Czytelnicze podsumowanie miesiąca (listopad 2020)
Długie i chłodne wieczory oraz pandemia uziemiły mnie bardzo skutecznie w domu. Z książkami spędzam teraz dużo czasu, bowiem zabrałem się na poważnie za katalogowanie moich zbiorów. Praca idzie sukcesywnie do przodu i w połowie przyszłego roku powinienem ją ukończyć. Nie zaniedbałem jednak także lektury. Tym razem lista przeczytanych pozycji powiększyła się o trzy sztuki.
Thomas Cathcart, Daniel Klein, Przychodzi Platon do doktora : filozofia w żartach
Poznań 2009, Harbor Point Media Rodzina, ss. 211
Uważam, że filozofia ma wiele wspólnego z poczuciem humoru, czyli dobry mędrzec musi być również osobą lubiącą żartować, przede wszystkim z samego siebie.
Podobnego zdania są chyba także autorzy „Przychodzi Platon do…”, bowiem ich pomysłem na książkę było opisanie kolejnych filozoficznych nurtów przy pomocy dowcipów.
Takie rozwiązanie ma swoje zalety i wady. Zacznę od tych drugich. Nie wszystko da się objaśnić najlepszym nawet żartem, więc tematy zostały bardzo spłycone. Gagi nie zawsze odnoszą się też stricte do zagadnienia, którego mają niby dotyczyć. Często są to raczej dowcipy ogólnie o życiu niż filozoficzne, ale może życie to jedna wielka filozofia :)
Największy jednak zarzut to jakość żartów :) Niestety, nierzadko są to „suchary”.
Książka nie przyda się więc ludziom, którzy mieli już bliski kontakt z umiłowaniem mądrości (na przykład ukończyli takie studia). Skorzystać mogą za to początkujący, którym omawiana pozycja posłuży jako dobry wstęp do filozofii, podany lekko bez akademickiego zadęcia. Kompletnym laikom pozwoli za to błysnąć wiedzą (oraz dowcipem) w towarzystwie.
Jacek Hajnos, Różnica
Nowy Sącz 2016, Wydawnictwo RTCK, ss. 309
Książka jest albumem malarskim, ale swoistym, bowiem tekst nie stanowi tylko dodatku do strony wizualnej, ale stoi na równych prawach.
Autor postanowił sportretować kilkudziesięciu bezdomnych z południa Polski. Używa do tego różnych narzędzi i form artystycznych. Wizerunki są często jakby zamazane, ale ta nieprecyzyjność wydaje się celowa. Czasami była uwarunkowana konceptem artysty, ale także, zdarzało się, krótkim czasem na stworzenie portretu.
Piękno z obrazów nie jest więc klasyczne, raczej skłania do refleksji, stwarza pozór tajemnicy. Wygląda jak forma, która potrzebuje wypełniającej ją treści. Z pomocą przychodzi tekst, bowiem Hajnos, oprócz namalowania bezdomnych, spisał również ich historie.
Doświadczenia często są poruszające. Okazuje się, że bezdomność rozumiana literalnie jako brak domu (dachu nad głową) to nie jedyne, a nawet nie największe zmartwienie osób przeżywających ten dramat. Doskwiera im też samotność, utrata godności, poczucie odrzucenia, pogarda innych, brak silnej woli.
Od ostatecznych decyzji chroni ich często już tylko nadzieja na jakąkolwiek zmianę in plus, którą nierzadko odnajdują w wierze.
W temacie bezdomności pełno jest krzywdzących stereotypów. Najpopularniejszy dotyczy jej związku z alkoholizmem. Bezdomni nie unikają tego tematu, ale ich spojrzenie różni się od obiegowych opinii. Zafrapowało mnie to.
W świecie, który raczej dehumanizuje bezdomnych, Hajnos traktuje ich z szacunkiem. Poświęca im swoją uwagę. Słucha, stara się zrozumieć, nie ocenia. Udowadnia, że wsparcie niematerialne jest tak samo ważne jak to materialne.
Malując ich portrety, przywraca im twarz dosłownie, i w przenośni. Bardzo wartościowa książka.
Z Marcinem Jakimowiczem rozmawiał Mariusz Czaja, Niech żyje słabość : o Wszechmocnym, który przychodzi jak żebrak
Kraków 2014, eSPe, ss. 170
Marcin Jakimowicz to dziennikarz katolicki, autor między innymi znanych w środowisku i wielokrotnie wznawianych wywiadów z nawróconymi rockmanami („Radykalni”, Katowice 1997). Na co dzień pisze do „Gościa Niedzielnego” oraz udziela się we wspólnocie związanej z Ruchem Odnowy w Duchu Świętym.
Ten rys charyzmatyczny jest bardzo widoczny w trakcie tej rozmowy. Natężenie proroctw i Bożych znaków na stronę przytłacza osoby nienawykłe do takiego przeżywania religii. Jakimowicz czuje się prowadzony w swoim życiu, i to dla niego źródło szczęścia.
Świadectwo autora jest nieco (eufemizm) odległe od moich doświadczeń, lecz może właśnie dlatego bardziej interesujące (strata czasu czytać tych, z którymi się zgadzamy). Dowiedziałem się w trakcie lektury wielu ciekawych szczegółów, między innymi dotyczących funkcjonowania wspólnot katolickich – zarówno świeckich jak i zakonnych.
Niemniej odnoszę wrażenie, że książki religijne są często (zbyt często) kierowane do specyficznego grona odbiorców – już wierzących, którzy chcą jeszcze bardziej pogłębić swoją wiarę. Ta pozycja nie jest wyjątkiem. Ci jeszcze poszukujący wciąż są nieco opuszczeni w wyborach książek na długie jesienne i zimowe wieczory.

Komentarze
Prześlij komentarz