Turystyczne podsumowanie roku 2019, cz. III
Zapraszam na trzecią (ostatnią) część mojego podsumowania turystycznego za ubiegły rok. Tym razem przyszła kolej na wspomnienia z wycieczek sierpniowych, wrześniowych i październikowych. Dla mnie to zawsze najintensywniejszy czas. Moje doświadczenie podróżnicze mówi, że właśnie te miesiące są najlepsze na wakacje.
Przypominam uwagę metodologiczną: każdą wyprawę opisuję tak, jakbym odbył ją samotnie, co może być nieco mylące (bo czasami miałem towarzystwo – zawsze świetne – miniony rok był pod tym względem cudowny), lecz taka forma wydaje mi się najbardziej odpowiednia.
W linkach poniżej pierwsza i druga część podsumowania turystycznego ubiegłego roku.
Część I: http://trwoga.blogspot.com/2020/01/turystyczne-podsumowanie-roku-2019-cz-i.html
Część II: http://trwoga.blogspot.com/2020/02/turystyczne-podsumowanie-roku-2019-cz-ii.html
Ruszamy!
Wycieczka nr 14 (10-11 sierpnia, sobota-niedziela – Biecz)
Do Biecza wybierałem się od kilku lat, ale cały czas coś stawało mi na przeszkodzie. Albo mecz Cracovii, albo inne plany, albo brak miejsc noclegowych. Wizyta w tym mieście była bowiem nieprzypadkowa, bo zwiedzić je chciałem przy okazji festiwalu muzycznego Kromer, na który przybywają melomani z całego południa kraju. Sam należę do grona koneserów muzyki dawnej i staram się nie opuszczać żadnego wydarzenia w odległości kilkudziesięciu kilometrów od Krakowa. Ostatecznie, z dużym wyprzedzeniem zarezerwowałem noc w miejscowym szkolnym schronisku młodzieżowym i mogłem ze spokojem czekać na dzień wyprawy.
Pod każdym względem wycieczkę zaliczam do udanych. Oba koncerty były znakomite, wieczorny przeciągnął się prawie do północy, tyle artysta zagrał bisów. Dopisała też pogoda. Upał bardzo doskwierał, lecz w połączeniu z chłodem kościołów dawało to idealne połączenie.
Od razu po przyjeździe skierowałem się do wieży ratuszowej, z której rozciąga się najlepszy widok na okolicę. Miasteczko nie jest wielkie, więc w zasadzie wzrok sięga aż po granice. Szybko ustaliłem lokalizację najważniejszych zabytków. Czasu do pierwszego występu muzyków było sporo, więc postanowiłem wykorzystać wycieczkę do cna. Odwiedziłem wszystkie obiekty muzealne, gdzie dowiedziałem się wiele o historii regionu oraz lokalnych tradycjach aptekarskich.
Wspaniałe są obie świątynie. Kolegiata jest tak dużych rozmiarów, że trudno objąć ją aparatem. Ciekawie prezentuje się w środku. Na pierwszy rzut oka wygląda na nieco zapuszczoną, ale to mylne wrażenie, bo to stanowi o jej uroku. Sztuka w tej przestrzeni miała swój wyjątkowy smak. W ogóle nie dziwi, że to tutaj postanowiono zorganizować festiwal.
Marzenie o zobaczeniu Biecza wreszcie spełnione, więc do Krakowa wracałem w pełni uśmiechnięty.
Wycieczka nr 15 (12-14 sierpnia, poniedziałek-środa – Opole, Brzeg, Częstochowa)
Tak się składa, że wycieczka do Biecza rozpoczynała pierwszy etap moich wakacji. W ciągu 24 godzin przemieściłem się ze wschodu Polski na jej zachód, z krótkim postojem w Krakowie, gdzie obejrzałem zwycięstwo „Pasów” :)
Województwo Opolskie poznałem już całkiem nieźle w 2018 roku, gdy odwiedziłem Nysę, Otmuchów oraz Paczków. Obiecałem sobie, że w kolejne lato będę kontynuował podróż po tym niedocenianym regionie Polski. Przy okazji, wykorzystując bliskość geograficzną i zgodność terminów z czasem pielgrzymkowym, udałem się do Częstochowy, by poczuć ducha Camino.
Wszystko poszło mi nawet lepiej, niż przypuszczałem. Dopisała pogoda, w Opolu i Brzegu było upalnie, nieco chłodniej w Częstochowie. Poza tym, już znajdując się na miejscu, wprowadzałem pewne korekty do planu, zresztą bardzo dla mnie korzystne. Między innymi przełożyłem wizytę w Muzeum Polskiej Piosenki z poniedziałku (pierwotne zamierzenie) na wtorek. I co się okazało? Tego dnia wejście było darmowe :) Nie wiedziałem o tym! Fantastyczna placówka, można w niej spędzić cały dzień, oglądając amfiteatr i scenę z bliska, a także słuchając naszych świetnych utworów. Na sam koniec warto obejrzeć dokument o festiwalu w Opolu.
