Czytelnicze podsumowanie miesiąca (lipiec 2022)
Miesiące wakacyjne mają to do siebie, że najbardziej sprzyjają lekturze w odpowiednim otoczeniu i przy korzystnych warunkach atmosferycznych. Moim ulubionym miejscem do oddawania się tej przyjemności jest ogród botaniczny, który w ubiegłym miesiącu odwiedzałem nader często. Efekt okazał się znakomity i rekordowy. Po raz pierwszy, odkąd prowadzę tę rubrykę, przeczytałem aż 8 książek! (Wszystkie można wypożyczyć u mnie).
Marek Bieńczyk, Terminal
Warszawa 2012, Wielka Litera, ss. 223
Trudna dla mnie do oceny pozycja. Język i narracja są brawurowe, ale zdecydowanie trafiły w mój gust. Autor ma świetne poczucie humoru, pełne dystansu do siebie i otoczenia. Często, w trakcie lektury, uśmiechałem się.
Jednak niełatwo mi opisać treść książki, o czym ona właściwie jest. Najłatwiej byłoby powiedzieć, że to romans. Narrator podczas pobytu we Francji na studiach zakochuje się w tajemniczej kobiecie. O jego lubej dowiadujemy się niewiele. Tak jak i o rozwoju związku. Opowieść toczy się swoim tempem, aż do mało szczęśliwego finału, który jednak nie jest specjalnie bolesny.
„Terminal” czyta się dobrze, lecz ciężko wczuć się w głównego bohatera. Raczej bawią nas jego perypetie, niż martwią. Taka wakacyjna lektura, którą szybko zapomnimy.
Alicja Urbanik-Kopeć, Anioł w domu, mrówka w fabryce
Warszawa 2018, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, ss. 288
Wspaniała książka, powinni ją przeczytać wszyscy, ale zwłaszcza mężczyźni. Jako że w moim wychowaniu brały udział głównie panie, od małego jestem zwolennikiem ruchu feministycznego (pamiętajcie: feminizm tylko socjalny, NIE liberalny!), miałem jednak do niego podejście bardziej emocjonalne niż racjonalne. Ta książka wypełnia pewną niszę na rynku, i tłumaczy dokładnie, dlaczego prawa kobiet i równość są tak istotne, i w sumie niezbędne dla dobrobytu społecznego w Polsce.
W tej książce cofamy się do końcówki XIX wieku i przełomu wieków. Autorka opisuje pozycję kobiet pracujących w fabrykach, czyli używając fachowego języka – robotnic. Powszechność tego zjawiska była sporym szokiem dla burżuazyjnego i patriarchalnego społeczeństwa. Nie potrafił poradzić sobie z nią też rodzący się feminizm, którym zajmowały się głównie panie pochodzące z „dobrych domów”, nie rozumiejące kompletnie potrzeb tych gorzej urodzonych.
A sytuacja robotnic była tragiczna, i nie ma w tym słowie cienia przesady.
Rewolucja przemysłowa otworzyła przed ubogimi kobietami nowe perspektywy zawodowe. Wreszcie mogły osiągnąć zarówno niezależność finansową, jak i cywilną, stać się suwerenne. Lecz płaciły za ten sukces ogromną cenę. Niskopłatna, katorżnicza, niszcząca zdrowie i nierespektowana praca odciskała swoje piętno na często bardzo młodych osobach.
Urbanik-Kopeć w rzetelny i przekonywujący sposób przedstawia całe socjologiczne, obyczajowe i ekonomiczne tło tych gwałtownych przemian, ale także pokazuje proces budzenia się kobiet, które w niesprzyjających warunkach starały się poprawić swoje położenie. To właśnie robotnice z XIX wieku położyły fundamenty pod współczesny feminizm socjalny, wywalczając protestami i strajkami pierwsze prawa pracownicze. Równie trudno i z bólem przyszło im się mierzyć z reakcją opinii publicznej. Powszechnie wówczas sądzono, że miejsce przyzwoitej kobiety jest w domu, a nie przy maszynach.
Pewnym rozwiązaniem mogła być i była w jakimś stopniu edukacja. Ale po pierwsze słusznie powątpiewano w jej jakość, a po drugie prowadzono ją w jasno określonych kierunkach, które nie miały wiele wspólnego z emancypacją, a raczej utrzymaniem bezpiecznego status quo.
Kobiety od czasów rewolucji przemysłowej przeszły długą drogę. Ich dzisiejsza pozycja jest nieporównywalnie lepsza niż ponad 100 lat temu. Jednak wciąż daleka od ideału.
