Czytelnicze podsumowanie miesiąca (maj 2019)


 
Kwiecień był fatalny, za to maj, zgodnie z oczekiwaniami, najlepszy, odkąd zacząłem pisać bloga. Przeczytałem w minionym miesiącu 5 książek, czym pobiłem swój życiowy rekord! Niechaj dobra passa trwa jak najdłużej. 


Red. Joanna Bielska-Krawczyk, Wiara w czasach niewiary : rozmowy o współczesnej religijności
Kraków 2017, Wydawnictwo Znak, ss. 268


Moje własne obserwacje podpowiadają mi, że świadomość religijna w Polsce stoi na niezwykle niskim poziomie, a wiernym często brakuje podstawowej nawet wiedzy w tych sprawach (zapytajcie swoich znajomych, czemu do kościoła chodzi się w niedzielę, a nie np. w środę lub czwartek). Ludzie wierzą przede wszystkim sercem, nie potrzebują rozumowo uzasadniać swoich poglądów i raczej unikają konfrontacji z inaczej myślącymi. 

Ma to swoje odbicie na rynku wydawniczym. Lubię czytać książki religijne, ale wiele z nich jest zadziwiająco bezkrytycznych. Brakuje pozycji, które w pogłębiony i wielowymiarowy sposób ukazują wiarę i religijność zamiast zadowalać się prostymi ale nośnymi hasłami, zapewne przynoszącymi ogromny poklask w trakcie rekolekcji. „Wiara w czasach…” jest chlubnym wyjątkiem, bo na tytułowy temat mówi wyłącznie poważnie, nie podlizując się czytelnikowi. 

Na książkę składa się 10 rozmów – z naukowcami, ludźmi kultury oraz duchownymi (między innymi o. Jan Kłoczowski!), którzy starają się wytłumaczyć dzisiejsze miejsce religii w świecie. Goście unikają łatwych odpowiedzi, raczej wyrażają swoje wątpliwości (np. ciekawy wątek – czy świat bez religii stanie się lepszym miejscem). 

Wywiady są bardzo interesujące, pełno w nich odniesień do filozofii, która ma chyba najlepsze narzędzia do badania religii. W ten sposób dopełnia się sławne powiedzenie, że wiara potrzebuje zrozumienia. Wczoraj, dzisiaj i jutro. Zawsze.


Jennifer Lynch, Sekretny dziennik Laury Palmer
Kraków 2017, Wydawnictwo Znak Litera Nova, ss. 221


W związku z tym, że chcę sobie przypomnieć pierwsze dwa sezony „Miasteczka Twin Peaks”, postanowiłem nieco wczuć się w całą mitologię tego świata i przeczytać wszystkie książki w Polsce, które traktują o tym serialu. Po lekturze pamiętnika Laury Palmer zaczynam mieć wątpliwości, czy był to dobry pomysł… 

„Sekretny dziennik….” napisała Jennifer Lynch, córka Davida, reżysera i jednego z dwóch głównych twórców i pomysłodawców kultowego dzieła. Książka, piszę to z przykrością, prezentuje znacznie niższy poziom. 

Palmer w serialu jest w zasadzie obecna tylko duchem i martwym ciałem, ale jej przeszłość wyjaśnia film „ Twin Peaks: ogniu krocz ze mną”, który pełni rolę prequela do całej serii. W skrócie Laura to lokalna piękność, w której zakochane było pół miasta. Szybko nauczyła się korzystać z uroków życia, osiągając pełne seksualne wyzwolenie. I w tym kierunku idzie też „Sekretny dziennik….” który razem z Laurą i czytelnikami pokonuję drogę od grzecznej dziewczynki i świetnej uczennicy do narkomanki i seksualnego wampa. 

Książka jest więc w zasadzie jedną wielką pornografią, ocierająca się momentami o pedofilię (część wspomnień dotyczy okresu, gdy bohaterka miała poniżej 15 lat). Nie byłby to w sumie wielki problem, bo historia literatury pięknej zna już podobne przypadki, ale niestety tym razem wszystko zostało napisane w sposób przerażająco infantylny i mało przekonywujący. Szkoda, bo historia miała spory potencjał.


Jonathan Franzen, Dwudzieste siódme miasto
Katowice 2014, Sonia Draga, ss. 558


Ze smutkiem zauważyłem, że ostatnio czytam mało powieści. Nadrabianie zaległości rozpocząłem od dzieła Franzena, czołowego obecnie pisarza po drugiej stronie Atlantyku. 

„Dwudzieste siódme miasto” było jego debiutem i pisarz kreśli w nim sylwetkę (fikcyjną) St. Louis, w którym się wychował. Szczególnie ważną rolę zaczyna w nim pełnić Dżammu – nowa komendantka policji, pochodząca z Indii. Jej ambicje sięgają jednak znacznie wyżej i za pomocą sprowadzonych rodaków oraz licznych intryg (nie zawsze legalnych) chce przejąć władzę w całym regionie. Jej urokowi poddaje się wielu szacownych mieszkańców, którzy widzą w niej nadzieję na lepsze jutro St. Louis – kiedyś potężnej metropolii, dzisiaj zaledwie tytułowego „dwudziestego siódmego” miasta” (chodzi o wielkość). Nie wszyscy jednak wierzą w jej czyste intencje. 