Dzień wcześniej przeszedłem się po mieście. Wszystkie zabytki, z Katedrą na czele, znajdują się w okolicach rynku lub niewielkiej odległości od niego, toteż zwiedzanie upłynęło mi nadzwyczaj szybko. Najwięcej czasu spędziłem… w kolejce po naleśniki. Są sławne na cały region i nic dziwnego, bo danie było smakowite. Dodatkowo, spożywałem je w miłych okolicznościach, z widokiem na Kanał Młynówkę.
Posilony udałem się na Wyspę Bolko. To urokliwe miejsce, z ładnymi alejami spacerowymi. Jedna z nich prowadzi do zoo. Jest ono wyjątkowe na skalę krajową, gdyż jako pierwsze sprowadziło do Polski goryle nizinne. Muszę przyznać, że mam słabość do tych zwierząt, oglądam każdy film przyrodniczy z ich udziałem. Nie mogłem więc przegapić okazji, by zobaczyć je na żywo. Kwadrans przed godz. 16 zająłem dobre miejsce na tarasie widokowym i czekałem na porę karmienia tych wspaniałych zwierząt, tak nam pod każdym względem bliskich. Dwóch przedstawicieli tego gatunku było bardzo śmiałych i dokazywało ku uciesze widowni jeszcze przed pokazem. Małpi gaj to duma opolskiego Zoo i słusznie, bo jest się czym chwalić.
Kolejną wielką atrakcją są Uchatki Kalifornijskie, które w Polsce można zobaczyć tylko tu. Ich karmienie rozpoczęło się o godz. 16.30, toteż także zdążyłem obejrzeć je w akcji. Tak jak wszystkie pozostałe zwierzęta. Zoo jest dosyć rozległe, ale czynne było aż do godz. 19, więc niespiesznym krokiem obszedłem je całe.
We wtorek, po wizycie w Muzeum Polskiej Piosenki udałem się na przystanek pod galerią handlową, skąd autobus odwiózł mnie do Brzegu. To historyczna stolica Piastów Śląskich.
Po niedługim spacerze znalazłem się w centrum, które w sumie okazało się zaskakująco duże. Za jego początki można uznać ul. Długą z imponującym kościołem św. Mikołaja, a kończy się ono Placem Zamkowym z zamkiem i kościołem Podwyższenia Krzyża Świętego. Po drodze mamy rynek z ratuszem.
Brzeg sprawia wrażenie nieco zaniedbanego miasta, zwłaszcza kamienice z pewnością pamiętają lepsze czasy, ale widać pierwsze zmiany na lepsze. Na razie w postaci remontów. W ratuszu panował kompletny rozgardiasz, i wizyta w nim wymagała krążenia pomiędzy rusztowaniami. Przez pomyłkę nawet otworzyłem nie te drzwi, co trzeba, ale budowlańcy pilnują zagubionych turystów i szybko mnie zawrócili.
Renowacji poddany został również zamek, na szczęście od strony dziedzińca, toteż efekt zdjęciowy nie był najgorszy i budynek mógł zapozować. W środku odwiedziłem niezwykłą wystawę. Tyle grobowców to można zobaczyć chyba tylko na cmentarzu. Leżą tam wszyscy ważni Piastowie Śląscy. Poza tym ekspozycja zawiera cenne zbiory śląskiej sztuki sakralnej, no i klasyczny zestaw malarstwa polskiego i włoskiego. Zdecydowanie warto tu zajrzeć.
Za tę przyjemność trzeba zapłacić, na szczęście kościoły przyjmują chętnych za darmo. Ten pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego to perła baroku. Prawdziwy przepych, w środku wszystko aż lśni i błyszczy.
Ostatni dzień krótkiego urlopu spędziłem w Częstochowie, gdzie dosyć skutecznie udawałem pielgrzyma, choć dostałem się tam pociągiem.
Na miejscu w zasadzie nie ma wiele do oglądania. Szaleństwo upiększania i modernizacji dotarło także i tu, toteż wizyta w Katedrze musiała pozostawić spory niedosyt. Najważniejsze działo się pod sanktuarium. Akurat tego dnia swoją wędrówkę do świętego miejsca kończyły liczne grupy z Warszawy.
Muszę przyznać, że nigdy nie pielgrzymowałem do Częstochowy, to była moja druga wizyta w tym mieście (pierwszą odbyłem jako maturzysta), więc w sumie nie wiedziałem, czego się spodziewać, a po zaplanowaniu wycieczki nawet przez chwilę żałowałem, że wybrałem sobie taki termin.
Koniec końców, data okazała się wyjątkowo trafna. Atmosfera naprawdę jest świetna. Widok wymęczonych, ale przy tym niezwykle szczęśliwych, pogodnych i uśmiechniętych pielgrzymów uspokoił mnie przed moją drogą. W Częstochowie nabrałem ostatecznego przekonania, że na Camino dam radę i warto podjąć ten wysiłek. Z tą wiarą w samego siebie wróciłem wieczorem do Krakowa. Jeszcze pociągiem.
