Turysta bez samochodu cz. II
Witajcie wszyscy. Po dłuższej przerwie spowodowanej moją skłonnością do łamania sobie kończyn (już 4. złamanie w moim, niedługim przecież, życiu) wracam do aktywniejszego pisania. Może nie jestem jeszcze w pełni sprawny, ale powód do powrotu jest bardzo dobry, bo już w piątek rozpoczynamy wielkie podróżowanie w 2018 roku. Niestety, według prognoz moje szczęście pogodowe ma się skończyć i przyjdzie mi marznąć na dalekiej północy. Trudno, sam sobie wybrałem taki termin, to teraz mam za swoje.
Ten wpis dedykuję Podlasiu.
Poruszanie się bez samochodu po północno-wschodnich krańcach Polski nie jest łatwe i wymaga sporego główkowania, a czasem i (niestety!) rezygnacji z planów. Jedynym przewoźnikiem na terenie powiatu suwalskiego jest PKS Suwałki, więc gdy jest się turystą bez samochodu, trzeba swoje zamiary dostosować do rozkładu jazdy. Czasami wynikają z tego zabawne historie.
Nocowałem niegdyś w klasztorze pokamedulskim w Wigrach. Jest on pięknie położony, bowiem z trzech stron otacza go jezioro Wigry, niedaleko znajduje się Wigierski Park Narodowy, a wypoczynek w eremie był dodatkowym czynnikiem, by właśnie to miejsce wybrać jako nocleg. Klasztor miał jednak jedną drobną wadę – od przystanku dzieliły go około 3 kilometry. Normalnie nie byłby to żaden kłopot, ale akurat na tę wycieczkę udałem się ze złamaną kością śródstopia (o tym, że noga była złamana, dowiedziałem się kilka miesięcy później). Postanowiłem więc pierwszego popołudnia wybrać się na spacer po okolicy i jednocześnie sprawdzić, ile czasu zajmie mi przejście od klasztoru do przystanku z kontuzjowaną nogą. Było to o tyle ważne, że następnego dnia już o 7 rano miałem busa do Suwałk, a kolejny był dopiero około południa. Na moje nieszczęście, w trakcie tej przechadzki nabawiłem się drugiego „urazu” – tym razem był to ogromny bąbel pod palcem. Obolały musiałem zawrócić do noclegu, gdzie spostrzegłem, że nie mam plastra. Cudownie!
Co najlepsze, cały ten rekonesans okazał się niepotrzebny, bo następnego dnia, kiedy udało mi się jakoś dowlec do przystanku, to do Suwałk wziął mnie nie autobus, ale tir i tak pierwszy i jedyny raz w życiu pojechałem autostopem.
Kierowca był bardzo pomocny i gościnny (to cechy wszystkich ludzi z Podlasia). W niedługiej rozmowie zostałem zaproszony do jego rodzinnych Sejn (był bardzo zadowolony, że mam je w swoich planach turystycznych), Warszawy (gdzie miał mieszkanie), czy nad litewskie morze (Podlasianie głównie tam spędzają wakacje – podobno jest taniej). Przy okazji dowiedziałem się wiele na temat tego, co trapi młodych mieszkańców Suwalszczyzny (brak perspektyw), co jest interesującego do oglądnięcia oraz jakie potrawy regionalne poleca (sękacze! Kartacze!).
W Suwałkach i Sejnach niestety zderzyłem się już z brutalną rzeczywistością rozkładów jazdy. Z tego powodu zrezygnowałem z przejażdżki Wigierską kolejką wąskotorową (jeden z powodów, by tam wrócić – może w przyszłym roku) oraz musiałem wcześniej wracać z Sejn, bo ostatni bus odjeżdżał z tego urokliwego miasteczka po godz. 16. Ech...
