Turystyczne podsumowanie roku, cz. I
Rok 2018 był dla mnie
(#zatrwozonyturysta) chyba najlepszy. Postawiłem swoją stopę w
ponad 50 miejscowościach, w ośmiu państwach (wliczając Polskę).
Spełniłem sporo swoich marzeń, które od dobrych kilku lat
kiełkowały, by wreszcie wydać obfity plon (Kaliningrad, Marsylia,
Praga). Chociaż zawsze jechałem z planem, to kilka wycieczek
przybrało całkowicie niespodziewany obrót i dziękuję losowi za
każdą przygodę i spotkanych na mej drodze ludzi. Wszyscy byli mi
bardzo pomocni i życzliwi (a nawet jeśli nie i mieli słabsze dni,
to już o tym zapomniałem ).
W czterech (miały być trzy, ale, jak
każdy grafoman, rozpisałem się) kolejnych częściach podzielonych
na miesiące spisałem swoje wspomnienia podróżnicze z ubiegłego
roku. Mam nadzieję, że staną się one dla was inspiracją do
eksplorowania świata na własną rękę. Warto podróżować i
postaram się to udowodnić.
PS Uwaga metodologiczna: chociaż w
ubiegłym roku często wędrowałem w towarzystwie (zawsze świetnym),
to z poniższych reminiscencji może wynikać, jakbym wszystkie
wycieczki odbył samotnie. Celowo. W związku z tym, że moje
przeżycia są subiektywne, taka forma wydała mi się odpowiednia.
Nie zmienia to faktu, że wszystkich mi towarzyszących mam głęboko
w sercu i dziękuję pięknie za Waszą obecność, uśmiech,
życzliwość i inspirujące rozmowy
Liczę, że spotkamy się na turystycznym szlaku jeszcze wiele razy!
Zaczynamy!
Wycieczka nr 1 (2-4 marca,
piątek-niedziela – Wilno, Augustów, Warszawa)
Był to już drugi raz, kiedy sezon
turystyczny otworzyłem wycieczką do Wilna. W 2015 roku różnica
temperatur między Krakowem, a stolicą Litwy wyniosła około 10
stopni na niekorzyść sąsiada z północy. Tym razem los okazał
się bardziej sprawiedliwy, acz wyjątkowo niełaskawy. Pierwsza
podróż wypadła akurat na najmroźniejszy weekend w ciągu całych
dwunastu miesięcy. W Augustowie śniegu było po kostki, ale dopiero
w Wilnie trzeba było stoczyć prawdziwą walkę z siłami natury,
bo, oprócz 15-stopniowego mrozu, dodatkową atrakcją była zamieć
śnieżna. Żeby mi tu zgrzytów było mało, do stolicy Litwy
pojechałem ze złamanym nadgarstkiem, ochranianym przez ortezę,
która skutecznie uniemożliwiała mi założenie lewej rękawiczki.
Ratunkiem były częste wizyty w miejscowej i solidnie ogrzewanej
Katedrze (niestety, moim zdaniem, najbrzydsza na świecie, acz w
tamtym momencie nie miało to znaczenia), która przygarnęła wielu
zmarzniętych, jak ja, przybyszów.
Dotarcie do Wilna nie jest sprawą
prostą, acz moje częste wizyty na Podlasiu sprawiły, że do
planowania wyjazdu w tamte rejony podchodzę już rutynowo, wręcz
schematycznie. Najpierw pociągiem do Warszawy, a następnie
autobusem z Dworca Zachodniego (jego nienachalną urodę można
porównać tylko do dworca autobusowego w Gdańsku – kto był, ten
wie, o co mi chodzi) do Augustowa, gdzie miałem zamówiony nocleg
(swoją drogą, perfekcyjny – bardzo luksusowy i zarazem w
niezwykle korzystnej cenie, takie okazje zdarzają mi się wyłącznie
na Podlasiu). Następnego dnia trzeba było tylko wcześnie wstać i
zameldować się na dworcu, skąd z wycieczką udałem się jeszcze
dalej na północ, na szczególne święto.
Pierwsza sobota marca to zawsze
wyjątkowy czas w Wilnie. Wtedy właśnie odbywa się tam bardzo
popularny jarmark – tzw. „Kaziuki” na cześć Kazimierza
Jagiellończyka, patrona Litwy. W całym centrum, na ulicach i
placach rozstawione są stoiska targowe, gdzie sprzedaje się m.in.
lokalne specjały, rękodzieła, ale przede wszystkim sławne palmy
wielkanocne.