Wycieczka nr 16 (31 sierpnia, sobota – Mielec)
Ostatni weekend przed Camino postanowiłem spędzić na jednodniowych wycieczkach, podczas których mogłem najlepiej odpocząć przed nadchodzącym wydarzeniem roku. W sobotę odwiedziłem Mielec, bardzo przyjemne miasto na Podkarpaciu. Ma ono jedną wadę: jest słabo skomunikowane z resztą kraju. Dworzec kolejowy wyglądał na zamknięty, przyjemne odczucie pozostawił za to dworzec autobusowy, choć liczba połączeń nie powala. Z tego powodu też wróciłem do domu wcześniej, niż bym chciał.
Bardzo dopisała pogoda, bo był piękny dzień, toteż wykorzystałem go na pieszą wędrówkę. Najpierw udałem się do miejscowego lasku, który przeszedł dużą metamorfozę, i stał się nowoczesnym parkiem z licznymi atrakcjami w środku – takimi jak np. tor saneczkowy.
Inne sportowe wrażenia zapewnia klub Stal Mielec. Często lubię odwiedzać lokalne stadiony, a mielecki obiekt był świadkiem wielu pamiętnych wydarzeń futbolowych. Grali na nim najwybitniejsi piłkarze, a drużyna dwukrotnie sięgnęła po mistrzostwo Polski.
Niestety, nie udało mi się wejść do środka, ale podglądnąłem co nieco przez płot. W całym mieście i okolicy widać, że mieszkańcy są bardzo silnie związani ze Stalą. Życzę im, by w niedalekiej przyszłości kibicowali jej w ekstraklasie.
Po tym rekonesansie udałem się w stronę rynku i dalej nad Wisłokę. Mielec może nie jest bogaty w zabytki, lecz gwarantuje sporo przestrzeni spacerowych. Bulwary nad rzeką nadają się doskonale do przechadzek. Chętnie zostałbym dłużej, ale czas gonił mnie i trzeba było wracać na dworzec.
Nadzwyczaj udana sobota.
Wycieczka nr 17 (1 września, niedziela – Sandomierz)
Wybór lokalizacji na ostatnią wyprawę przed Camino był oczywisty. Tylko Sandomierz wchodził w grę. Pojechałem tam z samego rana. Po drodze zrobiłem sobie przerwę na lody w Osieku, bo polskie słońce postanowiło mnie godnie pożegnać i cały dzień świeciło wystarczająco mocno, bym przyzwyczaił się do takich warunków na zachodzie Europy.
Sandomierz jest piękny jak z obrazka, ale to wiedzą już chyba wszyscy. Na finał wakacji znowu zebrała się gromada turystów, lecz i tak wyjątkowo szybko udało się znaleźć stolik w restauracji.
Miasto przygotowało liczne niespodzianki, lecz tym razem moja głowa była zajęta czymś innym. Spacerowałem i rozmyślałem o Drodze św. Jakuba. Do wycieczki roku zostało już tylko 5 dni…
Wycieczka nr 18 (6 września – 6 października, piątek-niedziela – Porto, Guimaraes, Santiago de Compostela, A Coruna, El Arenal, Son Veri, Werona, Brescia, Iseo, Peschiera Maraglio, Bergamo, San Vigilio, Palma)
Najważniejsza dotychczasowa wycieczka w moim życiu. Ponad miesiąc spędziłem, wędrując po trzech krajach: Portugalii, Hiszpanii i Włoszech. Ten wyjazd zapamiętam do końca życia, tyle mam wspomnień.
O Camino więcej napisałem tu: http://trwoga.blogspot.com/2019/12/camino-przygoda-zycia.html . Nie będę się więc powtarzał. Dużo działo się jednak również przed i po pielgrzymce.
Wszystko zaczęło się w Portugalii, w Porto. Po wylądowaniu czułem ogromne podniecenie, toteż miałem mnóstwo energii. Spożytkowałem ją najlepiej, jak potrafię, czyli na połączeniu spaceru ze zwiedzaniem. Razem z 7-kilowym plecakiem przeszedłem prawie całe miasto, najtrudniejsze czekało mnie na końcu. Okazało się, że Porto jest dosyć wzgórzyste, więc wieczorny odcinek do hotelu ciągnął się niemiłosiernie pod górę. Potraktowałem to z uśmiechem jako idealne przetarcie przed Camino.
Gród położony nad rzeką Duero był dużo piękniejszy, niż przypuszczałem. Drugie największe miasto Portugalii zachwyca od pierwszego wejrzenia. Po wysiadce na przystanku Trindade udałem się w stronę Katedry, by kupić paszport pielgrzyma. Przy okazji zwiedziłem cały kompleks Katedralny, czyli świątynię, krużganki i muzeum w jednym. Wróciłem tu w niedzielę, bo właśnie stąd zaczynałem pieszą wędrówkę.
W Porto pełno jest zabytkowych kościołów. Co zaskakujące, w większości są do siebie podobne, gdyż ich fasady zdobią azulejos – płytki w kolorze niebieskim. Najbardziej „błękitna” jest Capela das Almas i faktycznie prezentuje się wspaniale.
