Turystyczne podsumowanie roku, cz. II





Zapraszam na drugą część mojego podsumowania turystycznego za ubiegły rok. Tym razem przyszła kolej na wspomnienia z wycieczek czerwcowych i lipcowych. Chociaż to miesiące wakacyjne, rzadko wtedy wyjeżdżam, czas wolny spędzając głównie w Okulicach lub ogrodzie botanicznym.

Poza wymienionymi niżej podróżami, zjechałem jeszcze rowerem Puszczę Niepołomicką i Dolinę Będkowską. W jednym i drugim miejscu czas upłynął mi za szybko, było tak świetnie. Z obu tych wypraw nie zachował się żaden materiał fotograficzny. Żal robić przerwy, kiedy jest tak pięknie i cicho.

Przypominam uwagę metodologiczną: chociaż w ubiegłym roku często wędrowałem w towarzystwie (zawsze świetnym), to z reminiscencji może wynikać, jakbym wszystkie wycieczki odbył samotnie. Celowo. W związku z tym, że moje przeżycia są subiektywne, taka forma wydała mi się odpowiednia. Nie zmienia to faktu, że wszystkich mi towarzyszących mam głęboko w sercu i dziękuję pięknie za Waszą obecność, uśmiech, życzliwość i inspirujące rozmowy :) Liczę, że spotkamy się na turystycznym szlaku jeszcze wiele razy!

Jedziemy!

Wycieczka nr 5 (1-4 czerwca, piątek-poniedziałek – Gdynia, Krynica Morska, Gdańsk)
Już od dobrych kilku lat odwiedzam Trójmiasto i prawie zawsze docieram tu samolotem. Zaczęło się jeszcze od sławetnych linii OLT Express (to był pełen komfortu lot – w cenie była nawet kanapka), teraz wyspecjalizowałem się w kupnie tanich biletów w Ryanair. Mój rekord to 38 zł w obie strony, tym razem zapłaciłem nieco więcej, ale dzięki gościnie oszczędziłem na hotelu. Karma jednak wróciła, bo do noclegu musiałem jechać taksówką (lądowałem tak późno, że pociągi już nie kursowały z lotniska) i za transfer zapłaciłem cenę wprost z kosmosu. Do dzisiaj czuję się oszukany, co odbija się na moich znajomych, którzy muszą wysłuchiwać łzawej historii, o tym jak i za ile wtedy jechałem. Pierwsze wrażenie pozostawiło więc niesmak, później było już na szczęście lepiej.
Wyjątkowo dopisała mi pogoda w trakcie tego pobytu. Codziennie miałem 30 stopni i ani jednej małej chmurki. Dużo więcej czasu spędziłem więc na plażach i spacerując, niż zwiedzając. W zasadzie w ramach tego drugiego przejechałem się tylko do Oliwy w niedzielę, która jest moim ulubionym miejscem w całej okolicy i jedną z najpiękniejszych dzielnic w Polsce. Już w drodze od dworca mijamy urocze wille, a w samym parku znajduje się efektowny Pałac Opatów i, przede wszystkim, imponująca katedra. Niedaleko jest zoo, które co roku planuję odwiedzić, ale zawsze brakuje mi czasu. Może w kolejnym się uda.


Po nieudanym opalaniu się nad Morzem Śródziemnym w kwietniu, postanowiłem nadrobić tę stratę z nawiązką na rodzimym wybrzeżu. Zwizytowałem dwie plaże: w Krynicy Morskiej i Gdyni-Orłowie. Lepsze wspomnienia mam z tej pierwszej, gdzie czas upłynął mi sielankowo i tylko świadomość o powrotnym autobusie o godz. 18 wzbudzała mój niepokój i kazała co jakiś czas spoglądać nerwowo na zegarek. Niestety, Krynica Morska jest oddalona od Trójmiasta o prawie dwie godziny jazdy, ale odpowiednio nagrzany piasek (w Orłowie był tak gorący, że aż się poparzyłem), przyjaźniejszy klimat i niewielu ludzi wokół zrekompensowało mi tę niedogodność. Pewnym problemem było też znalezienie restauracji, bo te hotelowe obsługiwały wyłącznie swoich gości. W końcu w jednej ulitowano się nad turystą z Krakowa, choć wcześniej musiano ustalić, o co mu chodzi, kiedy zakomunikował, że poczeka na zupę na polu. Oczywiście, zjadłem na tzw. dworze.


