Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2019)
Marzec był najlepszym miesiącem, odkąd prowadzę tę rubrykę. Przeczytałem 4 książki, w wielu innych znacznie posunąłem się do przodu, więc z nadzieją patrzę na kwiecień – prawdopodobnie znowu pobiję rekord :)
Sylwester
Latkowski, Układ trójmiejski
Poznań 2017, Zysk i S-ka Wydawnictwo, ss. 356
Książka rozpoczyna się od opisu afery Amber Gold. Jak to
możliwe, że wielokrotny oszust mógł prowadzić działalność parabankową przez
kilka lat praktycznie nie niepokojony przez urzędy i prokuraturę, i skąd miał
na to pieniądze? Zadziwiające. Trochę mniej, że swój bezprawny biznes rozwijał
w Gdańsku, bo akurat w Trójmieście miejscowi policjanci, sędziowie i
prokuratorzy są zaskakująco bierni i bezradni w posyłaniu przestępców do
więzień.
Autor dostarcza wiele dowodów tej „słabości”, poruszając sprawy
słynne na całą Polskę, ale też inne, głośne raczej tylko na Pomorzu.
Praktycznie w każdej historii sprawcy nie ponoszą kary, a ofiary zostają z
traumą na całe życie.
Amber Gold jest najgłośniejszą aferą pochodzącą z północy,
ale mnie bardziej zaszokowały poczynania „Krystka”, oficjalnie 38-letniego
bezrobotnego, który parał się nietypowym zajęciem. Otóż wynajdywał, nagabywał i
oferował pracę młodziutkim dziewczynom (najczęściej 14-15 lat) polegającą m.in.
na… huśtaniu się w skąpym stroju i tańczeniu w najpopularniejszych sopockich
klubach nocnych. „Krystek” został oskarżony także o liczne gwałty. Historia
stała się znana, gdy skrzywdzona 14-latka popełniła samobójstwo, a swoje śledztwo
rozpoczęła jej matka.
Wcześniej, tak jak przy Amber Gold, nikt nic nie widział,
nikt nic nie słyszał, wszyscy bawili się doskonale. Panowała zadziwiająca zmowa
milczenia. Później okazało się, że proceder „pozyskiwania” nastolatek do
dyskotek trwał latami. Skrzywdzone i szantażowane dziewczęta można było liczyć
w dziesiątkach.
Sprawę nagłośnili dziennikarze… z Warszawy (gdzie byli ich
koledzy z Trójmiasta?!). Dopiero ich przyjazd (a dokładniej autora książki i
Michała Majewskiego, wielokrotnie nagrodzonego reportera śledczego) i nacisk
wywierany na Policję (Latkowski pisze wprost o szantażu) zachęciły odpowiednie
służby do zainteresowania się tą historią… Gdyby zareagowały wcześniej,
tragedii można było zapobiec.
Inną głośną sprawą tu poruszoną jest ta dotycząca zaginięcia
Iwony Wieczorek. Niegdyś cały kraj śledził losy śledztwa. Dzisiaj wiadomo, że
zostało ono poprowadzone wyjątkowo nieudolnie, skupiono się na nieistotnych
szczegółach (słynny pan z ręcznikiem) i całkowicie pominięto szczegółową analizę
trasy młodej dziewczyny do domu, która (analiza) określała w miarę dokładne
miejsce i czas możliwego uprowadzenia. Latkowski podsuwa głównego podejrzanego,
który nie ma wiarygodnego alibi, kłamał w trakcie przesłuchań, co zostało
udowodnione, miałby motyw do popełnienia zbrodni oraz doskonale znał Iwonę
Wieczorek.
W książce jest mnóstwo faktów, informacji zakulisowych,
rozmów niewykorzystanych w tekstach prasowych. Latkowski ma dużą wiedzę, ale
też umiejętności i odwagę, by ją powiększyć, korzystając z licznych
informatorów, nie zawsze dobrze mu życzących. Jeden z nich ostrzega go, że po
książce może zostać wydany na niego wyrok śmierci (spokojnie, autor żyje do
dziś), albo zostanie zamęczony procesami.
Zagadka tytułowego Układu Trójmiejskiego nie została rozwiązana,
nie jest jasne, kto go tworzy. Ale prawie wszyscy rozmówcy są przekonani o jego
istnieniu i trwaniu przez kolejne dekady, bo zblatowanie różnych służb, biznesu
i przestępczości jest tu tak silne. Nie wygląda na to, by w Trójmieście szybko
zapanowała pełna sprawiedliwość. Nie zgodzę się jednak z ukrytą tezą książki,
że Trójmiasto to mała Sycylia. Sam odwiedzam je przynajmniej raz w roku i czuję
się tu zawsze bezpiecznie.
Mimo różnych wad (chaotycznie spisane niektóre wywiady, które
dodatkowo niewiele wnoszą do tekstu – zwłaszcza rozmowa z byłym esbekiem;
trzeba mieć wiedzę przynajmniej szczątkową o opisywanych sprawach, żeby nie
pogubić się w nadmiarze informacji), jest to pasjonująca lektura, od której
trudno mi było się oderwać. Polecam zwłaszcza wszystkim miłośnikom zagadek
kryminalnych.
Ludwik
Wiśniewski,
Blask wolności
Kraków 2015, Tygodnik Powszechny, ss. 40
Książeczka była dodatkiem do jednego z numerów „Tygodnika
Powszechnego” w 2015 r. Ludwik Wiśniewski to Dominikanin, sławny duszpasterz, w
trakcie PRL wspierał opozycję, ergo
postać niezwykle zasłużona dla kościoła i Polski. To właśnie on przemawiał w
trakcie pogrzebu Pawła Adamowicza.