„Kaziuki” przyciągają Litwinów z
całego kraju, ale także wielu turystów z innych państw, zwłaszcza
z Polski. Ten rok był chyba rekordowy w tym względzie. Najlepiej
było to widać na Cmentarzu na Rossie (w zimowej scenerii wygląda
przepięknie, mimo swojego sporego zaniedbania), gdzie w mrozie i
przy padającym gęsto śniegu trzeba było odczekać kilka minut, by
obejrzeć grób Matki Józefa Piłsudskiego, Marii. Ojczysty język
słychać było także na mieście, i to nie tylko w okolicach Ostrej
Bramy, jak to jest zazwyczaj.
Miejsce spoczynku serca Piłsudskiego
to jedna z dwóch głównych atrakcji turystycznych znajdujących się
nieco dalej od centrum Wilna. Ta druga to Kościół św. Piotra i
Pawła na Antokolu, który z zewnątrz prezentuje się zwyczajnie,
żeby nie powiedzieć przeciętnie, za to w środku imponuje
rozmachem – świątynia jest cała biała, ma 2 tysiące rzeźb
(podaję za Wikipedią, nie liczyłem
) i ogromny żyrandol w kształcie łodzi. Pod kościołem pamiątki
sprzedają Polacy (można płacić w złotówkach), dlatego zawsze w
tym miejscu kupuję prezenty z Wilna. Nie inaczej było i tym razem,
więc do kolekcji wpadł kolejny magnesik na lodówkę, które
nałogowo zbieram jak wszelkie gadżety związane z Audrey Hepburn.
Po zaliczeniu sztandarowych atrakcji,
nadszedł wreszcie czas na zakupy na jarmarku. Z jednej strony
wiedziałem, że przede mną długa droga powrotna i to trzema
środkami transportu, więc warunki do przewożenia cennych
przedmiotów były mizerne, jednak wrócić z pustymi rękami się
nie godziło, dlatego najwięcej Euro wydałem na miejscowe słodycze,
w tym moją ulubioną chałwę. Tania nie była, za to sporych
rozmiarów i bardzo mi smakowała.
Wilno ma piękną architekturę, lecz w
jej podziwianiu nieco przeszkadzają stoiska targowe, które
skutecznie zasłaniają widok, ale w tym okresie można to wybaczyć
Wilno to chyba jedyne miasto obok
Palmy, w którym nigdy nie robię planów zwiedzania i odnajduję
dziwną przyjemność w zgubieniu się. Każda ulica, czy zakamarek
jest dla mnie poniekąd okazją do różnych odkryć. W taki sposób
znalazłem m.in. dom, w którym mieszkał Adam Mickiewicz.
Do Augustowa wróciłem przed północą,
a już kolejnego dnia trzeba było ruszać w drogę powrotną do
Krakowa, oczywiście via Warszawa. Zwiedzanie tego urokliwego
miasteczka było więc niezwykle intensywne. Najpierw, o godz. 6.00
msza w miejscowym kościele, a następnie krótki spacer po centrum i
powrót do apartamentu, by spakować manatki.
W Warszawie zabawiłem na dłużej. Nie
zmieniła się specjalnie od mojej ostatniej wizyty, za to byłem
świadkiem niecodziennego zdarzenia – czyli manifestacji KOD. No
cóż, więcej było robiących zdjęcia niż protestujących
przeciwko rządowi (max 30 osób). Mateusz Kijowski jak to on, miał
jednak dobry humor i filmował całe wydarzenie, chodząc z komórką
dumny jak paw. Ja na swoim aparacie wolałem oglądnąć mecz
Cracovii z Arką Gdynia (wygraliśmy 2:1), po którym mogłem w
spokoju szczęśliwy wracać do domu.
W Pendolino byłem uśmiechnięty od
ucha do ucha nie tylko z powodu zwycięstwa ukochanej drużyny, czy
fantastycznego pobytu w Wilnie, ale także z tego, że moje ręce,
zawsze dotąd wrażliwe na mróz, przetrwały w całości te iście
Syberyjskie temperatury .
Wycieczka nr 2 (8-12 kwietnia,
niedziela-czwartek – Arenal, Son Veri, Barcelona)
Już w pierwszych dniach stycznia 2018
r. wpadłem na genialny (hehe!) plan, żeby w trakcie roku
akademickiego zrobić sobie kilkudniowe wakacje na Majorce, które
chciałem poświęcić relaksowi składającemu się z kąpieli
morskiej w Morzu Śródziemnym i kąpieli słonecznej na ukochanej
plaży w Son Veri. Nocleg miałem zapewniony u siostry, znalazłem
tanie loty w obie strony i spokojnie czekałem na urlop.