Nieco inne przygody spotkały mnie w ubiegłym roku w Hajnówce. Najpierw musiałem tam dojechać z Białowieży, ale na szczęście podwózkę zaoferowali sąsiedzi z pokoju obok (w sumie mogę to uznać za drugi autostop, bo zgarnęli mnie z ulicy). Powrót jednak nie był taki prosty. Przez Hajnówkę przechodzi jedna główna ulica, na której znajdują się ustawione po kolei przystanki. Udałem się na jeden z nich, gdzie zapytałem Panią, za ile będzie autobus. Mieszkanka Białowieży poinformowała mnie, że za 10 minut. Miała rację, bo ten zaraz się zjawił, ale nie zatrzymał się, mimo naszego intensywnego machania ręką! Przejechał, jak gdyby nigdy nic. Następny miał przybyć dopiero za godzinę. Okazało się, że każdy przystanek „należy” do innej firmy transportowej, której autobusy zatrzymują się wyłącznie na „swoich” postojach. Widocznie mieliśmy pecha, a na pewno byliśmy źle poinformowani, co jest dziwne zważywszy na fakt, że jedno z nas można spokojnie było uznać za tubylca.
Niespodziewane zdarzenie odjazdu autobusu bez nas w środku połączyło nas (mnie i Panią z Białowieży) we wspólnotę oczekujących na kolejny środek transportu. Postanowiłem to wykorzystać i szybko zagaiłem rozmowę o korniki, wycinkę Puszczy Białowieskiej oraz żubry. Konwersacja zaraz zrobiła się ciekawsza, bo dołączył do niej kolejny białowieżanin, ewidentnie z zacięciem publicystycznym do komentowania polityki. 60 minut minęło błyskawicznie, a o Puszczy dowiedziałem się dosłownie wszystkiego, a nawet więcej.
Podsumowując cały wątek (część I i II), chociaż brak samochodu utrudnił albo nawet uniemożliwił mi realizację wielu planów turystycznych, to muszę przyznać, że w swoich wycieczkach właśnie ten kontakt z miejscowymi na przystankach, w busach czy pociągach cenię najbardziej. Każde spotkanie jest inne, zaskakujące i otwierające na nowe doświadczenia. Czasami nie trzeba nawet mówić, a z samej obserwacji można sporo wywnioskować. Dlatego też wszystkim polecam podróżowanie bez auta.
Ten wpis dedykuję Podlasiu.
Poruszanie się bez samochodu po północno-wschodnich krańcach Polski nie jest łatwe i wymaga sporego główkowania, a czasem i (niestety!) rezygnacji z planów. Jedynym przewoźnikiem na terenie powiatu suwalskiego jest PKS Suwałki, więc gdy jest się turystą bez samochodu, trzeba swoje zamiary dostosować do rozkładu jazdy. Czasami wynikają z tego zabawne historie.
Nocowałem niegdyś w klasztorze pokamedulskim w Wigrach. Jest on pięknie położony, bowiem z trzech stron otacza go jezioro Wigry, niedaleko znajduje się Wigierski Park Narodowy, a wypoczynek w eremie był dodatkowym czynnikiem, by właśnie to miejsce wybrać jako nocleg. Klasztor miał jednak jedną drobną wadę – od przystanku dzieliły go około 3 kilometry. Normalnie nie byłby to żaden kłopot, ale akurat na tę wycieczkę udałem się ze złamaną kością śródstopia (o tym, że noga była złamana, dowiedziałem się kilka miesięcy później). Postanowiłem więc pierwszego popołudnia wybrać się na spacer po okolicy i jednocześnie sprawdzić, ile czasu zajmie mi przejście od klasztoru do przystanku z kontuzjowaną nogą. Było to o tyle ważne, że następnego dnia już o 7 rano miałem busa do Suwałk, a kolejny był dopiero około południa. Na moje nieszczęście, w trakcie tej przechadzki nabawiłem się drugiego „urazu” – tym razem był to ogromny bąbel pod palcem. Obolały musiałem zawrócić do noclegu, gdzie spostrzegłem, że nie mam plastra. Cudownie!
