Wielkie piękno autentyczności
Są tylko dwa filmy, do których wracam stale i stale, oglądając je co roku i
nigdy się nie nudząc. To „Wielkie piękno” Paola Sorrentino (reżyser i
scenarzysta) oraz „Śniadanie u Tiffany’ego” Blake’a Edwardsa. W wypadku drugiej
pozycji (podobno pierwszej komedii romantycznej w historii kina!) zawsze mnie
zastanawiało, jak w adaptacji można tak odejść od książki, na której film się
wzoruje, całkowicie ją przeinaczając i de facto tworząc nową historię,
zachowując jednak przy tym prawie całą listę dialogową. Jest to wielki kunszt
scenarzysty, choć ja na miejscu Trumana Capote’a byłbym wściekły (co ciekawe,
pisarz największe pretensje podobno miał o obsadę – w roli Holly Golightly
widział... Marilyn Monroe). Wyjątkowa uroda i klasa Audrey Hepburn jednak pozwalają
mi zapomnieć o tym dysonansie poznawczym i ze spokojem mogę zachwycać się nią i
opowieścią o miłości skończoną happy endem.
W „Wielkim pięknie” nie ma Audrey Hepburn, więc potrzebuję innych bodźców. Utwór Sorrentino broni się jednak swoją wartością artystyczną. A także egzystencjalnym
przesłaniem, które jest mi najbliższe w kwestii wyboru filozofii życia. „Wielkie piękno” jest filmem, który mnie ciągle
porusza, ale i zaskakuje, bo tyle w nim znaczeń do odkrycia.
Włoskie dzieło opowiada historię pisarza i dziennikarza Jepa Gambardelli
(świetny Toni Servillo), który właśnie obchodzi 65. urodziny i zdaje sobie
sprawę, że w życiu poniósł kompletną klęskę. Na pierwszy rzut oka jednak tego nie
widać. Jep mieszka w centrum Rzymu w luksusowym apartamencie z ogromnym tarasem i widokiem
na Koloseum. Jego książka (jedyna zresztą) odniosła wielki sukces, a emerytura
upływa mu na wykwintnych kolacjach z przyjaciółmi, szalonych imprezach i
spacerach po pięknym mieście.
Film nie ma charakteru linearnego, jest raczej ciągiem kolejnych scen, nie
zawsze ze sobą ściśle związanych, z których co najmniej kilka wydaje się
zbędnych dla całej opowieści. Tworzy to wrażenie (sam mu uległem), iż dzieło jest
zbyt długie (trwa 141 minut) i gdyby je skrócić – powiedzmy o 15 minut – byłoby
jeszcze lepsze. Kiedyś też tak twierdziłem, dzisiaj jednak po kilkunastu
seansach uważam, że się myliłem i wszystko jest na swoim miejscu.
Reżyser za pomocą tych „niepotrzebnych” scenek przemyca swoje poglądy i
obserwacje. Sorrentino krytykuje m.in współczesną sztukę, zepsucie elit, kult
piękna i próżność rzymian, przepych kardynałów czy nawet ceremonie pogrzebowe. Chociaż
robi to najczęściej w sposób groteskowy (np. absurdalna scena u kosmetologa),
te sceny są bardziej gorzkie niż śmieszne, bo opowiadają prawdę o kondycji
współczesnego człowieka i jego grzechu największym, czyli nieautentyczności.
Przyjaciele głównego bohatera to ludzie sukcesu: majętni, spełniający się na
polu zawodowym, mający bogate życie towarzyskie, jednak pod tą fasadą skrywa
się pustka, samotność i fałsz. Są hipokrytami, bo oszukują siebie i innych, by
te pozory szczęśliwego życia zachować, nie dostrzegając w porę swojej
śmieszności.
Na taką refleksję stać tylko Jepa Gambardellę, który z każdą sceną wydaje się
być coraz bardziej zdziwiony i zrozpaczony otaczającym go światem.
Dlatego desperacko szuka autentyczności, którą znajduje tylko u dwóch osób:
ciężko chorej striptizerki, która w ten sposób zarabia na leczenie, oraz starej
zakonnicy wzorowanej ewidentnie na Matce Teresie. To jedyne dwie pozytywne
postaci w filmie. Obie nie udają nikogo innego, dlatego że już nie mogą.
Chociaż nie uczestniczą w korowodzie hedonizmu, to właśnie ich postawa jest
oczyszczająca dla bohatera, który dzięki nim może wreszcie rozliczyć się ze
swoim życiem i wszystkimi błędami. Końcowy monolog Gambardelli połączony z
pełną pokory i uległości postawą siostry zakonnej to przejmujące połączenie,
które zostaje w pamięci na długo.
Bohater w jednej ze scen prosi swojego znajomego z cyrku, by ten sprawił,
żeby zniknął. Niestety, jest to niemożliwe, dlatego każdy z nas musi ciągle
podejmować walkę o bycie autentycznym, zgodnym z samym sobą. Na szczęście nigdy
nie jest na to za późno.
PS „Wielkie piękno” dostało Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny rok przed
„Idą” (czyli w 2014 roku). Co ciekawe nie wygrało jednak nagrody głównej w
swoim kraju, gdzie zostało pokonane przez „Kapitał ludzki” Paola Virziego –
obraz równie wybitny, acz w mojej ocenie minimalnie słabszy od „Wielkiego
piękna”. Włochom można zazdrościć nie tylko klimatu, kuchni i zabytków, ale
także kina – chyba najlepszego na świecie.
PS 2 „Wielkie piękno” ma wspaniałą ścieżkę dźwiękową, bardzo kontrastującą
ze sobą (utwory muzyki klasycznej przemieszane z dyskotekowymi przebojami), ale
jednocześnie doskonale się uzupełniającą. Poniżej 3 moje ulubione dzieła.
https://www.youtube.com/watch?v=yya97aeBS4shttps://www.youtube.com/watch?v=6vymjZBIl7Y
https://www.youtube.com/watch?v=h-mSmEfLmZc
Komentarze
Prześlij komentarz