, obudziłyby nawet zmarłego. Bardziej mnie to jednak bawiło, niż drażniło i do dzisiaj wspominam to jako anegdotę. Zasnąłem bez problemów, i to nawet nie używając zatyczek do uszu.

Popołudnie i wieczór w Briallos-Portas upłynęły mi znakomicie. Położenie schroniska na kompletnych peryferiach zniechęcało do szukania wrażeń (i jedzenia) w centrum miejscowości, więc czas upływał naszemu tercetowi egzotycznemu na rozmowach i zabawach. Drugi dzień z rzędu w zasadzie cieszyliśmy się wyłącznie swoim towarzystwem. Ustaliliśmy między innymi, że wszyscy jesteśmy posiadaczami retainerów (aparatów retencyjnych zakładanych czasami po leczeniu ortodontycznym, gdy istnieje zagrożenie cofnięcia się zmian). W Polsce nie spotkałem nikogo, kto by go nosił, ale tak się złożyło, że miały go akurat obie moje towarzyszki. Był to kolejny dowód na działanie przeznaczenia, którego angielskie tłumaczenie „destiny” było naszym ulubionym słowem, powtarzanym przez nas codziennie kilkadziesiąt razy 😊

Kiedy w końcu otwarto restaurację, byliśmy w tak dobrych humorach, że postanowiliśmy zaszaleć. Nie tylko zjadłem spaghetti (znowu odmiana po diecie zupowej), ale także zakupiłem butelkę wody mineralnej. Wcześniej korzystałem wyłącznie z kranówki i okolicznych źródełek. Im bliżej Santiago, tym dopadała mnie, jak widać, większa skłonność do luksusu.

 


8) Herbon

Niedziela, 15 września: Zgodnie z obietnicą ruszyliśmy razem o godz. 7 rano. W Portugalii o tej porze zaczynało być już widno, ale w Hiszpanii zegarki należało przesunąć o godzinę do przodu, więc po raz pierwszy szedłem w kompletnych ciemnościach. Latarka w moim telefonie niewiele pomagała, ale co 3 pary oczu to nie jedna, i zawsze w końcu odnajdywaliśmy żółtą strzałkę. Atrakcją wędrowania w mroku było spotkanie w lesie. Lekko się zaniepokoiłem słysząc odgłosy, ale naprzeciw wyszli nam uczniowie pobliskiej szkoły. Dla nich taki spacer musiał być codziennością.

Celem większości pielgrzymów na przedostatni dzień traktu centralnego jest albergue w Padrón albo w Teo. Podobnie doradzał mi mój książkowy przewodnik. Na szczęście w naszym składzie mieliśmy Viktorię, która chciała udać się do Herbon. Nocleg tam był najlepszą decyzją w trakcie całego Camino.

To miasteczko leżało poza szlakiem, lecz łatwo tam trafić, gdyż prowadzą do niego również strzałki, tyle że koloru czerwonego. Odchodzą one w Pontecesures (należy skręcić w prawo w drogę alternatywną). Po kilku dodatkowych kilometrach marszu zameldowaliśmy się w starym klasztorze Franciszkanów.

Schronisko miało być otwarte za godzinę, więc zostawiliśmy plecaki pod ścianą i nerwowo czytaliśmy ogłoszenie powieszone na drzwiach. Chociaż według niemieckich bedekerów w albergue przygotowano 30 posłań, to na kartce widniała informacja o 20 „Barras”. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi, nie pomagały też internetowe tłumaczenia z galicyjskiego. Rozeszła się plotka, że może być tylko 20 wolnych miejsc, czyli zabrakłoby dla nas. Ostatecznie nocowało w środku 32 pielgrzymów, gdyż prowadzący nie chcieli rozdzielać rodziny Francuzów. Dla dwóch z nich przygotowano miejsca w holu. Prawdziwi pechowcy, bo każdy, kto chciał skorzystać z łazienki, musiał przejść obok nich. Światło zapalało się i gasło bez przerwy.