Chociaż wszystkie świątynie były otwarte, to wizytowanie ich w środku przysparzało pewnych trudności. Otóż w wielu miejscach trafiałem na msze święte, które – tak się przynajmniej wydaje – są tu odprawiane bez przerwy, co godzinę. Staram się wtedy nie zaburzać spokoju wiernych, więc ograniczyłem się tylko do obserwacji z tylnych ławek, bez przechadzania się po kościele.
Oprócz Katedry w jeszcze jednej świątyni należy uiścić opłatę za wstęp, ale warto wydać każde pieniądze. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tak udekorowanego w środku kościoła jak ten pod wezwaniem św. Franciszka. Rozmach zdobień zrobił na mnie tak porażające wrażenie, że wchodząc, aż jęknąłem z zachwytu, co mi się zdarza niezmiernie rzadko. Jeżeli lampy aparatów mogłyby zniszczyć to piękno, to może nawet lepiej, że nie można tu robić zdjęć.
Na sam koniec dnia zawędrowałem nad Duero, by z tej perspektywy podziwiać miasto i imponujący most Luisa przy kieliszku dobrego portugalskiego wina. Wróciłem w to miejsce też drugiego wieczora, niestety brakło mi czasu, by przejść na drugą stronę rzeki. A chyba mam czego żałować, bo według właścicieli hotelu, gdzie spałem, to tam są najlepsze winiarnie. Podobno każda z nich ma jakby swoją restaurację, w której można skosztować w dobrej cenie tego boskiego eliksiru.
W sobotę udałem się na wycieczkę do Guimaraes. To pierwsza stolica Portugalii, dzisiaj ma już mniejsze znaczenie, przypomina więc nasze Gniezno. Nawet nieco ładniejsze. Mój główny cel wędrówki wymagał ode mnie wędrówki przez połowę miasta. Centrum jest dosyć zwarte, a w weekend każdy plac jest zajęty przez stoliki restauracyjne oraz lokalny targ. Na zakupy udało się sporo mieszkańców, którzy przemieszali się z turystami i rodziną świętującą chrzciny swojego najmłodszego członka w kościele Nossa Senhora da Oliveira. To najważniejsza miejscowa świątynia, w której miałem szczęście trafić na próbę śpiewu. W tych murach piękny głos śpiewaczki nawet mnie wzruszył. Prawie do łez rozbawił za to obraz św. Jana Pawła II. Nie wiem, czy to najbardziej korzystne ujęcie naszego wybitnego rodaka.
Uciekając od tłumów, ruszyłem na północ do Pałacu Braganca oraz wzgórza zamkowego. By odwiedzić oba miejsca, należało kupić bilet, co też uczyniłem. Wystawa w muzeum dotycząca wczesnej historii Portugalii i Guimaraes była nadzwyczaj ciekawa. Dużo wątków rycerskich, książęcych, poczułem się jak w średniowieczu.
Do tych czasów wróciłem na zamku, gdzie byłem pierwszym Polakiem od kilku dni (prowadzą tam statystykę odwiedzin). Z twierdzy zostały obwarowania oraz wysoka wieża. Na wytyczonych ścieżkach można obejść całą fortecę i poobserwować okolicę z góry. Wzrok przykuwa zwłaszcza kościół św. Michała, który pamięta złote czasy miasta i od tego momentu niewiele się chyba zmienił. Spokojnie mógłby zagrać rolę w filmie opisującym życie pierwszych chrześcijan. Tak jest ascetyczny i pozbawiony wszelkiego bogactwa.
Na sam koniec pobytu w Guimaraes spotkała mnie przygoda, która mogła zaważyć na całym Camino Miałem wcześniej wykupiony bilet autobusowy, jednak z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów zlekceważyłem informację, że dworzec jest ukryty pod galerią handlową. Wydawało mi się, że takie cuda tylko w Polsce. Czekając na przystanku przed nią mogłem tylko popatrzeć, jak ucieka mi bus. Był to ostatni taki środek transportu do Porto, chociaż nie informowała o tym żadna tablica informacyjna, gdyż w Portugalii takowych nie mają.
Wyglądało, że oprócz dnia spędzę tu i noc, co było mi mocno nie w smak, bo zapewne musiałbym przełożyć rozpoczęcie o Camino o jeden dzień.
Finalnie wylądowałem na dworcu kolejowym w Guimaraes i dosłownie w ostatniej chwili wskoczyłem do odjeżdżającego już pociągu. Natychmiast sprawdziłem w internecie, że w kraju Fado nie można kupić biletu u konduktora, a za ich brak płaci się sowitą karę. Informuję wszystkich, że to bzdura, choć tego wydatku w planach nie miałem. Wczesnym wieczorem dotarłem na przepiękny dworzec Sao Bento, który zwiedziłem dokładnie w piątek, nie wiedząc, iż będę miał nieoczekiwaną powtórkę z rozrywki. Stres koiłem nadprogramową ilością wina. Kiedy się uspokoiłem, mogłem wrócić do hotelu, gdzie nastał czas pakowania na Camino.
