Lepiej zrozumieć, niż się zgodzić





Dzisiejszy mój wpis dedykuję Ryszardowi Kapuścińskiego. Moją ulubioną jego książką jest „Szachinszach”, w której pisarz opisuje rewolucję w Iranie i tłumaczy, jak doszło do obalenia rządów szacha Mohammeda Rezy Pahlaviego. Władca ten był bardzo popularny w zachodnich krajach, dlatego też możni z całego świata nie mogli się nadziwić, czemu spotkała go taka niewdzięczność ze strony rodaków. Pahlavi miał przecież w ich oczach wiele zalet: podejmował próby modernizacji i westernizacji kraju, w czym pomagać mieli doskonale opłacani francuscy doradcy oraz przyjazny klimat dla inwestycji zagranicznych firm zainteresowanych głównie (ale nie tylko) bogatymi złożami ropy naftowej. Szach był postrzegany jako odważny reformator, który niesie swojemu narodowi kaganek cywilizacji.
Kapuściński postanowił pojechać do Iranu i na miejscu przekonać się o talentach Pahlaviego. Prawda, którą usłyszał, okazała się nieco inna.
Do „dokonań” władcy należałoby bowiem dodać także pogardzanie własnymi rodakami, prześladowanie opozycji, zastraszanie ludzi i zbudowanie represyjnego aparatu bezpieczeństwa z powszechnym donosicielstwem.
Jak widać, dumni Persowie mieli na szczęście inne zdanie od mieszkańców Zachodu i na drodze przewrotu pozbyli się krwawego tyrana. Od lektury „Szachinszacha” wiem, że miejscowi zawsze wiedzą więcej od obcych (którzy przeważnie nic nie wiedzą).
***
Jednym z największych hamulców rozwojowych Polski (przynajmniej według mnie) jest zjawisko, które nazywam sam dla siebie „perspektywą warszawską”, czyli (to moja definicja) przyjęcie założenia, że tak jak jest w Warszawie (poglądy, obyczaje, zachowania, styl życia, relacje społeczne i gospodarcze, itd., itp.), tak powinno być albo tak już jest w całej Polsce, i nie może być inaczej.
Transfer „warszawskości” na peryferia jest dosyć prosty w realizacji, bowiem w stolicy mieszka elita naszego kraju oraz swoje siedziby ma zdecydowana większość opiniotwórczych mediów, których celem lub/i interesem jest, by przyzwyczajać odbiorców, że to, co typowo „warszawskie”, jest normalne, racjonalne i ważne, a wszystko inne już nie.
Warszawę traktuję tutaj jako symbol. Będąc największym miastem, ma ona w Polsce decydujący wpływ na życie w innych miejscowościach (jest swoistym trendsetterem. I nic w tym dziwnego). Porównywalny ma w zasadzie tylko Kraków (ale według mnie jednak znacznie mniejszy, co stwierdzam ze smutkiem), więc miłośnicy Syrenki spokojnie mogą mówić o „perspektywie krakowskiej”. Wpis nie jest też krytyką zwykłych warszawiaków (których zresztą lubię – jeszcze nie spotkałem niemiłego mieszkańca stolicy; może tacy nie istnieją...), ponieważ nosicielem „perspektywy...” może być mieszkaniec każdego innego regionu (niechlubny przykład – z Krakowa! – na końcu tekstu).
***
Zanim gdzieś pojadę, lubię zrobić sobie risercz na temat regionu w Polsce, który planuję odwiedzić. Zważywszy, że wyjazdy planuję z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, nie mam problemu z zebraniem materiałów, więc w podróż udaję się nabity wiadomościami z prasy lub/i książek. Niestety, przeczytane informacje coraz częściej nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością zastaną na miejscu, które nie jest Warszawą, ani nawet nie jest do niej podobne.
Dopiero rozmowy z tubylcami mogą otworzyć mi oczy.
Moją metodą na intelektualną ślepotę jest przyjęcie postawy bycia nastrojonym na każdą prawdę, zwłaszcza tę, której nie uznaję. Pragnę raczej zrozumieć drugą osobę, a niekoniecznie (albo coraz częściej w ogóle nie) zależy mi na zgodzeniu się z nią, co w sumie uważam za nieistotne. Najpierw chcę się dowiedzieć, co inna/inny myśli (proste zadanie), a następnie dlaczego myśli, to co myśli (trudniejsze zadanie). Wszystko po to, bym z wyprawy wrócił mądrzejszy, niż na nią jechałem.

***
W „perspektywie warszawskiej” zrozumienie nie jest czymś odrębnym od zgody, ale jest jej logiczną konsekwencją i całkowicie od niej zależy. Najpierw jest zgoda lub niezgoda na moje poglądy (obyczaje, zachowania, styl życia, relacje społeczne i gospodarcze, itd., itp.), i, zależnie od odpowiedzi, następuje zrozumienie (jeżeli przyjmuję i aprobuję „perspektywę...”) lub niezrozumienie (jeżeli odrzucam i poddaje krytyce „perspektywę...”).
Niemożność wyrwania się z tego schematu w wypadku różnicy zdań w praktycznie każdym przypadku prowadzi do wzgardy drugim człowiekiem (jako tym głupszym). Na polskim podwórku najdobitniej to widać w debatach gospodarczych, gdzie wyszydzano wszystkie poglądy niezgodne z dogmatem o nieomylności wolnego rynku, a ofiary transformacji ustrojowej były uznawane za nieudaczników. Powszechny zachwyt nad ideą liberalizmu ekonomicznego utrzymuje się do dziś, czego skutkiem ubocznym (mam jednak wątpliwości, czy ubocznym) są choćby częste i czasem chamskie żarty z programu „500+” (jeden z mocniejszych przykładów: http://gosc.pl/doc/3993563.Wszystko-co-uczyniliscie; inne można mnożyć w nieskończoność).
„Perspektywa warszawska” w ten sposób najpierw zasiała ziarno pogardy, a następnie zebrała plony w postaci szybkiego doprowadzenia do podziałów w rodzinach i społeczeństwie, a straty będziemy odrabiać jeszcze bardzo długo. Zwłaszcza, że wciąż są tacy, którzy wolą wznosić mury, zamiast je burzyć. W sensie dosłownym polecam serię artykułów o grodzeniu osiedli na gazeta.pl. Staram się zrozumieć, chociaż przychodzi mi to z trudem, jak obraźliwy tekst Janusza A. Majcherka (profesora z Krakowa; nie chce mi się reklamować tego paszkwilu, dla zainteresowanych jest łatwy do znalezienia w internecie) mógł się ukazać gdziekolwiek w 2018 roku i autor nie wstydził się pod nim podpisać. Gdyby pogarda mogła latać, Majcherek byłby pierwszym człowiekiem na Marsie.
Na szczęście czuć wiatr zmian i widmo, które krąży już od dawna po Europie, dotrze w końcu i do Polski.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2024)

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (maj 2024)