Niedosyt pozostawiła jedynie latania morska, która leży na uboczu miasteczka i nic dziwnego, bo jej uroda raczej odstrasza niż przyciąga.

Powrót do Trójmiasta zaskoczył mnie znacznym spadkiem temperatur, tym bardziej że czekał mnie jeszcze długi i przyjemny spacer wte i wewte po bulwarze nadmorskim w Gdyni. Na szczęście mam dobre tempo chodzenia, więc nawet tylko w podkoszulku o drugiej w nocy jeszcze się trzymałem. Na niedzielną przechadzkę byłem już lepiej przygotowany, a poza tym rozgrzał mnie koncert Cree, który po wykonaniu swojego repertuaru zagrał piosenki Dżemu (wokalista Cree, Sebastian Riedel jest synem Ryśka Riedla), co z szumem fal morskich stanowiło wyborne połączenie. W Krakowie takie przeżycia niestety nie są możliwe, ale praca wzywała do powrotu, więc w nocy z poniedziałku na wtorek znowu wylądowałem w krainie smogu.



Wycieczka nr 6 (10 czerwca, niedziela – Sandomierz)
Jedną z najnowszych moich świeckich tradycji jest tzw. „Truskawkowa niedziela” w Sandomierzu. Odbywa się ona zawsze w drugą niedzielę czerwca. W trakcie tego święta na rynku sprzedawane są truskawki (niestety, bardzo drogie), a w restauracjach można znaleźć więcej dań z dodatkiem tego owocu niż zazwyczaj. Całość wieńczy koncert gwiazdy. W tym roku był to Organek, ale powrót do Krakowa wypadł mi wcześniej, więc odpuściłem to wydarzenie. 


Truskawkowa niedziela kojarzy mi się z dwiema rzeczami. Po pierwsze, w trakcie niej zawsze robię jedno selfie, które jest częścią pewnego projektu artystycznego, wymyślonego przeze mnie i zrealizowanego już po raz piąty. Po drugie, z wizytą u pewnej wspaniałej osoby z koszem pełnym truskawek, który zostawiam w darze.
Od niedawna doszedł do tego obiad zjedzony w ogrodzie u Dominikanów, skąd rozciąga się piękny widok na ich winnicę oraz zamek i Katedrę. Założenie kawiarni na polu to rewelacyjny pomysł zakonników i cieszy serce, że przyciąga ona coraz więcej turystów. Miejsca jest tak dużo, że każdy chętny się zmieści, a ceny bardzo zachęcające i mocno konkurencyjne wobec jadłodajni ze ścisłego centrum. Może nieco większy mógłby być wybór dań – na razie w menu są bowiem tylko żur, bigos i pierogi ruskie.


Na koniec dnia odwiedziłem trasę podziemną. Była to moja chyba setna wizyta w tym miejscu, ale zawsze bawię się doskonale, bo każdy przewodnik inaczej opowiada legendy sandomierskie. W starych piwnicach kupców znalazłem też trochę ochłody przed upałem, który towarzyszył mi przez cały pobyt.
Była to moja trzecia wizyta w Sandomierzu, czułem się tu, jak zwykle, rewelacyjnie. Myślałem, że to moje pożegnanie z królewskim miastem w tym roku, ale na szczęście się myliłem.