Pielgrzymkę (ponad 220 km na nogach z plecakiem na plecach) ukończyłem po 9 dniach. Pierwsze dwa dni w Santiago de Composteli żegnałem kolejno moje wspaniałe towarzyszki drogi: Sarę i Viktorię. Więcej było świętowania wielkiego sukcesu niż zwiedzania. Do tej aktywności wróciłem w czwartek. Pociągiem ruszyłem na północ, by kolejny raz ujrzeć na żywo Ocean Atlantycki. Tym razem przekonałem się namacalnie o jego istnieniu w A Corunie. Dworzec jest dosyć oddalony od plaży, więc trochę czasu zajęło mi dotarcie do wody. Później szlak prowadził prosto, kilkukilometrową promenadą wzdłuż morza.
Opalało się wielu ludzi, bo sprzyjała ku temu pogoda. Galicja raczej kojarzy się z deszczem, mnie będzie z upałami. Po kilkudziesięciu minutach znalazłem się pod Wieżą Herkulesa, najważniejszym zabytkiem A Coruny. To najstarsza ciągle działająca latarnia morska. Można ją zwiedzić w środku, ale postanowiłem już zrezygnować z tej możliwości. Zamiast tego udałem się pod nią, by z bliska pogapić się w bezkres oceanu. Po wielkich przeżyciach wcześniejszych dwóch tygodni taka zaduma była mi potrzebna.
Dalszą część popołudnia spędziłem w historycznym centrum miasta. Odwiedziłem wszystkie kościoły, pojawiłem się na głównym placu, a na sam koniec poszukałem restauracji, gdzie mógłbym zjeść obiad. Nieoczekiwanie, z powodu moich niskich kompetencji w języku hiszpańskim, zamówiłem jajko, którego nie spożywałem od ponad 20 lat z powodu mojej niechęci do tego dania. Cóż robić, nie lubię marnowania jedzenia, więc się przemogłem :)
W piątek spędziłem ostatni pełny dzień w Galicji. Nadrobiłem wszelkie zaległości turystyczne, a także kulinarne, bo na obiad zjadłem swoje ukochane krokieciki (zdecydowanie lepsze niż jajko).
W zasadzie zobaczyłem wszystko, co jest warte obejrzenia w Santiago de Composteli. Sam polecam zdecydowanie wizytę w Katedrze, Klasztorze San Martin Pinario, oglądnięcie Portyku Chwały oraz przejście się do Muzeum Pielgrzyma. To ostatnie w sposób jasny i klarowny usystematyzowało całą wiedzę, jak pielgrzymujemy, od kiedy i po co to robimy.
Na sam koniec, najważniejsze: położyć się na placu przed Katedrą. Każdy z nas zasłużył na odpoczynek. Lepszych warunków do kontemplacji i relaksu nie można sobie wymarzyć.
Po wspaniałym czasie Camino, trudno byłoby mi wrócić do rzeczywistości w Polsce, więc zagwarantowałem sobie detoks w postaci dalszego pobytu na Zachodzie.
Zacząłem od ukochanej Majorki, gdzie zajmowałem się słodkim nic nierobieniem, czyli głównie kąpielami w morzu. Ale tak się nie da żyć przez dwa tygodnie, więc w międzyczasie udałem się na kolejną wycieczkę. Po długiej, wieloletniej przerwie odwiedziłem Włochy! Cały pobyt towarzyszyły mi piękne słońce i wysokie temperatury, więc powrót zaliczam do wyjątkowych szczęśliwych.
Pierwszym przystankiem było Bergamo, ale zwiedzanie tego urokliwego miasta zostawiłem sobie na koniec. Po wylądowaniu na miejscowym lotnisku szybko zlokalizowałem przystanek autobusowy i tym środkiem lokomocji dotarłem do Werony. Do centrum z dworca prowadziła prosta droga, lecz ja postanowiłem sobie ją nieco pokomplikować, by odwiedzić patrona miasta, św. Zenona.
Wszystkie świątynie we Włoszech są fantastyczne, w Weronie ich zwiedzanie jest o tyle łatwiejsze, że można kupić jeden bilet wstępu do 4 z nich. Oprócz bazyliki św. Zenona w pakiecie mieściła się również wizyta w Katedrze, bazylice św. Anastazji i kościele San Fermo Maggiore.
Każda była warta poniesionego kosztu, nie tylko finansowego, ale także i czasowego, bo spędziłem w nich sporo czasu. Kościoły w Weronie łączą ze sobą estetyczne piękno, wspaniałą historię i sztukę na najwyższym poziomie. Przebywanie w tej przestrzeni to czysta przyjemność, ale i zaszczyt.
Jednak Werona to nie tylko bogactwo duchowe, lecz również i kulturowe. To tutaj mieszkali i zakochali się w sobie Julia i Romeo z dramatu Williama Szekspira. Dom Julii ze sławnym balkonem można odwiedzić. Na niewielkim podwórku pod nim cały dzień zbierają się tłumy, by z dołu podziwiać ten symbol miłości.
