Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2018)
Miniony miesiąc pod względem
czytelniczym mogę zaliczyć do udanych (a mogło być jeszcze lepiej). W marcu
przeczytałem cztery książki.
Ewelina Dyda,
Zła waluta
Warszawa
2017, Grupa Wydawnicza Foksal/Wydawnictwo WAB, ss. 256
Jestem miłośnikiem kryminałów, w każdym roku staram się ich przeczytać co najmniej kilka. Ten zaintrygował mnie z dwóch powodów. Po pierwsze to debiut, a więc spodziewałem się świeżego spojrzenia, nowego stylu, interesującego bohatera. Po drugie, akcja dzieje się w Tarnobrzegu, który znam i lubię, a jego dodatkowym atutem jest położenie obok Sandomierza. Niestety, moje ukochane miasto, pojawia się w książce wyłącznie incydentalnie, a Tarnobrzeg także nie gra głównej roli, stanowiąc jedynie tło opowieści (dość powiedzieć, że niektóre miejsca zostały wymyślone – po co?).
Bohaterem
jest Jakub Rau, detektyw po przejściach, który wrócił do rodzinnego miasta.
Chociaż zajmuje się głównie tropieniem niewiernych małżonków, tym razem dostał
poważniejsze zlecenie – znalezienie dowodów na niewinność oskarżonego o
morderstwo. Podejrzany ma arabskie korzenie, co dodatkowo komplikuje jego
niełatwą już sytuację, kiedy atmosfera w kraju i mieście jest zdecydowanie
„antyuchodźcza”.
Niestety,
wątki publicystyczne, które mogłyby być siłą książki, są jej najsłabszą stroną.
Poprawność polityczna została podana w formie łopatologicznej, wręcz
odrzucającej, a narodowców (i piszę to jako osoba politycznie ulokowana na
przeciwległym biegunie) przedstawiono tak stereotypowo, iż bardziej śmieszą,
niż przerażają, a domyślam się, że zamiary autorki były nieco inne.
„Zła
waluta” jest przedstawiana jako kryminał noir. Hmmm... Ja tu żadnego noir nie
doświadczyłem (samo nazwanie kota „Chandler” nie czyni z tej pozycji kryminału
noir), lecz lekturę, mimo powyższych moich uwag krytycznych, kończyłem z
uśmiechem na twarzy. Książkę czyta się dobrze, ma odpowiednią długość, a zakończenie jest dosyć niespodziewane, choć może nieco zbyt
dramatyczne. Autorka wypracowała swój styl, bardzo mi się podobały jej wstawki
(„ale to nie na temat”), które sygnalizowały, że detektyw Rau skrywa w sobie
wiele nieodkrytych jeszcze tajemnic. Główny bohater oraz postacie z drugiego
planu są dobrze zarysowani i charakterystyczni, więc jest potencjał na serię i
powrót do Tarnobrzega.
Obiecujący
debiut, czekam na kontynuację.
Helen Russell,
Życie po duńsku : rok w najszczęśliwszym
kraju na świecie
Kraków
2017, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, ss. 303
Helen Russell to brytyjska dziennikarka, której mąż znalazł pracę w Lego i razem przenieśli się do Danii. W 13 rozdziałach, podzielonych na 12 miesięcy + święta Bożego Narodzenia opisuje swoje życie w nowym kraju i stara się odkryć tajemnice szczęścia Duńczyków, podobno najbardziej zadowolonych z życia mieszkańców globu.
Książka
jest bardzo zabawna i świetnie się ją czyta, aż chce się sprawdzić najbliższe
połączenia lotnicze do Kopenhagi lub Billund. Autorka z łatwością krąży pomiędzy
różnymi wątkami, by w wybranej przez siebie formie (a więc latem o wakacjach,
zimą o hygge) opisać Danię i Duńczyków możliwie dokładnie i wielowymiarowo. Czyni
to z kobiecej perspektywy, co dodaje całej opowieści dużo ciepła, nawet wtedy
gdy opisuje chłodniejsze miesiące.
Książkę
oczywiście polecam i szczerze żałuję, że podobnej publikacji nikt nie napisał o
Polsce (albo ja nie znam). Przydałoby się spojrzenie na nasz kraj z życzliwym
dystansem. Przyjezdnym możemy obiecać, że nikt nie zapuka do ich drzwi z pretensjami,
że nie segregują śmieci, co zdarzyło się Russell zaraz po przyjeździe.