Znaczy, spokojnie czekałem do marca. W
kwietniu za sprawą prognoz pogody zaczęło robić się nerwowo.
Przeważnie, mam wielkie szczęście do aury, gdyby kręcili o moich
podróżach film w Bollywood, nazywałby się „zawsze słońce,
nigdy deszcz”.
Lecz tak było tylko do 2017 roku, w
2018 fortuna mnie opuściła, i pogoda oficjalnie zwariowała. Bo jak
inaczej nazwać stan rzeczy, w którym w Krakowie przez cały miesiąc
jest cieplej niż na Balearach, a czasami przewaga sięga nawet
kilkunastu stopni? Ja sobie właśnie „taki” termin wybrałem.
W trakcie mojego pobytu, w Małopolsce
były upały, na wyspie temperatura ledwo przekraczała 15 stopni, a
bywało że nie. Musiałem robić więc za morsa i zaledwie raz udało
mi się dłużej popływać. Warunki były tak niesprzyjające, że w
środę zalało mi plażę, więc nie dało się nawet posiedzieć i
pogapić w morze. Szkoda tym bardziej, że nie było prawie w ogóle
turystów, co mi niezwykle odpowiada (dlatego też wybrałem
kwiecień). Moja niewiara w synoptyków była tak duża, że na
Majorkę poleciałem kompletnie nieprzygotowany, bez kurtki. Marzłem
więc na polu, lecz jeszcze bardziej w domu (w Hiszpanii w wielu
mieszkaniach nie ma ogrzewania), siedząc opatulony we wszystkie
bluzy.
Humor poprawiła mi wycieczka do
Barcelony. Z zagranicznych miast, obok Wiednia, gdzie niegdyś
spędzałem każde wakacje, to właśnie do stolicy Katalonii mam
największy sentyment, gdyż to od niej rozpocząłem swoje własne
duże podróżowanie (czytaj: sam wszystko zaplanowałem). Już nigdy
potem nie miałem tak skomplikowanej od strony logistycznej wycieczki
– do Barcelony leciałem podówczas z Poznania, a z powrotem
lądowałem we Wrocławiu. Do Poznania i z Wrocławia jechałem
nocnymi pociągami, których standard nieco odbiegał od tego znanego
dzisiaj. Jeszcze większa różnica tyczyła się dworców. Na obu
spędziłem kilka godzin i potężnie wtedy zmarzłem, bo pogoda była
podobna do tej z Wilna.
Na szczęście teraz warunki były
zupełnie inne. Lot z Palmy (stolica Majorki) do Barcelony jest tak
krótki, że człowiek ledwo zapnie pasy, to już trzeba je rozpinać.
Na szczęście odpowiednie do długości lotu (około pół godziny)
są też ceny. Z łatwością da się znaleźć bilety za 6 euro.
Moja siostra jako rezydentka na Majorce zapłaciła połowę ceny,
czyli 3 euro. To tak jakbym w Polsce z Krakowa do Warszawy poleciał
za 3 złote! Ceny połączeń lotniczych w Hiszpanii są śmiesznie
tanie, z czego w ubiegłym roku miałem jeszcze wielokrotnie
skorzystać.
Barcelona to dla mnie miasto-ideał.
Bardzo łatwe do zwiedzania i przyjemne do spacerowania i
podziwiania. A zarazem dosyć bezpieczne. W trakcie tej wizyty
postanowiłem skupić się na zwiedzaniu Camp Nou. Pod stadion FC
Barcelony najłatwiej dostać się metrem, które jest najlepszym
sposobem poruszania się po mieście. Chociaż w drodze na stadion
lekko zaczęło lać, to będąc w środku niespodziewanie wyszło
słońce i zrobiło się nawet gorąco (prawie tak samo ciepło jak w
Polsce).