Rezydencja Kapuletów stanowi chyba największą atrakcję Werony, w przeciwieństwie do posiadłości Romea, która jest zwyczajnie nieefektowna i można ją nawet przegapić.
Nie da się za to nie zauważyć starożytnego amfiteatru. Widoczny jest już z oddali, bowiem przed nim znajduje się rozległy plac z restauracjami. Warto tu zjeść obiad, by z tej perspektywy podziwiać tę budowlę. Niegdyś na arenie walczyli gladiatorzy, dzisiaj rozrywka jest nieco ambitniejsza. Przebojem są wystawiane tutaj regularnie opery, których oglądanie i słuchanie w tej otoczce musi dostarczać niezapomnianych wrażeń.
Bilet kosztuje niemało, ale zdecydowanie warto. Można swobodnie chodzić po trybunach i podejść pod scenę. Warto zrobić sobie też spacer, a nawet zgubić się w licznych korytarzach prowadzących na widownię. Przy odrobinie szczęścia można znaleźć świetny kadr Werony z wysokości najwyższego piętra.
Po intensywnym dniu, wieczorem wróciłem busem (tym razem znalazłem przystanek) do Bergamo, gdzie miałem nocleg. Piątek zaplanowałem bardzo szczegółowo. Zamierzałem odwiedzić aż 3 miasta. Nieoczekiwanie miałem większe towarzystwo, niż się spodziewałem.
W trakcie moich wyjazdów nie śledzę tak wydarzeń społecznych i politycznych, jak czynię to na co dzień. Krążąc rano po Brescii, byłem mocno zdziwiony wszechobecną nadreprezentacją młodzieży. Praktycznie wszystkie kawiarnie i bary były obstawione osobami w wieku szkolnym. Nie inaczej było w parkach, i na zamku. Myślałem, że jest jakieś święto miasta lub coś w tym stylu, jednak okazało się, że tego dnia młodzi z całego świata organizowali „Strajk dla ziemi”. Inicjatywa ciekawa i słuszna, ale trudno nie spostrzec było, że zainteresowani, zamiast uświadamiać resztę społeczeństwa w sprawach ekologii, wykorzystali raczej okazję, żeby powagarować. Jedyną manifestację na rzecz przyrody zauważyłem na dworcu w Bergamo.
Na ulicach i placach panował gwar i hałas, wytchnienie dawała wizyta w kościołach, gdzie ludzi było znacznie mniej :) Koniecznie warto odwiedzić obie katedry. Ich mnogość (powinna być tylko jedna) to prawdziwa rzadkość, tutaj o tyle usprawiedliwiona, że Stara Katedra pochodzi aż z XI wieku, i dzisiaj byłaby już za mała jak na wymagania dużej diecezji. Nowa Katedra znajduje się tuż obok i jest dumą miasta. Zasłużenie, bo prezentuje się świetnie zarówno wewnątrz, jak i zewnątrz.
Na sam koniec pobytu w Brescii odwiedziłem miejscowy zamek. Znajduje się na wzniesieniu, do którego prowadzi kilka dróg. Ja wybrałem tę najbardziej krętą. Chociaż sama twierdza jakoś szczególnego wrażenia nie robi, to spacer uliczkami był niezwykle przyjemny, a i na miejscu miałem szczęście, bo okazało się, że wejście tego dnia darmowe. Obszedłem wszystko, a z punktu widokowego rozciągała się efektowna panorama. Szkoda tylko, że nie na stare miasto.
W Lombardii są trzy duże jeziora. Chciałem odwiedzić jedno z nich. Wybór padł na to najmniej znane, czyli na Iseo, a na Como i Gardę przyjdzie jeszcze czas.
Iseo jest dosyć oryginalne, ponieważ chociaż niewielkich rozmiarów, to w jego środku znajduje się największa zamieszkana wyspa (Monte Isola) na jeziorze w Europie. Mam nadzieję, że zrozumieliście, o co mi chodzi :) Oczywiście, nie odmówiłem sobie przyjemności wizyty na niej, a uprzednio rejsu promem.
Zanim się tam udałem, to wcześniej pociągiem dotarłem do miasta Iseo, które leży, można rzec, na kontynencie. Bardzo przyjemna miejscowość, przypominająca mi francuskie Soulac-sur-Mer z mojej majowej wycieczki po zachodniej Francji. Chociaż zabytków zbyt wiele nie uświadczymy, to miło wspominam przechadzkę promenadą. Roztaczał się z niej zapierający dech w piersiach widok na drugi brzeg. Z tej perspektywy było doskonale zauważalne, jak cały teren jest górzysty. Uroku dodawała mgła, która spowijała całą okolicę i wydawało się, że przejmowała władzę nad wszystkim wokół. Magicznie tajemniczy krajobraz. Dla takich momentów się żyje.