Dzieło Urbanik-Kopeć to hołd dla naszych matek, babć i prababć za ich wysiłek w walce o lepszy świat nie tylko dla siebie, czy ich rodzin, ale ostatecznie całego społeczeństwa. W tej sztafecie pokoleń teraz my trzymamy pałeczkę i musimy zrobić wszystko, by świat był nieco przyjaźniejszym miejscem dla kobiet. Przynajmniej tak samo dobrym jak dla mężczyzn.
Barbara Klicka, Zdrój
Warszawa 2019, Wydawnictwo W.A.B., ss. 136
Mam nieodparte wrażenie, iż polska literatura w ostatnim czasie coraz bardziej przesuwa się w kierunku magicznego realizmu, czy nawet metafizyki (rozumianej filozoficznie, a nie religijnie). Czasem ma to fabularne uzasadnienie, z pewnością pozwala na więcej w kreacji, lecz efekt nie zawsze jest korzystny.
„Zdrój” zapowiadał się po pierwszych kilkudziesięciu stronach na niezwykle interesującą powieść obyczajową, dziejącą się w sanatorium, do którego trafia młoda kobieta. Trochę nie pasuje do otoczenia, przyciąga uwagę innych kuracjuszy oraz personelu medycznego.
Temat pobytu w uzdrowisku daje wielkie pole do popisu pisarzom, a w sumie nie ograno go jeszcze w rodzimej prozie. W tym przypadku ta szansa nie została jednak właściwie wykorzystana. Zwyczajne (ale ciekawe) losy stają się nagle aż za bardzo niezwyczajne, jakby nierzeczywiste. Autorka uruchomiła wyobraźnię, ale rezultat okazał się przesadzony, ze szkodą dla całości…
Klicka świetnie operuje językiem, ma bardzo dobry styl i wyborne poczucie humoru. Widać jej doświadczenie poetyckie. Lecz nad fabułą, według mnie, jeszcze nie zapanowała i kilka jej pomysłów okazało się chybionych. Ale potencjał widzę ogromny, i z pewnością z przyjemnością zasiądę do jej kolejnych prób prozatorskich. „Zdrój” polecam, choćby dla początkowych rozdziałów.
Frida Nilsson, Moja mama gorylica
Poznań 2014, Wydawnictwo Zakamarki, ss. 163
Czytelnicy mojego bloga wiedzą, że lubię książki dla dzieci. To kolejna z nich, i znowu bardzo dobra, bo porusza jakże istotne i „dorosłe” tematy: inności, porzucenia, szukania szczęścia. Pozycja ma nawet wydźwięk antykapitalistyczny!
Jonna jest podopieczną domu dziecka, i marzy o nowej rodzinie. Gdy w końcu zostaje adoptowana, wcale nie ma wrażenia, że los się do niej uśmiechnął. Jej przybraną mamą zostaje bowiem gorylica, której się boi, a także wstydzi. Małpa bowiem nie przejmuje się specjalnie zasadami funkcjonowania w społeczeństwie. Chodzi niechlujnie ubrana, nie przywiązuje wagi do porządku, a w towarzystwie pozwala sobie na… bekanie.
Jednak jej miłość do dziecka jest ogromna i gotowa, by pokonać wszystkie przeszkody, które mogą stanąć na jej drodze.
Spotkanie dwóch skrzywdzonych i odrzuconych przez innych istot to bardzo dobry punkt wyjścia dla każdej historii. Nilsson nie psuje tego konceptu. Relacja bohaterek jest niełatwa, ale ostatecznie obie rozumieją, że są sobie potrzebne.
Nie ma nic złego w szukaniu nadziei na lepsze jutro i szczęścia. Okazuje się, że często można je znaleźć tam, gdzie się w ogóle nie spodziewaliśmy.
Warto czytać książki dla dzieci, choćby dla takich wniosków.
Elena Ferrante, Genialna przyjaciółka
Katowice 2014, Wydawnictwo Sonia Draga, ss. 475
Dzieło opowiada historię przyjaźni dwóch nastoletnich mieszkanek biednej dzielnicy Neapolu: Eleny i Lily.
Otaczający je świat jest pełen absurdalnej przemocy, a uznanie i szacunek zdobywa się siłą. Elena i Lila wydają się być pogodzone z zastaną rzeczywistością, mało przyjazną dla kobiet. Nie rezygnują jednak z marzeń. Tylko każda z nich nieco inaczej definiuje szczęście. Elena myśli o wyjeździe z peryferii, a jedyną szansę widzi w edukacji. Lila wierzy, że może się realizować, zostając na miejscu.
Elena chce uciec od fatum, pełna dumy Lila patrzy przeznaczeniu prosto w oczy.