Obiekt robi ogromne wrażenie, wewnątrz
chyba jeszcze większe niż z zewnątrz. W porównaniu do mojej
pierwszej wizyty, przede wszystkim rozbudowano muzeum, które bardzo
podkreśla ostatnie, obfite w sukcesy lata. Świetną atrakcją są
też zdjęcia, które robi się w trakcie zwiedzania, a następnie
można kupić w formie albumu (np. wrzucają nasze podobizny obok Leo
Messiego i innych piłkarzy i wygląda to tak, jakbyśmy z nimi
pozowali). Cena była zabójcza (40 Euro), ale raz się żyje i do
Krakowa wróciłem z piękną (i drogą) pamiątką. Niestety,
podobną kwotę wydałem w oficjalnym sklepie, lecz raz na 10 lat
mogę chyba sobie pozwolić na takie szaleństwo.
Wizyta na stadionie i w muzeum FC
Barcelony uświadamia, jak wielka przepaść dzieli kluby z
zachodniej Europy od naszych zespołów. Liczba turystów jest tak
ogromna, że chyba jednego dnia więcej ludzi tam zwiedza obiekt i
zostawia swoje pieniądze (nikt nie oszczędza), niż przez rok
przychodzi na stadion Cracovii, kibicować jej na meczach.
Samolot powrotny miałem dopiero późnym
wieczorem, a w perspektywie pełne zwiedzanie Barcelony jesienią,
więc resztę dnia spędziłem na niespiesznym spacerowaniu po
mieście (znowu bez planu!) i podziwianiu architektury oraz wizycie w
Parku Ciutadella. Na sam koniec herbata (uwielbiam to zdziwienie
przyjmujących takie zamówienie w Hiszpanii – zdecydowana
większość ludzi pije tu kawę) i ciastko na Ramblas, i można było
wracać do Palmy.
Na wyspie czekała mnie jednak niemiła
niespodzianka, a dokładnie trzy: po pierwsze strasznie lało, po
drugie nie przyjechał autobus do Arenalu, a po trzecie upadłem na
drodze. Niestety, wyjątkowo niefortunnie, bo na dopiero co wyleczony
złamany nadgarstek (ortezę ściągnąłem tuż przed przylotem –
powód prosty, nie dałoby się w niej kąpać).
W tym momencie byłem zrozpaczony, bo
dwa i pół miesiąca rehabilitowałem się i przez chwilę głupoty
(wiedziałem, że jest ślisko), wszystko mogło pójść na marne.
Uprzedzając wypadki, na szczęście akurat ta sytuacja nie
pogorszyła mojego położenia, ale wtedy jeszcze o tym nie
wiedziałem. Dlatego cały kolejny dzień dogadzałem sobie moim
ulubionym smakołykiem, czyli słodkim popcornem, którego zapasy
zakupiłem na drogę powrotną (cztery paczki! Czemu tego nie można
kupić w Polsce? Podobnie jak mojej ulubionej wody sodowej?), a na
kolację zjadłem pyszną paellę i wypiłem tyle wina, by zapomnieć
o bólu.
Niestety, w czwartek trzeba było
lecieć do Polski. Na lotnisku okazało się, że byli więksi ode
mnie pechowcy. Akurat kiedy leci się w dwie strony, to łatwo
rozpoznaje się te same twarze w drodze powrotnej. Można ich było
nazwać moimi towarzyszami niedoli, bo tak samo jak ja, nie trafili
zupełnie z pogodą. Ale była jedna rodzina, która z jeszcze
jednego powodu długo nie zapomni swojego pobytu na Majorce. Nie dość
że warunki do opalania były żadne, to dodatkowo zostali okradzeni
z dokumentów i pieniędzy. Gorsze to pierwsze, bo bez dowodu
osobistego nie chciano ich wpuścić do samolotu, ale ostatecznie
ulitował się nad nimi pilot i pozwolił im wsiąść do maszyny. Po
tych drobnych perturbacjach znalazłem się w powietrzu.
Chociaż pogoda nie dopisała, nie
kąpałem się w morzu, tyle ile chciałem, wyjazd był niezwykle
udany i bardzo mi potrzebny, by zregenerować się fizycznie i
psychicznie. Kolejne tak długie wakacje miałem mieć dopiero w
sierpniu.