Wycieczka nr 7 (30 czerwca-1 lipca, sobota-niedziela – Jaworki, Szczawnica, Leśnica)
Będę szczery, nigdy nie byłem miłośnikiem gór, a jeszcze bardziej cepeliowatej otoczki, z której słynie choćby Zakopane. To nastawienie na zysk i to w najgorszym stylu dotąd skutecznie mnie odpychało od wszelkich szczytów. Jednak w ubiegłym roku moja niechęć została przełamana i, po namowach, w końcu postanowiłem dać szansę naszym pięknym Pieninom. Jestem bardzo szczęśliwy, że uległem, bo weekend spędzony w Szczawnicy uważam za jeden z lepszych wyjazdów 2018 roku.
Wspominam go bardzo ciepło, chociaż tym razem pogoda nie dopisała. Prawie przez cały weekend lało, a dodatkowo było tak chłodno, że z ratunkiem musiała przyjść kurtka. Radę miejscowego górala, bym w trasę wybrał się z lokalną rozgrzewającą wódką, jako prawie abstynent, musiałem odrzucić.
Plany wycieczkowe były spore, ale intensywny niekiedy deszcz czasem stanowił przeszkodę nie do pokonania. Udało się zaliczyć Wąwóz Homole, przejście do Leśnicy w Słowacji, a także chodzenie po Palenicy, na którą – przyznaję się bez bicia – wyjechałem kolejką górską. Dla mnie, osoby z lękiem wysokości, było to przeżycie z gatunku ekstremalnych, bo nie zdążyłem się nawet przygotować mentalnie do tej eskapady, gdyż natychmiast po zapięciu, wyciąg ruszył energicznie w górę i na przemyślenie zakupu i ewakuację było już za późno.


Spacer po Palenicy był niezwykle odświeżający. Bardzo miło było popatrzeć na świat z góry, tym bardziej, że ze szczytu rozciągał się piękny widok na dolinę Dunajca. Krajobraz psują tylko głośni motocykliści, którzy w ogóle nie przejmują się turystami, przeszkadzając im w kontemplowaniu natury.


Na szczęście wolny od nich był Wąwóz Homole, który jest dużo bardziej urozmaicony niż te znane mi z Sandomierza. Jesteśmy otoczeni przez góry, a przez środek przepływa strumyk, w pokonaniu którego pomagają małe mosty. Gdy chce się mieć świetne zdjęcie, trzeba jednak połazić po kamieniach. Oczywiście, nie odebrałem sobie tej przyjemności, uważając tylko, by nie złamać przypadkiem drugiego nadgarstka. Dzięki ostrożności i lepszym butom, do Krakowa wróciłem w stanie nienaruszonym.


Na szczęście, dla mnie jako niewprawnego „górala” podejścia w wąwozie są bardzo łatwe i każdy (nawet dziecko) powinien dać sobie z nimi radę. Po dojściu do łąki, niestety trzeba było zdecydować się na odwrót z powodu gęstego i niedającego się wyminąć błota.
Niedziela upłynęła pod znakiem wycieczki na Słowację. Do granicy jest zaledwie kilka kilometrów, a ścieżka wiedzie wzdłuż Dunajca. Z perspektywy mieszczucha z Krakowa, to wyjątkowo urokliwa trasa do niespiesznego spacerowania, więc ochoczo ruszyłem do przodu. Po drodze zazdrośnie spoglądałem na turystów spływających rzeką tratwami. Kolejnym razem na pewno do nich dołączę!


Z powodu braku czasu musiałem nieco zrewidować plany i zarzucić pomysł wyprawy do Czerwonego Klasztoru (marzy mi się powrót tutaj, by przejść na nogach całą drogę – coś jak jeden odcinek camino). W zamian wybrany został wariant pośredni – podróż do Leśnicy, chyba pierwszej miejscowości po drugiej stronie granicy. Krótka wizyta w mieście pozwoliła na odkrycie kościoła św. Michała i znajdujący się tuż obok niego niecodziennie wyglądający plac zabaw.


Weekend spędzony w Szczawnicy był fantastyczny z wielu powodów, także dlatego że wypadł w idealnym momencie roku, kiedy już czułem się nieco zmęczony (zwłaszcza psychicznie), a perspektywa wakacji była jeszcze odległa. Polskie góry nie są wcale takie złe!