Ale dla tego schroniska warto było się tak poświęcić.

Popołudnie, wieczór i poranek w Herbon wspominam najmilej, a konkurencja w trakcie mojej pielgrzymki była przecież ogromna.

Po dobrowolnej opłacie (tzw. donativo, z Sarą i Viktorią ustaliliśmy ją na 10 euro od osoby) skierowano nas do pokojów, czy też raczej cel. Były to miniaturowe pomieszczenia, które od korytarza oddzielała kotara, a w środku znajdowało się tylko łóżko piętrowe plus krzesło. Warunki iście spartańskie, ale zarazem niezwykle urokliwe.

Cele były dwuosobowe, więc Sara i Viktoria zamieszkały razem, a mnie dokooptowano do Kalifornijki Dany, emerytowanej instruktorki nurkowania. W trakcie drogi spotkało ją pewne nieszczęście, gdyż z powodu choroby i osłabienia zwolniła znacznie tempo i opuściła ją z tego powodu przyjaciółka (chciała iść szybciej). Przyznawała nam, że traciła już wiarę, iż uda jej się dojść do Santiago.

W Herbon spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Amerykanka wykazywała dużo zainteresowania, kim i skąd jesteśmy. Sama też opowiadała nam o swoim ciekawym życiu i rodzinie. Do dzisiaj utrzymujemy z nią kontakt za pomocą maili. Miło było przeczytać wiadomość, że dobrze znosi trudny czas pandemii.

Danę spotkaliśmy jeszcze raz, 18 września, w katedrze w Santiago. Najlepszy dowód, że odzyskała wiarę, podobno z dużą naszą pomocą 😊

Po rozlokowaniu w pokojach i powieszeniu prania, nadszedł czas na atrakcje. Zaplanowane zostało najpierw zwiedzanie klasztoru z przewodnikiem, następnie można było uczestniczyć we mszy św. (akurat była niedziela, więc złożyło się idealnie). Chociaż z pewnością w naszej grupie znaleźli się również i ateiści, to jednak w kościele stawili się wszyscy, i wcale nie dlatego, że za udział dostawało się dyplom 😊

Na samo zakończenie eucharystii zostaliśmy (my, pielgrzymi) zaproszeni przed ołtarz, gdzie mieliśmy na głos, w obecności mieszkańców miasteczka, przeczytać specjalną modlitwę w swoich językach. Tekst mówił o byciu szczęśliwym i uszczęśliwianiu innych. Chciałem, by takie było moje Camino, i chyba mi się udało.

Po powrocie do albergue czekała na nas pyszna kolacja, przygotowana przez wolontariuszki z fundacji opiekującej się schroniskiem. Wspólny posiłek spożyty w międzynarodowym gronie tuż przed końcem drogi był naprawdę wyjątkowym (kolejnym w ciągu zaledwie kilku godzin) i niezapomnianym przeżyciem. Często w trakcie Camino doznawałem pięknego uczucia komunii z innymi, obcymi mi przecież ludźmi, ale nigdy nie było ono tak silne jak w Herbon. Naprawdę błogosławiony czas.

Powtórkę mieliśmy rano na śniadaniu. W takiej atmosferze można było ruszyć w ostatnią wędrówkę do Santiago, oddalonego już tylko o około 29 km.

 


9) Santiago de Compostela

Poniedziałek, 16 września: Dotarliśmy z Sarą i Viktorią do miasta wieczorem, a 17 września (wtorek) z samego rana odebraliśmy compostelę (papirus potwierdzający odbycie drogi, w sumie dostałem dwa takie dokumenty). Pierwszą pielgrzymkę do grobu św. Jakuba mogłem uznać za oficjalnie ukończoną. Teraz myślę o następnej, i jeszcze kolejnej, i kolejnej...

Buen camino!


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2024)

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (maj 2024)