Ferrante znajduje dobrze pasujący klucz do opisania tajemnicy przyjaźni. Czemu właśnie ta konkretna druga osoba jest dla nas tak ważna, mimo że się różnimy charakterami, wyborami dróg życiowych i nie spędzamy ze sobą tyle czasu, co kiedyś. Elena i Lila oddalają się od siebie, i zbliżają, ale ciągle pozostają sobie lojalne. Ich relacja jest wolna i szczera.
Włoska pisarka ma dar prowadzenia narracji i całość czyta się bardzo dobrze. Motywacje bohaterek są wiarygodne i uzasadnione. Chociaż temat nastoletniej przyjaźni wydaje się oklepany, to powieść Ferrante wyróżnia się spośród tłumu. Może dlatego, że autorka podchodzi do niego na poważnie, nie spłyca go. Lektura warta uwagi.
Janusz Szostak, Co się stało z Iwoną Wieczorek
Warszawa 2020, ZPR Media Harde Wydawnictwo, ss. 288
Autor opisuje bardzo szczegółowo wszystkie wątki najsłynniejszego zaginięcia w Polsce w XXI wieku. Chociaż od tajemniczego zniknięcia Iwony Wieczorek minęło już ponad 12 lat, to do dzisiaj sprawa nie została rozwiązana, i nie wiadomo, co się stało z maturzystką.
Szostak przeczytał całość akt i postawił sobie za cel opis i ocenę każdego potencjalnego tropu. Pierwsze refleksje są takie, że zawiodły organy odpowiedzialne za znalezienie młodej gdańszczanki. Śledztwo było prowadzone nieudolnie, skupiono się na nieistotnych wątkach (sławny pan z ręcznikiem), zlekceważono fałszywe zeznania bliskiej osoby dla zaginionej.
Sprawę obecnie przejęli małopolscy policjanci z „Archiwum X”. Oby oni zdołali ją rozwiązać i odkryć prawdę. Nikt (nawet matka) nie ma jednak wątpliwości, że Iwona Wieczorek już dawno nie żyje.
Sama książka pozostawia pewien niedosyt. W zasadzie, mimo ogromnej pracy reportera, dowiadujemy się mało nowych szczegółów. Wywiady niewiele wnoszą do całości, tak jak i poszukiwania zarządzone przez Szostaka. Może problemem jest to, iż za bardzo ufa jasnowidzom, których instrukcje są tutaj traktowane z pełną powagą.
Pozycja tylko dla zainteresowanych tematem. Reszta może się wynudzić.
Grzegorz Ryś, Różaniec
Kraków 2021, Wydawnictwo Znak, ss. 160
Grzegorz Ryś według mnie jest najwybitniejszym popularyzatorem Biblii w Polsce. Jego komentarze są błyskotliwe i oryginalne, dalekie od sztampy znanej z tysięcy kazań głoszonych każdej niedzieli w polskich kościołach. Widać w nich ogromną wiedzę autora nie tylko w sprawach teologicznych, ale też i historycznych.
Dlatego jego książki czyta się z przyjemnością, ale też uwagą, by spojrzeć na znane teksty z innej strony. „Różaniec” nie stanowi wyjątku od tej reguły, acz jest niezbyt przełomową pozycją w dorobku arcybiskupa Łodzi. Zdecydowanie bardziej polecam choćby „Wiarę z lewej, prawej i Bożej strony”.
Marcia DeSanctis, 100 miejsc we Francji, które każda kobieta powinna odwiedzić
Kraków 2016, Wydawnictwo Literackie, ss. 547
Autorkę najbardziej interesują zakupy, jedzenie i muzea, więc otrzymujemy wspaniałe kompendium interesujących pod tym względem miejsc we Francji z opisem, czemu właśnie tam powinniśmy się wybrać.
Wybór 100 lokalizacji nie był łatwy, lecz wystarczający, by zaprezentować skarby każdego regionu. Żadna kraina nie została pokrzywdzona.
Książka jest bardzo kobieca, zarówno w treści jak i w formie. Przeszkadza nieco pewna cukierkowatość, a bawi wyczuwalna skłonność do elegancji i wytworności, lecz nawet mężczyźni wyniosą z lektury coś pożytecznego.
Sam również skorzystałem, gdyż wpisałem kilka inspiracji podróżniczych do swojego notatnika. W jednym z DeSanctis jesteśmy bardzo podobni: uwielbiamy ogrody.
Nie żałuję więc czasu poświęconego na lekturę, a książkę rekomenduję zwłaszcza tym, którzy myślą, żeby pojechać do Francji na wakacje. To piękny kraj, odwiedzam go regularnie (najbliższa okazja już za trzy tygodnie) i zawsze wracam z dobrymi wspomnieniami.

Komentarze
Prześlij komentarz