Co najlepsze, cały ten rekonesans okazał się niepotrzebny, bo następnego dnia, kiedy udało mi się jakoś dowlec do przystanku, to do Suwałk wziął mnie nie autobus, ale tir i tak pierwszy i jedyny raz w życiu pojechałem autostopem.
Kierowca był bardzo pomocny i gościnny (to cechy wszystkich ludzi z Podlasia). W niedługiej rozmowie zostałem zaproszony do jego rodzinnych Sejn (był bardzo zadowolony, że mam je w swoich planach turystycznych), Warszawy (gdzie miał mieszkanie), czy nad litewskie morze (Podlasianie głównie tam spędzają wakacje – podobno jest taniej). Przy okazji dowiedziałem się wiele na temat tego, co trapi młodych mieszkańców Suwalszczyzny (brak perspektyw), co jest interesującego do oglądnięcia oraz jakie potrawy regionalne poleca (sękacze! Kartacze!).
W Suwałkach i Sejnach niestety zderzyłem się już z brutalną rzeczywistością rozkładów jazdy. Z tego powodu zrezygnowałem z przejażdżki Wigierską kolejką wąskotorową (jeden z powodów, by tam wrócić – może w przyszłym roku) oraz musiałem wcześniej wracać z Sejn, bo ostatni bus odjeżdżał z tego urokliwego miasteczka po godz. 16. Ech...
Nieco inne przygody spotkały mnie w ubiegłym roku w Hajnówce. Najpierw musiałem tam dojechać z Białowieży, ale na szczęście podwózkę zaoferowali sąsiedzi z pokoju obok (w sumie mogę to uznać za drugi autostop, bo zgarnęli mnie z ulicy). Powrót jednak nie był taki prosty. Przez Hajnówkę przechodzi jedna główna ulica, na której znajdują się ustawione po kolei przystanki. Udałem się na jeden z nich, gdzie zapytałem Panią, za ile będzie autobus. Mieszkanka Białowieży poinformowała mnie, że za 10 minut. Miała rację, bo ten zaraz się zjawił, ale nie zatrzymał się, mimo naszego intensywnego machania ręką! Przejechał, jak gdyby nigdy nic. Następny miał przybyć dopiero za godzinę. Okazało się, że każdy przystanek „należy” do innej firmy transportowej, której autobusy zatrzymują się wyłącznie na „swoich” postojach. Widocznie mieliśmy pecha, a na pewno byliśmy źle poinformowani, co jest dziwne zważywszy na fakt, że jedno z nas można spokojnie było uznać za tubylca.
Niespodziewane zdarzenie odjazdu autobusu bez nas w środku połączyło nas (mnie i Panią z Białowieży) we wspólnotę oczekujących na kolejny środek transportu. Postanowiłem to wykorzystać i szybko zagaiłem rozmowę o korniki, wycinkę Puszczy Białowieskiej oraz żubry. Konwersacja zaraz zrobiła się ciekawsza, bo dołączył do niej kolejny białowieżanin, ewidentnie z zacięciem publicystycznym do komentowania polityki. 60 minut minęło błyskawicznie, a o Puszczy dowiedziałem się dosłownie wszystkiego, a nawet więcej.
Podsumowując cały wątek (część I i II), chociaż brak samochodu utrudnił albo nawet uniemożliwił mi realizację wielu planów turystycznych, to muszę przyznać, że w swoich wycieczkach właśnie ten kontakt z miejscowymi na przystankach, w busach czy pociągach cenię najbardziej. Każde spotkanie jest inne, zaskakujące i otwierające na nowe doświadczenia. Czasami nie trzeba nawet mówić, a z samej obserwacji można sporo wywnioskować. Dlatego też wszystkim polecam podróżowanie bez auta.
Komentarze
Prześlij komentarz