„Życie
po duńsku” to kolejna przeczytana przeze mnie pozycja dotycząca Skandynawii
(pierwsza to „I cóż że o Szwecji” Natalii Kołaczek) i jej lektura stanowiła dla
mnie także inspirację, co z tej kultury można byłoby przenieść na nasz grunt,
by i Polska stała się krainą szczęśliwości. Swoje wnioski przedstawię jednak w
osobnym wpisie. Mam nadzieję, że zdążę przed wakacjami (w tym roku jeszcze nie
w Danii).
Marhjon van Dalen, Kalifat albo śmierć
Poznań
2017, Święty Wojciech Dom Medialny, ss. 158
Bardzo ważne i interesujące
świadectwo prześladowań chrześcijan w Nigerii, ale niestety nic więcej.
Odniosłem wrażenie, że autorka jest trochę prowadzona
za rękę przez swoich przewodników, stąd wysłuchujemy kolejnych bolesnych i poruszających
wspomnień. Na pewno inspirują one do rozważań nad winą i przebaczeniem, ale mi
ciągle brakowało całościowej refleksji nad przyczyną tego konkretnego i
namacalnego zła, jakim jest działalność Boko Haram w Nigerii. Autorka nie
podejmuje się nawet odpowiedzieć na pytania, skąd w najludniejszym kraju Afryki
wzięli się terroryści, dlaczego zdobyli taką popularność, czemu rząd oraz
armia niezbyt sobie z nimi radzą itd.
Cel
książki był jednak zapewne inny. Po lekturze wiem na pewno więcej, ale niekoniecznie
więcej rozumiem. Niemniej, warto przeczytać, by jeszcze bardziej docenić, w jak
spokojnym miejscu żyjemy.
Simon Kuper, Stefan Szymański, Futbonomia
Kraków 2017, Wydawnictwo Sine Qua Non, ss. 506
Kraków 2017, Wydawnictwo Sine Qua Non, ss. 506
Książek
sportowych wychodzi w Polsce ostatnio multum, ale ciągle mało jest publikacji,
które na to zjawisko – tak przecież ważne dla miliardów ludzi – starają się
spojrzeć z naukowej strony. „Futbonomia” wyszła naprzeciw tym oczekiwaniom, a
Simon Kuper oraz Stefan Szymański postanowili poddać piłkę nożną analizie
ekonomicznej i matematycznej, by sprawdzić, co decyduje o sukcesie i rozwiewają
przy tym wiele mitów – na przykład taki, że kluby powinny unikać zadłużenia
(nie ma to praktycznie żadnego wpływu na rezultaty – patrz zwłaszcza na
hiszpańskie drużyny, ale angielskie przykłady też to potwierdzają). Po lekturze
książki mam dla prezesa Cracovii jedną szybką radę – musi więcej wydawać na
pensje dla piłkarzy – to one w przeważającym stopniu decydują o wynikach
drużyny.
Na szczęście nie wszystko w futbolu da się przeliczyć na liczby i pieniądze, toteż autorom znacznie lepiej wychodzi opisywanie przeszłości (a także teraźniejszości; świetny jest rozdział o roli statystyki w strzelaniu i bronieniu rzutów karnych, które z pewnością nie są loterią), bowiem ich przepowiednie w ogóle się nie sprawdziły. USA i kraje azjatyckie nie podbiły (jeszcze) świata piłki nożnej, więc bogactwo i zasoby wciąż nie decydują o tym, kto wygrywa (na szczęście). Bliższa jest mi bardziej romantyczna teoria (wyrażona też przez Emira Kusturicę w jego dokumencie o Maradonie), że sport dlatego jest wspaniały, iż właśnie w nim najłatwiej o zwycięstwo mniejszego (biedniejszego) nad większym (zamożniejszym), które w innych dziedzinach życia byłoby niemożliwe.
Na szczęście nie wszystko w futbolu da się przeliczyć na liczby i pieniądze, toteż autorom znacznie lepiej wychodzi opisywanie przeszłości (a także teraźniejszości; świetny jest rozdział o roli statystyki w strzelaniu i bronieniu rzutów karnych, które z pewnością nie są loterią), bowiem ich przepowiednie w ogóle się nie sprawdziły. USA i kraje azjatyckie nie podbiły (jeszcze) świata piłki nożnej, więc bogactwo i zasoby wciąż nie decydują o tym, kto wygrywa (na szczęście). Bliższa jest mi bardziej romantyczna teoria (wyrażona też przez Emira Kusturicę w jego dokumencie o Maradonie), że sport dlatego jest wspaniały, iż właśnie w nim najłatwiej o zwycięstwo mniejszego (biedniejszego) nad większym (zamożniejszym), które w innych dziedzinach życia byłoby niemożliwe.
Komentarze
Prześlij komentarz