Wspomnienie o Fridzie

 

Dzisiaj odeszła za tęczowy most Frida, Pies rasy shih-tzu, a przede wszystkim członek naszej rodziny oraz wierny przyjaciel i towarzysz. W ostatnich miesiącach bardzo ciężko chorowała. Najpierw została jej wycięta śledziona (razem z ważącym kilogram guzem), następnie oślepła (dosyć typowa przypadłość dla psów tej rasy). Kilka dni temu zdiagnozowano u niej przerzuty na wątrobę i płuca, dzisiaj pękł wrzód. Nie było sensu narażać jej na więcej cierpień.

 

 

Posiadanie Psa było wielkim marzeniem mojej Siostry. Dzięki przyjaciołom rodziny udało się wyadoptować Megi (pierwsze imię Fridy) z pseudohodowli. Pierwsze dni były trudne. Frida uciekała po całym mieszkaniu, chowając się w każdym możliwym zakamarku. Spacery były źródłem frustracji. Pół godziny łażenia po śniegu bez żadnego efektu, by zaraz po powrocie do domu Frida załatwiała swoje potrzeby na podłogę (najczęściej pod choinką). Nauczenie się podstawowych zasad higieny zajęło jej około dwóch tygodni.

Frida nie lubiła nigdy spacerować i zdania nie zmieniła do końca życia. Na widok smyczy i obroży udawała, że śpi. Rzadko sama prosiła o wyjście na zewnątrz. Hasała w zasadzie tylko w Okulicach, gdzie próbowała dogonić swoich kumpli: Yuriego i Kajtka. Ze względu na niewielki rozmiar nie było jej jednak łatwo, ale próbowała różnych sposobów, ze skracaniem sobie drogi włącznie. Wyglądało to komicznie, ale jednocześnie zachwycało pomysłowością.

Inaczej wyglądało to w mieście. Tutaj odzywały się demony trudnego szczenięcego okresu spędzonego w pseudohodowli. Frida była nieśmiała, niepewna siebie, bała się ludzi i hałasu (rowerów, deskorolek, pisku gwałtownego hamowania, a w ostatnich latach życia również petard i fajerwerków).

Pomocne w przełamywaniu swojego strachu były inne psy. Największe zasługi miała Wika, większa i starsza od Fridy czarna suczka. Wyjątkowo się zaprzyjaźniły i pozdrawiały już z daleka. Zbliżyło je do siebie podobieństwo charakterów. Gdy już dotarły na wybieg, szukały raczej cienia pod drzewem, gdzie mogły spocząć i wspólnie patrzeć przed siebie, tylko co jakiś czas spoglądając, czy jest ktoś obok. Mogły tak siedzieć godzinami, dlatego na spacery warto było zabierać ze sobą książki 😊

Frida bardziej aktywna niż na polu, była w domu. Kochała zabawy, sama zachęcała, by jej rzucać różne zabawki. Aportowała doskonale, acz jednej zasady nie mogła sobie przyswoić. Przynosiła wszystkie rzucone przedmioty, ale nie chciała ich oddawać. Więc każdą maskotkę należało jej wyrwać z pyska, co samo w sobie również było integralną częścią rozrywki. Frida walczyła zażarcie, pomagając sobie łapami i wydając przy tym groźne pomruki.

Frida była jednak oazą spokoju, nie było w niej za grosz agresji. Gdy już kogoś pokochała, to na zawsze, chociaż nie przepadała za obcymi. Najłatwiej było ją przekupić smakołykami, zwłaszcza tymi, które miało się zjeść samemu. Własne jedzenie nie interesowało ją tak bardzo, jak to podane na stół. W trakcie obiadów rodzinnych chodziła od jednego członka rodziny do drugiego, głośno i stanowczo domagając się swojego kawałka. Najłatwiej przekonać się dawali moja Mama, Babcia i wujek Marek. Po prędkości i intensywności machania ogonem na ich widok wnoszę, że do serca Fridy najłatwiej było trafić właśnie przez żołądek (to chyba nie jest jednak żadne odkrycie). Ja w tej hierarchii stałem niżej, ale przynajmniej miałem spokój, gdy jadłem 😊

Psiarze podobno dzielą się na dwie grupy: tych, którzy śpią ze swoimi psami, i tych, którzy śpią, ale się do tego nie przyznają 😊 Ja należę do pierwszego kręgu. Frida, zasypiając ze mną, kładła się zawsze w moich nogach, nigdy wyżej. Wspaniałym przedstawieniem było układanie się do snu. Gdy wybrała już dogodny punkt, poprawiała sobie długo kołdrę (przeważnie pyskiem), aż wreszcie, zadowolona z efektu, spoczywała. Często jednak nie na długo. Wystarczył nawet hałas na korytarzu, by popędziła pod drzwi. Po wszystkim wracała z powrotem i… znowu sobie ścieliła 😊

Gdy piszę ten tekst, wszystko wraca mi przed oczami. Chociaż chcę zachować tylko miłe wspomnienia, jest mi smutno. Każdy, kto miał, lub ma psa, wie, że ten moment, gdy trzeba będzie się z nim pożegnać, kiedyś nadejdzie. Nie da się jednak być na to przygotowanym. Frida należała do rodziny, hołubili ją wszyscy ci młodsi, i ci najstarsi…

Będę za nią bardzo tęsknił. Wierzę, że teraz, za tęczowym mostem, spokojnie sobie leży z łapami wysuniętymi do przodu, wdycha zapachy i obserwuje przyrodę. Tak jak lubiła najbardziej. I mam nadzieję, że niczego się już nie boi.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2024)

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (maj 2024)