Wycieczka nr 8 (22 lipca, niedziela – Cieszyn, Czeski Cieszyn)
Rokrocznie planuję parę wycieczek, które można zrobić w jeden dzień, by równocześnie zobaczyć nowe miejsca, a przy tym nie stracić nic z urlopu. Takie pomysły mają jedną wadę – cel podróży nie może być zbyt odległy i dojazd komunikacją publiczną (nie mam samochodu) powinien być w miarę łatwy. Na pierwszy ogień poszedł w minionym roku Cieszyn, do którego można dostać się z Krakowa, na szczęście, bez większych problemów.
Pierwsze wrażenie miasto na granicy robi bardzo dobre. Odwiedzając mniejsze miejscowości, podziwiam troskę ich włodarzy o dworce – w końcu wizytówkę tych małych ojczyzn. W ciągu ostatnich lat widzę sporo pozytywnych zmian w tym zakresie. Budynki, które niegdyś straszyły, dzisiaj śmiało można pokazać turystom. Dworzec w Cieszynie (obsługuje zarówno autobusy jak i pociągi) jest jednym z nowocześniejszych, jakie widziałem w Polsce.
Nie po to jednak tyle jechałem, by go zwiedzać, była to tylko miła niespodzianka. Większe atrakcje miały czekać na mnie w centrum, gdzie udałem się pieszo, mijając po drodze dwa kościoły.
Cieszyn ma intrygującą architekturę, widać od razu, że miasto świeciło kiedyś większym blaskiem i wiele znaczyło. Różne ślady wspaniałej przeszłości zachowały się w miejskim krajobrazie. Co chwilę przerywałem więc pochód, by uwiecznić kolejne budynki na fotografii.


Elementem nowości jest obecność huśtawek na środku rynku. Należę do ich miłośników, toteż ochoczo wskoczyłem na jedyną wolną i wprowadziłem solidną konstrukcję w ruch. Takie huśtawki wydają mi się lepszym pomysłem niż ławki (zwłaszcza te za kilkaset tysięcy złotych….) i za to Cieszyn ma u mnie plusa. 


Po mieście spaceruje się łatwo, bo najważniejsze zabytki nie są zbyt odległe od siebie, dlatego przypomniał mi się Sandomierz. Zwiedzanie zakończyłem na zamku, który nijak tego typu budowli nie przypomina. To po prostu pozostałości po nim z różnymi fortyfikacjami, ale dzięki położeniu na wzgórzu jego ranga jest znacznie podniesiona i na swoją miarę może udawać lokalny Wawel. Z punktu widokowego ulokowanego w Wieży Piastowskiej rozciąga się doskonały widok na polską i czeską stronę Cieszyna. Granicą pomiędzy państwami jest most na Olzie, położony tuż u podnóża twierdzy.


Przejście na drugą stronę było kolejnym punktem wycieczki, lecz szybko pożałowałem tego kroku. Natychmiast, po zameldowaniu się w Czeskim Cieszynie, na moją głowę spadł rzęsisty deszcz (wcześniej było sucho). Spacer odbywał się w bardzo przyspieszonym tempie, i w sumie skupiłem się tylko na oglądnięciu najważniejszych punktów. Szczerze mówiąc, nic specjalnego.
Powrót do macierzy był błyskawiczny, lecz niestety przywlokłem ze sobą ulewę, która nie chciała mnie długo opuścić. Skutek był taki, że wszyscy pochowali się w restauracjach, więc na obiad trzeba było czekać nawet półtorej godziny. Wolałem więc udać się na spacer po tzw. „Cieszyńskiej Wenecji”, której zwiedzania nie miałem w planach, a odkryłem ją przypadkiem, wałęsając się po mieście bez celu, ale za to z parasolem w ręku. To miejsce jak z bajki, pełne artystycznego sznytu (swoją siedzibę ma tu kilka galerii) było jednym z moich najlepszych ubiegłorocznych odkryć.


Długo jednak nie mogłem tam zostać, bo wzywał mnie ten nowoczesny dworzec, a dokładnie wykupiony już wcześniej przejazd busem do Krakowa. W pojeździe zameldowałem się cały mokry, ale równocześnie bardzo szczęśliwy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2024)

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (maj 2024)