Podróż statkiem była krótka, po niespełna pół godzinie wysiadłem w Peschiera Maraglio. Żałuję, że tak mało czasu rozpisałem na wycieczkę, bo na wyspie jest, co robić. Rekomenduję wynajęcie roweru i objechanie jej dookoła lub długi spacer wzdłuż jeziora. Dla chętnych możliwość wspinaczki na największe szczyty. Ja z braku wolnych godzin postanowiłem trzymać się osady. Pierwsze kroki skierowałem do kościoła św. Michała (jeden z powodów, dlaczego akurat to miasteczko spośród innych wybrałem), potem zjadłem pyszne spaghetti, tym razem z widokiem na Sulzano, a na koniec przeszedłem się wzdłuż brzegu. Szybko znalazłem idealne miejsce na spoczęcie. Zanurzyłem nogi w jeziorze, wystawiłem twarz do słońca i krzyknąłem w duchu: „chwilo, trwaj wiecznie!”. Muszę tu wrócić na dłużej.
Sobotę poświęciłem już wyłącznie na zwiedzanie Bergamo, w którym przecież spałem, ale do tej pory oglądałem go wyłącznie po zmroku. Zacząłem od przechadzki po dolnej części miasta. Krążąc pomiędzy kościołami, w końcu trafiłem do kolejki, która zawiozła mnie na górę do najstarszej części miasta. Tam ma się wrażenie, jakby trafiło się do innego świata.
Bergamo tutaj pokazuje swoje najpiękniejsze oblicze. Po chwili byłem na głównym placu i zastanawiałem się, od czego rozpocząć zwiedzanie. Najbardziej kusiła kaplica Colleoni, cała w pięknych freskach. Takie cudowności tylko we Włoszech. Następnie udałem się do bazyliki Santa Maria Maggiore oraz Katedry. Co interesujące, większe wrażenie zrobiła na mnie ta pierwsza, ale obie świątynie warte są mszy! Na wszystkie te wspaniałe obiekty z wysokości spogląda wieża miejska, gdzie znajduje się miejscowe muzeum.
Spacerując uliczkami w końcu dotarłem do następnej kolejki górskiej, która wywiozła mnie tym razem do San Vigilio. Na górze ludzi było znacznie mniej, za to widoki bajkowe. Nie tylko na stare miasto, ale i na pobliskie ogrody i winnice, które piętrzyły się nad sobą, wypinając dumnie ku słońcu. Wiele ścieżek pozwalało na niespieszne krążenie po okolicy. Odrzuciłem plany, gubiłem się bez przerwy, ale czyniłem to z przyjemnością, bo za każdym zakrętem czekało na mnie coś nowego. Górzystych krajobrazów jest tu multum, tydzień byłoby za mało, żeby tu zaglądnąć w każdy zakątek. Wspaniałe miejsce i nieoczekiwane odkrycie.
Na sam koniec pobytu zjadłem pizzę i mogłem spokojnie busem udać się na lotnisko. Po drodze mijałem całe Bergamo. Będę za nim tęsknił. Tym mocniej, że miałem wykupione bilety samolotowe na koniec kwietnia tego roku, ale z wiadomych względów muszę odłożyć wizytę w Lombardii na spokojniejszy okres.
Po powrocie na Majorkę miałem jeszcze tydzień na kolejne kąpiele w morzu, a w jedyny deszczowy dzień w ciągu całego miesiąca odwiedziłem Palmę. Akurat jak dojeżdżałem do miasta, to wyszło słońce i zrobiło się nawet za gorąco.
Perfekcyjny urlop, trudno mi byłoby sobie wyobrazić lepszy czas. Wspaniała przygoda, rewelacyjna pogoda, fantastyczni poznani ludzie z całego świata (Rosja, Portugalia, Niemcy, Czechy, Tajwan, USA, Wielka Brytania, Ukraina, Meksyk, Włochy, Japonia, Austria, Holandia, RPA, Australia, Polska i wiele innych), nowe odwiedzone piękne miejsca. Jedno wiem na pewno: podążanie za żółtymi strzałkami stanie się moim nałogiem :) Na – nomen omen – drodze stanąć może mi tylko jakiś wirus!
Wycieczka nr 19 (19-21 października, sobota-poniedziałek – Toruń, Grudziądz, Chełmża, Inowrocław)
Nie wiem, czy jest jakieś ponad 90-tysięczne miasto w Polsce, które jest tak fatalnie skomunikowane z resztą kraju jak Grudziądz. Trudno tu dotrzeć, i tak samo niełatwo stąd wyjechać. W zasadzie można dojechać tylko do Torunia i właśnie w grodzie Kopernika rozpocząłem swoją ostatnią podróż ubiegłego roku.
Pogoda była średnia, ale uniknąłem na szczęście deszczu. Gród Kopernika jest bardzo ładny, acz nieco zaskoczyły mnie wnętrza kościołów. Wiele z nich wymaga renowacji, nawet pilnej jak kościół św. Jakuba. W tej świątyni zatrzymałem się na dłużej, gdyż wewnątrz jest prowadzony sklepik, gdzie można zakupić sporo pamiątek dotyczących Camino. Wyszedłem z pełnymi rękami.