Esej „Blask wolności” jest efektem filozoficznych przemyśleń
zakonnika z Lublina, w których wzoruje się na etyce św. Tomasza z Akwinu.
Według Wiśniewskiego każdy człowiek jest obdarzony władzą rozumową odróżnienia
dobra i zła, i wolą, by podążyć za jednym lub drugim. To kluczowe komponenty
składające się na naszą autonomię. Gdy wybieramy dobro, nasza wolność się
zwiększa, gdy zło, zmniejsza (podobne to do teorii Tischnera, którego nazwisko
tu nie pada: wolność jako szyderstwo lub wolność jako wspaniałomyślność).
Dominikanin wyciąga z tej antropofilozofii brawurowe wnioski: w razie konfliktu
(niezgodności) nauczania kościoła z naszym sumieniem, należy zawsze pójść za
głosem drugiego. Przy wyborach moralnych powinniśmy więc polegać na własnym
rozeznaniu dobra i zła, a nie na wskazaniach biskupów.
Akt prawdziwie moralny jest taki wtedy i tylko wtedy, gdy
wypływa z naszego wnętrza, a nie dlatego, że ktoś (coś) nam tak nakazał.
Wbrew pozorom Kościół i duchowni pełniliby wciąż istotną
rolę, ale jednak pomniejszoną względem tradycji. Powinni być świadectwem,
swoistym drogowskazem dla wiernych, ale nie mogą ich zastępować przy
podejmowaniu konkretnych decyzji.
Konsekwencje pomysłu Wiśniewskiego są radykalne i nie do
przewidzenia, ale według mnie jest to głos warty uwagi i ciekawy punkt wyjścia
do szczerej dyskusji. Oby więcej takich w polskiej filozofii i teologii.
Michał Zioło
OCSO w rozmowie z Katarzyną Kolską i Romanem Bieleckim OP, Po co światu mnich?
Kraków 2018, Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W
drodze, ss. 400
Kupiłem tę książkę jako prezent dla innej osoby i po lekturze
wiem, że trafiłem w samo sedno, nawet lepiej niż się spodziewałem. Ojciec Zioło
jest byłym dominikaninem, dodatkowo pochodzącym z Tarnobrzega i często
odwiedzającym Sandomierz. Kilka pozytywnych zdań o najpiękniejszym mieście w
Polsce sprawiło mi szczególną radość i liczę na to, iż nie tylko ja zwrócę na
te fragmenty szczególną uwagę.
Wywiad jest niezwykle interesujący, bo i bohater wymyka się
wszelkim klasyfikacjom. U szczytu swej duszpasterskiej sławy opuścił szeregi
„Psów Pańskich” (potoczna nazwa Dominikanów) i wstąpił do Trapistów, zgromadzenia
o (podobno) najbardziej surowej regule życia zakonnego. Bardzo wczesne
wstawanie, częste modlitwy, ciężka praca fizyczna, post i milczenie to
codzienność wszystkich Trapistów, wśród nich jedynego Polaka w tym zakonie –
Michała Zioły. Dzieli się on całą wiedzą na temat życia monastycznego. Pięknie
też opowiada o swojej drodze do kapłaństwa i decyzjach, które podejmował. Nie
ma w nim żadnego zgorzknienia, żalu, czy złości tylko wewnętrzny spokój, zgoda
i radość ducha, wyrażona między innymi w wybornym poczuciu humoru.
Ojciec Zioło ma tylko jedną zadrę w sercu, o której mówi
otwarcie w książce i potwierdził to także w trakcie spotkania autorskiego w
Krakowie, w którym miałem przyjemność uczestniczyć. Otóż, miał dołączyć do
mnichów z Tibhirine w kwietniu 1996 r. Nie zdążył. W marcu większość z nich
(dwóch się ukryło) została porwana, a kilka tygodni później bestialsko
zamordowana (odcięto im głowy; o całej historii opowiada sławny film „Ludzie
Boga”). Klasztor po tej tragedii został zamknięty, a zakonnik nie wybaczył
mordercom do dziś.
Gilbert Keith
Chesterton,
Obrona rozumu : wybór publicystyki
(1930-1936 oraz wydania późniejsze)
Warszawa 2014, Fronda, ss. 416
Dostałem tę książkę jako prezent i po przeczytaniu, muszę przyznać,
że podarunek był bardzo trafiony. Chesterton to jeden z najbardziej znanych
chrześcijańskich publicystów i pisarzy XX wieku. „Obrona rozumu” zawiera zbiór
jego esejów i felietonów publikowanych w różnych miejscach (często w
brytyjskiej prasie).
Chociaż Chesterton ma zdecydowanie konserwatywne poglądy, to
nie daje się tak łatwo zaszufladkować. Myśli niesztampowo, wyciąga nieoczekiwane
wnioski idące przeważnie poprzek dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości, w
której przyszło mu żyć (1874-1936). Krytykuje ślepy postęp, nową obyczajowość i
system edukacji. Wiele myśli zachowało aktualność do dziś, co wskazuje na pewną
uniwersalność jego przesłania, podanego w błyskotliwy sposób.
Nieco drażni mnie jednak jego „arystokratyczność” (cecha
charakteru, nie status społeczny), która przejawia się w poglądzie, iż kiedyś
było lepiej i cywilizacja zmierza w złą stronę. W pesymizmie antropologicznym
moglibyśmy podać sobie dłonie, ale jego negatywna ocena współczesności wydaje
się momentami przesadzona i nużąca.
Niemniej, bardzo frapująca i często fascynująca lektura.
Kilka esejów mnie zaskoczyło (m.in. doskonały fragment o demokracji, w której
władza jest traktowana jako zdobyta na wieki – piękny paradoks) i zachęciło do
zrewidowania swoich poglądów na pewne sprawy. Polecam!

Komentarze
Prześlij komentarz