Turysta bez samochodu cz. I
Turysta, który porusza się nie za pomocą auta, ale za pomocą własnych nóg lub komunikacji zbiorowej, wywołuje najpierw zdziwienie, a następnie zaciekawienie. Taki turysta przede wszystkim nie może się ukryć. Od razu widać, że nie jest stąd. Zdradzają go plecak, aparat fotograficzny i poczucie zagubienia wypisane na oczach.
Oraz jego głupie pytania.
Jak na przykład, dokąd jedzie autobus, do którego właśnie wsiadłem. Takie pytanie zadane przeze mnie w Wałbrzychu uruchomiło rozmowę z Panem w średnim wieku na temat życia w tym mieście dzisiaj, i tym jak dobrze było tutaj przed reformą samorządową (po której Wałbrzych przestał być stolicą województwa – polecam książkę Filipa Springera „Miasto archipelag” która dotyczy zapaści byłych miast wojewódzkich w Polsce; Wałbrzych jest uważany za jeden z najdobitniejszych przykładów). Mój interlokutor kompletnie nie rozumiał, po co przyjechałem do Wałbrzycha – i to jeszcze z Krakowa – gdy nie ma tu nic interesującego do zobaczenia. Sam go musiałem pouczyć w sprawie zabytków w okolicy, w zamian usłyszałem wiele ciekawych analiz socjologicznych dotyczących miasta. Niestety, wiele optymizmu w nich nie było.
Wałbrzych w ogóle zasługuje na osobny wpis, który kiedyś popełnię. Zaskakujący jest brak wiary mieszkańców tego miasta, ale i całego regionu w piękno swojej małej ojczyzny. Z kim nie rozmawiałem, to każdy był pewien, że przyjechałem tu szukać złotego pociągu. Kiedy zaprzeczałem, nie mogli się nadziwić. Bez przerwy odnosiłem wrażenie, że ja sam z większym entuzjazmem mówię o Wałbrzychu niż oni.
Dla mieszkańców okolicznych miejscowości Wałbrzych jest tak prowincjonalny, że nie traktowali go jako centrum wszechświata, a bliższy był im oddalony o ponad godzinę drogi Wrocław. Dowiedziałem się tego w sposób uderzający ostatniego dnia mojego pobytu na Dolnym Śląsku. Obfitował on w całkowicie nieoczekiwane zwroty akcji. Zaczęło się od mojej wizyty na dworcu kolejowym, by stamtąd udać się do Jaworzyny Śląskiej, gdzie znajduje się Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa. W kolejce przed kasą wymieniłem kilka uwag z młodą kobietą z nadzieją, że zdążymy kupić bilet na pociąg przed jego przyjazdem (czasu było bardzo mało, kasa jedna, a w kolejce stało sporo osób). Wydawało się, że to jedna z milionów pogawędek, jakie ucinamy sobie we wszystkich kolejkach tego świata. Jednak nie. Po udaniu się na peron, okazało się, że dworzec został zamknięty, żaden pociąg nie przyjedzie, zostały rozłożone taśmy policyjne, a zaraz zameldowali się policjanci kryminalni wyposażeni w słabo ukrytą broń. Do dzisiaj nie wiem, co było przyczyną tego zamieszania. Wyglądało to na morderstwo, ale nie znalazłem później żadnych informacji potwierdzających najgorsze przypuszczenia.
Wniosek był taki, że trzeba szybko zmienić plany i środek transportu, a przy okazji uratować niedawno poznaną w kolejce koleżankę. Uratować, bo choć mieszkała bardzo niedaleko Wałbrzycha, to nie miała o nim żadnego pojęcia, i nie wiedziała tak podstawowych spraw, jak skąd odjeżdżają busy do Świdnicy, by stamtąd udać się do Wrocławia. Na szczęście mi 4 dni w zupełności wystarczyły, by wiedzieć, jak pomóc.
W Jaworzynie Śląskiej dworzec kolejowy był już czynny, za to wsiadłem do złego pociągu (znaczy jadącego w odwrotnym kierunku; zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu), a dowiedziałem się o tym, kupując bilet (na szczęście konduktor wiedział, że jest rok miłosierdzia i nie musiałem płacić za swoją pomyłkę). Okazało się jednak, że nie byłem jedynym gapą, a ten sam błąd popełniła pewna urocza dziewczyna marząca o studiach medycznych, stając się tym samym moją towarzyszką niedoli najpierw na dworcu w Świebodzinie (kolejny pociąg dopiero za godzinę), a następnie we Wrocławiu, znacznie umilając mi popołudnie. W związku z tym, że przebywaliśmy dłużej, już się odważyłem i wziąłem telefon oraz e-mail :)
Ona także była zdziwiona, co ja tu – w Wałbrzychu i Jaworzynie Śląskiej – robię, kiedy we Wrocławiu tyle się dzieje.
Obie mieszkały pod Wałbrzychem, ale ich wiedza o mieście była znikoma, a co gorsze, nie były kompletnie zainteresowane, by dowiedzieć się więcej. Dlatego po prostu, że nie wiązały z nim żadnej przyszłości. I takie opinie słyszałem w trakcie swojego pobytu nie tak znowu rzadko. Mnie jednak Wałbrzych w jakiś dziwny sposób zauroczył i chętnie do niego jeszcze powrócę. Tym bardziej, że nie zrealizowałem wszystkich planów podróżniczych, jakie sobie przed wyjazdem postawiłem. Chyba zrobiłem to celowo :)
Gdybym podróżował samochodem, moje życie turystyczne byłoby znacznie prostsze. Wszędzie łatwy dojazd, w komfortowych warunkach, prosto do celu i nie tracąc czasu na czekanie na jakikolwiek środek komunikacji zbiorowej, albo zastanawianie się, czy w ogóle coś przyjedzie. Święta prawda, ale przygody, jakich doświadczyłem w autobusach, czy pociągach, kontakt z żywym człowiekiem i wszystkie rozmowy przeprowadzone na przystankach czy z pasażerem siedzącym obok, rekompensują mi każdą niewygodę. Jak będę starszy, to może zmienię zdanie. Na razie ten moment nie nadszedł.
PS Wielkie dzięki dla Kuby za wczorajszą dyskusję na facebooku i inspirację do popełnienia tego wpisu o pożytkach z podróżowania komunikacją zbiorową. To dopiero początek W kolejnej części będzie o moich wizytach na Podlasiu i o tym, jak dużo się można dowiedzieć o Puszczy Białowieskiej i korniku, czekając ponad godzinę na busa w Hajnówce.
Komentarze
Prześlij komentarz