Polityka jest tu tylko tłem, by opowiedzieć historię o ludziach tworzących elitę lokalnej społeczności: ich konfliktach, zblazowaniu i intelektualnemu lenistwu. Niewielu tu idealistów, każdy szuka raczej okazji do zarobku lub przeżycia przygody. Członkowie rad do spraw rozwoju szybko przejmują perspektywę Dżammu, która wydaje się być jedyną osobą z konkretnym planem na swoją nową małą ojczyznę. Ukoronowaniem ma być zwycięskie referendum w sprawie połączenia miasta i powiatu. 

Całość czyta się bardzo dobrze, historia jest wciągająca, chociaż czasami niektóre zachowania bohaterów bywają nielogiczne. Nie zawsze jasne są zamiary autora, brakuje głębszej myśli, zwłaszcza w finale, w którym akcja przyspiesza, ale ostatecznie niewiele z niego wynika. Czy policjantka z Indii odniosła sukces, czy poniosła klęskę? W sumie nie wiadomo, powieść nagle się urywa, a kontynuacji nie było i nie ma… 

Widać, że na tym etapie kariery pisarskiej Franzen nie potrafił jeszcze zapanować nad materiałem, ale początki są niezwykle obiecujące i z chęcią sięgnę po jego kolejne pozycje. Już czekają w kolejce.


Maria Miduch, Kobiety, które kochał Bóg
Kraków 2018, Wydawnictwo WAM, ss. 256


W kategorii popularyzacji wiedzy o Biblii, nie mam wątpliwości, że to bardzo wartościowa pozycja. Miduch zna się na rzeczy, porusza się swobodnie po temacie, wyjaśniając motywy zachowania kolejnych bohaterek i tłumacząc, dlaczego właśnie je pokochał Bóg. Przykłady dobiera starannie i parami. 

Wszystkie niewiasty łączy szczególna relacja z Najwyższym, który wyznaczył im specjalne zadania. Nieważny jest ich status społeczny (prostytutka ma również szansę na nawrócenie), czy materialny, tylko gotowość pójścia za Bogiem, nawet wbrew swojemu ludowi czy obowiązującym zwyczajom. 

Zwrócenie uwagi na rolę kobiet w historii religii i oddanie im tym samym sprawiedliwości jest ze wszech miar słusznym posunięciem i chylę czoła za to przed autorką. Ale i tak, mimo to, po lekturze odczuwam niedosyt. Dlaczego? 

Miduch ma dobry warsztat pisarski, przytacza mnóstwo interesujących faktów, lecz z każdej strony widać, że wśród czytelników upatruje głównie wierzące panie. No, choćbym się starał, trudno mi spełnić ten warunek. 

Świetny koncept i specjalistyczna wiedza utonęły więc w cukierkowatej atmosferze, zaserwowanej nam przez pisarkę. Wszystko w tych historiach wydaje się za proste, za miłe, za piękne. Każda kończy się szczęśliwie. Nawet jak są problemy, to miną, trzeba tylko trwać przy Bogu i dołączyć do narodu wybranego (jeśli jeszcze się do niego nie należy). Bardzo to wspaniałe, lecz także naiwne i bajkowe. Taki jest świat?! 

Ta książka przynosi ukojenie, zgadzam się. Ale ja akurat nie tego szukam w literaturze. Niemniej, zainteresowanym tematyką biblijną polecam bardzo.


Tadeusz Biedzki, Sen pod baobabem
Poznań 2012, Zysk i S-ka Wydawnictwo, ss. 335


Gdy kiedyś pojadę do Afryki, to chciałbym przeżyć takie przygody, jakie miał autor z żoną w trakcie swojej podróży po zachodniej części tego kontynentu, i tak realistycznie opisać je później w książce. W trakcie lektury ma się wrażenie, jakbyśmy całą drogę przejechali z bohaterami. 

Powyższy akapit w zasadzie wystarczyłby już za recenzję, ale jako grafoman, nie odmówię sobie tej przyjemności, by o tym dziele skreślić kilka słów więcej. 

Mam słabość do reportaży z Afryki. Raz w roku czytam co najmniej jeden, a najlepiej kilka. Na „Sen pod baobabem” nastawiałem się już długo, aż w końcu trafił na moją listę czytelniczą. 

Biedzki patrzy na mieszkańców Czarnego Lądu z sympatią, ale nie bezkrytycznie. Potrafi zachwycić się lokalną kulturą i przyrodą, ale też zganić ewidentne wady miejscowych i opisać ich okrutne zwyczaje. 

Autora i jego małżonkę prowadzą ciekawość świata i otwartość na nowe doświadczenia. To chyba najwłaściwsza postawa w podróży, dlatego oprócz realizacji śmiałych planów (wizyta w kraju Dogonów, czy wycieczka na pustynię) decydują się czasami zboczyć z trasy i pójść za dopiero co spotkanymi ludźmi. Dało im to możliwość uczestniczenia między innymi w przerażającym w swojej postaci rytuale animistycznym, gdzie bardzo się przydali jako niewierni o białej skórze. 

Biedzki nie pomija żadnego ważnego szczegółu, ale potrafi także wyciągnąć ogólniejsze wnioski. „Sen pod baobabem” nie jest zatem tylko zapisem ekscytujących przeżyć, lecz także napisaną z pasją opowieścią o Afryce – jej troskach i wielkim pięknie, przyciągającym przybyszów z całego świata. Liczę, że kiedyś spełni się moje marzenie i dołączę do tego grona. Na razie czytam kolejne reportaże o tym chyba najbardziej wyjątkowym kontynencie. 

PS. Dodatkową wartością książki jest jej piękne wydanie, na kredowym papierze, z fantastycznymi zdjęciami w środku.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2024)

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (maj 2024)