Największą niespodzianką, o której dowiedziałem się na miejscu, był koncert muzyki klasycznej w kościele Wniebowzięcia NMP. Piękny występ filharmoników z Bydgoszczy, którzy zagrali sławną Mszę o Pokój (Missa pro pace) Wojciecha Kilara. To jedno z moich ulubionych dzieł Mistrza. Życie od razu stało się piękniejsze. Po wyjściu na miasto odwiedziłem jeszcze Katedrę i Zamek, i wróciłem na dworzec kolejowy, gdzie czekał na mnie pociąg do Grudziądza.
Zwiedzanie tego urokliwego miasta zaplanowane miałem na niedzielny poranek. Realizacja tego zamierzenia poszła mi zaskakująco szybko. W zasadzie wszystkie interesujące miejsca są położone obok siebie. Zacząłem od odwiedzin w bazylice św. Mikołaja, potem udałem się do zamku krzyżackiego, gdzie można wyjść na wieżę i z tej perspektywy podziwiać okolicę, by wrócić pod spichlerze, ale tym razem obejrzałem je dokładnie od strony Wisły. Droga prowadząca do bulwarów była zamknięta, gdyż schodki były w tragicznym stanie, zagrażającym zdrowiu i życiu. Informowały o tym tablice, ja jednak, niestety, postanowiłem je zlekceważyć. Kiedy zrobiło się naprawdę niebezpiecznie, głupio mi było już zawrócić. Na szczęście, bez większych strat udało się zejść, choć musiałem uważać.
Pogodę w Grudziądzu miałem przeciętną. Było niespecjalnie ciepło i mgliście, więc trudno było mi uchwycić dobrze kadrem ciągnące się spichrze. Są one znakomitym przykładem średniowiecznej architektury i pamiątką po czasach panowania Krzyżaków na tej ziemi. Dzisiaj nie prezentują już się tak okazale, ząb czasu nadgryzł je wyraźnie. Imponują w zasadzie już tylko rozmiarami. Z pewnością jednak kryją w sobie ogromny potencjał turystyczny, który czeka na uwolnienie.
W Grudziądzu kilka rzeczy potrafi zauroczyć, ale mnie najbardziej zachwyciły… tramwaje. To niecodzienne, że w sumie tak niewielkie miasto, nie będące stolicą województwa zapewnia swoim mieszkańcom ten rodzaj komunikacji miejskiej. Godne szacunku i pochwały!
Drugą część dnia spędziłem w Chełmży. Krótka jazda pociągiem i wysiadłem na miejscowym dworcu kolejowym. Jego wygląd jest staroświecki, ale taki w dobrym stylu, przemówił do mojego gustu. Obraz psuje jednak ogromna fabryka mieszcząca się naprzeciwko, która niemiłosiernie kopci praktycznie non stop.
Nie zwlekałem więc ze spacerem do centrum. Szybko ustaliłem drogę nad miejscowe jezioro, nad którym wytyczono ładną promenadę. Mijając po drodze plażę (było nieco za zimno, by z niej skorzystać), dostałem się pod Konkatedrę. Niestety, była już półzamknięta, więc oglądnąłem ją tylko z perspektywy kruchty.
Krążąc między kamienicami dotarłem wreszcie do restauracji, gdzie zjadłem smaczny i niedrogi obiad. Pozytywne popołudnie, cieszę się, że tu dotarłem.
Poniedziałek był ostatnim dniem mojego wojażowania w 2019 roku i początkowo miałem zupełnie inne plany. Myślałem nawet o wylądowaniu na Helu, ale z powodów logistycznych uznałem tę ideę za zbyt czasochłonną i kosztochłonną. Z braku laku padło na Inowrocław, którego jedyną początkowo zaletą był łatwy dojazd pociągiem. Jakże pozytywne zaskoczenia przynosi życie.
Wyjątkowo dopisała pogoda. Było ciepło, ponad 20 stopni (21 października!), a samo miasto zamieszkują przyjaźni ludzie. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Chyba nie ma zbyt wielu turystów tutaj, bo co wyciągałem aparat, to zaraz zaczepiali mnie tubylcy, którzy pytali się, skąd jestem i doradzali, z jakiego miejsca będę miał najlepsze ujęcia fotograficzne. Bardzo sympatyczne!
Po tradycyjnych wizytach w kolejnych kościołach i spacerze po rynku, obrałem kurs na miejscowy park, z tężnią solankową. W związku ze sprzyjającą aurą zasiedziałem się tam długo i nawdychałem tego zapachu, ile się da. Poprawiłem wieczorem jodem w Gdańsku, do którego dotarłem pociągiem, a następnie samolotem wróciłem w nocy do Krakowa.
Koniec!



















































Komentarze
Prześlij komentarz