Czytelnicze podsumowanie miesiąca (listopad 2018)
W listopadzie postawiłem na liczbę stron zamiast
liczbę przeczytanych książek, dlatego ukończyłem zaledwie dwie pozycje, ale za
to obie „cegły” (zwłaszcza ta pierwsza). Szczegóły poniżej.
John le Carré, Nocny recepcjonista
Katowice 2016, Wydawnictwo Sonia Draga, ss. 616
To mój pierwszy kontakt z pisarzem uznawanym za
mistrza powieści szpiegowskich. Wrażenia mam pozytywne, choć moje redakcyjne
nawyki nie dawały o sobie zapomnieć w trakcie lektury i uważam, że całość
spokojnie mogła być krótsza (nawet o 1/3), a pozycja tylko by na tym zyskała.
„Nocny recepcjonista” opowiada historię Jonathana
Pine’a, tytułowego recepcjonisty w hotelu i byłego żołnierza, który dostał od
losu (czy też, będąc nieco bardziej precyzyjnym, angielskich służb) szansę, by
zemścić się na bardzo niebezpiecznym handlarzu broni za śmierć swojej ukochanej.
Brytyjczyk najpierw zdobywa zaufanie Richarda Onslowa Ropera, a następnie
dowody na jego winę, ale płaci za to wielką cenę.
Le Carré mniej skupia się na akcji, a jego uwagę
zajmują przede wszystkim rozgrywki toczone pomiędzy różnymi wywiadami. Nie
wszystkim bowiem jest w smak misja Pine’a. Ten, zanim ją rozpocznie, dostaje
kilka tożsamości, by zbudować swoją „legendę”, która ma uwiarygodnić go w
oczach przestępców.
Zanim więc przejdzie do zadania, minie połowa książki.
Potem, akcja gwałtownie przyspiesza aż do finału, który lekko mnie zawiódł
nagłością i przeciętnym dramatyzmem.
PS Polecam też serial – bardzo dużo zmian w stosunku
do książki. I lepsze zakończenie :)
Wit Szostak, Sto dni bez słońca
Warszawa 2014, Powergraph, ss. 463
Jedna z najbardziej oryginalnych książek, jakie
czytałem w ostatnim czasie, zwłaszcza pod względem formy. Przy okazji bardzo
zabawna i wciągająca.
„Sto dni bez słońca” opowiada historię Lesława
Srebronia, młodego naukowca, który trafia na semestr do dalekich Finneganów
(jasne nawiązanie do Jamesa Joyce’a), by tam odbyć serię wykładów dla
miejscowych studentów na temat twórczości młodego polskiego pisarza fantastycznego,
Filipa Włócznika, którym jest wyraźnie zafascynowany.
Wyspa jest tak odległa od reszty świata, że dotrzeć
można na nią tylko statkiem, który w miejscowym porcie melduje się zaledwie raz
w tygodniu. Stwarza to doskonałe warunki, by popracować w spokoju nad
monografią naukową o Włóczniku.
Ale nie tylko.
Srebroń ma ambicje sięgające wyżej. Na zebraniu u
dziekana przedstawia projekt wyleczenia degradującej się cywilizacji Zachodu i
zaprasza do niego innych naukowców. Jest tak dumny i przekonany o słuszności zakrojonej
na ogromną skalę misji, że lekceważy wszelkie oznaki sprzeciwu i powątpiewania,
biorąc je za aprobatę. Akademik szybko staje się postacią tragiczną, która nie
potrafi dostrzec swojej śmieszności, co prowadzi do żałosnego końca.
Książka pisana jest w formie pamiętnika z podróży, ale
jego autor nie zamyka się w granicach prawdy. Wybacza więc sobie (i musi to też
zrobić czytelnik) pewne nieścisłości w faktografii (najzabawniejsze dotyczą
tytułowych 100 dni bez słońca – ani 100 dni, ani bez słońca), zmienia
chronologię, a szczytem wszystkiego jest to, że w pewnym momencie zaczyna całą
historię od początku. Ten nietypowy zabieg nie powoduje jednak znużenia, bo
Szostak świetnie posługuje się językiem. Zdania są pompatyczne, pełne wielkich
słów, które tym bardziej podkreślają ironiczny charakter dzieła, będącego de
facto satyrą na całe środowisko akademickie, momentami bardzo ostrą i zjadliwą.
Ale często też trafną, dlatego bolesną.
Wit Szostak to pseudonim jednego z krakowskich
filozofów, co w książce widać. Jest ona bowiem nieszablonowa, odważna, krytyczna
i po prostu błyskotliwa ;] Z pewnością to jedna z najlepszych pozycji, jaką w
tym roku przeczytałem.
Komentarze
Prześlij komentarz