Wycieczka nr 3 (17 kwietnia, wtorek
– Staszów, Ujazd, Opatów, Sandomierz)
Wycieczka pod znakiem leczenia, co było
jedynym pozytywnym skutkiem mojego złamanego nadgarstka. Moje
przygody z tą kontuzją opisałem już w osobnym wpisie
(http://trwoga.blogspot.com/2018/03/z-pamietnika-poamanego-czowieka.html
). W skrócie: pilną potrzebą stało się zbadanie mojego
nadgarstka rezonansem magnetycznym. Najwcześniejszy termin wizyty
wypadł w Staszowie, a że i tak musiałem wziąć dzień wolny,
postanowiłem zrobić sobie wycieczkę po okolicznych
miejscowościach. Oczywiście nie mogło zabraknąć pobliskiego
Sandomierza
Sam Staszów nie zachwyca (delikatnie
rzecz ujmując), kilka zabytków co prawda można tam znaleźć, ale
nie są one klasy zero. Na moje szczęście, najlepsze wrażenie robi
szpital, mający dobrą reputację w całym regionie, ale także w
Polsce (w rankingu „Rzeczpospolitej” zajął 36. miejsce, wyższe
od wszystkich placówek z Krakowa!). Potwierdzam, byłem niezwykle
pozytywnie zaskoczony jakością obsługi, wyposażeniem, a także…
tłumem ludzi w środku. Wydaje mi się, że nie zdajemy sobie
sprawy, jak ważną rolę w takich mniejszych społecznościach
pełnią tego typu instytucje.
Samo badanie rezonansem magnetycznym
przebiegło sprawnie, choć było bolesnym doświadczeniem.
Zamknięcie w komorze czy hałasy nie były mi straszne, ale przy
nadgarstku badanie trwa około godziny, a zajmuje się wyjątkowo
niewygodną pozycję. Podziwiam starsze osoby, które to wytrzymują.
Ja już prawie przyciskałem pompkę, która miała dać
pielęgniarkom znać, że mam dosyć. Na szczęście jednak nie
poddałem się i dotrwałem do końca
Drugi raz bym tego nie przeżył.
Kolejnym etapem wycieczki był Ujazd,
gdzie znajduje się sławny zamek Krzyżtopór. Chociaż to w
zasadzie ruiny bez okien i drzwi, to budowla prezentuje się
niezwykle majestatycznie, nadal czuć dawną potęgę tego miejsca. W
trakcie zwiedzania mamy dużą swobodę w spacerowaniu po twierdzy,
praktycznie możemy wejść wszędzie. Dla ułatwienia wyznaczono
ścieżki historyczne, którymi powinno się kroczyć, ale nie są
one zobowiązujące.
Jedynym punktem obligatoryjnym była
wizyta w sklepiku, gdzie dokonałem kluczowego dla mnie zakupu
magnesu (ekwipunek rycerski, niestety, w ogóle mnie interesował) i
mogłem ruszać dalej w trasę.
Następnym przystankiem był Opatów,
słynący w całym województwie z przepysznych krówek, które można
tu kupić praktycznie wszędzie – w każdym sklepie, czy nawet
restauracji. Jako amator słodyczy potwierdzam ich wysokie walory
smakowe, toteż kolejny magnes nie był jedyną moją pamiątką,
jaką przywiozłem z Opatowa do domu.
Rodzinne miasto serialowego Oresta
Możejki (dla niezorientowanych, policjanta z mojego ukochanego
serialu „Ojca Mateusza”, granego przez Piotra Polka) ma
wielowiekową tradycję i kilka zacnych zabytków, skupionych wokół
rynku. Główny plac zaskoczył mnie nieco swoim wyglądem. Rozmiary
ma jak najbardziej godne, lecz zadziwia swoją nieforemnością –
jest bowiem zdecydowanie bardziej podłużny niż szeroki.
Może z tego powodu, najciekawsze
dzieje się pod ziemią, bo właśnie tam wyznaczona została
popularna trasa turystyczna. Nad powierzchnią warto odwiedzić
Kolegiatę św. Marcina i rzucić okiem na znajdującą się po
sąsiedzku Bramę Warszawską.
Wizyta w Opatowie, choć przyjemna, nie
mogła trwać tak długo, bo czekała na mnie jeszcze jedna
miejscowość, mająca być nagrodą za poranne cierpienie, czyli mój
ukochany Sandomierz.
Niegdyś spędziłem tu cudowny czas na
stażu w miejscowym archiwum. Dzięki mieszkaniu przez ten okres w
mieście, mogłem natychmiast poczuć różnicę między Sandomierzem
weekendowym, a tym, nazwijmy go, normalnym, dnia powszedniego. Na
szczęście teraz odwiedzałem ten drugi i, po przybyciu, natychmiast
przypomniałem sobie, czemu ukochałem to miasto i zawsze wracam tu z
przyjemnością.
W Sandomierzu jest jedna, wspaniała
osoba, którą zawsze odwiedzam, ale nie zapowiedziałem się z
wizytą, więc chciałem ją zaskoczyć. Zanim to uczyniłem, udałem
się na rynek, by wreszcie zjeść obiad. Dodatkową atrakcją miał
być widok na ładny ratusz, ale silny wiatr przegonił mnie do
środka. Oczywiście, po skończeniu posiłku, pogoda zaraz się
poprawiła, co wykorzystałem na dłuższy spacer. Nie ma miasta na
świecie, po którym tak dobrze mi się chodzi (chociaż raz
przypłaciłem to złamaną kością śródstopia, o czym
zorientowałem się… 3 miesiące później), i w sumie zwiedziłem
już każdą uliczkę. Znam je wszystkie z nazwy, co mnie zawsze
frapuje, bo w rodzinnym Krakowie nigdy nie mogę ich spamiętać.
Chociaż cel spaceru był niezbyt
odległy od rynku, to i tak, jak często robiłem w trakcie stażu,
specjalnie sobie wydłużyłem pochód, zaliczając oba wąwozy, Park
Piszczele, Kościół św. Jakuba i Kościół św. Pawła, aż
wreszcie wylądowałem w pewnym żeńskim klasztorze
Było to najlepsze z możliwych zakończeń bardzo intensywnego dnia.
Taki wtorek mógłby mi się zdarzać co tydzień. Rzeczywistość
jednak nigdy nie nadążyła za tym marzeniem.
Wycieczka nr 4 (2-3 maja,
środa-czwartek – Sandomierz)
Pożegnanie z Sandomierzem 17 kwietnia
było tylko dlatego mniej smutne, że wróciłem do niego za dwa
tygodnie. Mam swoich kilka świeckich tradycji jak kwietniowe i
wrześniowe pobyty na Majorce, czy weekend Bożego Ciała spędzany
nad polskim morzem. Najdłużej jednak pielęgnuję zwyczaj spędzania
weekendów majowych w Sandomierzu. W ubiegłym roku nie mogło być
inaczej, choć z pewnych względów tym razem pobyt w ukochanym
mieście trwał tylko dwa dni.
Pewną nowością była za to pogoda.
Do tej pory pobyt majowy upływał mi w aurze chłodu. Tym razem –
szok – upał i sucho. Nie korzystałem, niestety, jednak z tych
wybitnie sprzyjających temperatur, gdyż sporo atrakcji dostarczał
mi mój ulubiony festiwal – Filmów i Spotkań Niezwykłych. Pobyt
w Sandomierzu upłynął mi zatem na przechodzeniu od jednej sali
kinowej do drugiej, z przerwami na spacer do Zamku, gdzie odbywają
się spotkania ze znamienitymi gośćmi.
Udało mi się jednak znaleźć też
czas na spacer po świeżym powietrzu (tutaj można oddychać pełna
piersią – nie ma żadnego smogu). Postanowiłem zrobić sobie
przechadzkę do postindustrialnego dworca kolejowego, który jest
położony po drugiej stronie Wisły. Jego uroda powala, ale w
negatywnym tego słowa znaczeniu. Zawsze mnie zastanawiało, jak tak
turystyczne miasto jak Sandomierz może w ogóle nie dbać o swoje
wizytówki – dworzec autobusowy przez długie lata był
pośmiewiskiem, a jego rolę pełniła…. ulica, gdzie zostały
wydzielone dosyć żałośnie prezentujące się „perony”. Teraz
jego wygląd podobno bardzo się poprawił (podobno, bo na własne
oczy jeszcze tego nie widziałem). Kolejowy ciągle czeka na swoją
szansę. Można być jednak dobrej myśli, bo i z Rzeszowa, i z Kielc
pociągami na weekend majowy przyjechały setki osób, a wagony były
wypełnione do ostatniego miejsca (również stojącego). Niestety,
ma to też swoje negatywne konsekwencje – w mieście na obiad w
restauracjach czeka się co najmniej godzinę, a czasami i dłużej.
Ale naprawdę to się bardzo cieszę,
że coraz więcej Polaków nabiera ochoty na poznanie
najpiękniejszego miasta w naszej ojczyźnie. Sam jestem
niestrudzonym ewangelizatorem Sandomierza i kilka osób już
nawróciłem w jego sprawie. W nagrodę doznali łaski jego poznania ze mną w roli przewodnika po jego krętych ścieżkach











Komentarze
Prześlij komentarz