Turystyczne podsumowanie roku, cz. I

Rok 2018 był dla mnie (#zatrwozonyturysta) chyba najlepszy. Postawiłem swoją stopę w ponad 50 miejscowościach, w ośmiu państwach (wliczając Polskę). Spełniłem sporo swoich marzeń, które od dobrych kilku lat kiełkowały, by wreszcie wydać obfity plon (Kaliningrad, Marsylia, Praga). Chociaż zawsze jechałem z planem, to kilka wycieczek przybrało całkowicie niespodziewany obrót i dziękuję losowi za każdą przygodę i spotkanych na mej drodze ludzi. Wszyscy byli mi bardzo pomocni i życzliwi (a nawet jeśli nie i mieli słabsze dni, to już o tym zapomniałem ).
W czterech (miały być trzy, ale, jak każdy grafoman, rozpisałem się) kolejnych częściach podzielonych na miesiące spisałem swoje wspomnienia podróżnicze z ubiegłego roku. Mam nadzieję, że staną się one dla was inspiracją do eksplorowania świata na własną rękę. Warto podróżować i postaram się to udowodnić.
PS Uwaga metodologiczna: chociaż w ubiegłym roku często wędrowałem w towarzystwie (zawsze świetnym), to z poniższych reminiscencji może wynikać, jakbym wszystkie wycieczki odbył samotnie. Celowo. W związku z tym, że moje przeżycia są subiektywne, taka forma wydała mi się odpowiednia. Nie zmienia to faktu, że wszystkich mi towarzyszących mam głęboko w sercu i dziękuję pięknie za Waszą obecność, uśmiech, życzliwość i inspirujące rozmowy Liczę, że spotkamy się na turystycznym szlaku jeszcze wiele razy!
Zaczynamy!

Wycieczka nr 1 (2-4 marca, piątek-niedziela – Wilno, Augustów, Warszawa)
Był to już drugi raz, kiedy sezon turystyczny otworzyłem wycieczką do Wilna. W 2015 roku różnica temperatur między Krakowem, a stolicą Litwy wyniosła około 10 stopni na niekorzyść sąsiada z północy. Tym razem los okazał się bardziej sprawiedliwy, acz wyjątkowo niełaskawy. Pierwsza podróż wypadła akurat na najmroźniejszy weekend w ciągu całych dwunastu miesięcy. W Augustowie śniegu było po kostki, ale dopiero w Wilnie trzeba było stoczyć prawdziwą walkę z siłami natury, bo, oprócz 15-stopniowego mrozu, dodatkową atrakcją była zamieć śnieżna. Żeby mi tu zgrzytów było mało, do stolicy Litwy pojechałem ze złamanym nadgarstkiem, ochranianym przez ortezę, która skutecznie uniemożliwiała mi założenie lewej rękawiczki. Ratunkiem były częste wizyty w miejscowej i solidnie ogrzewanej Katedrze (niestety, moim zdaniem, najbrzydsza na świecie, acz w tamtym momencie nie miało to znaczenia), która przygarnęła wielu zmarzniętych, jak ja, przybyszów.
Dotarcie do Wilna nie jest sprawą prostą, acz moje częste wizyty na Podlasiu sprawiły, że do planowania wyjazdu w tamte rejony podchodzę już rutynowo, wręcz schematycznie. Najpierw pociągiem do Warszawy, a następnie autobusem z Dworca Zachodniego (jego nienachalną urodę można porównać tylko do dworca autobusowego w Gdańsku – kto był, ten wie, o co mi chodzi) do Augustowa, gdzie miałem zamówiony nocleg (swoją drogą, perfekcyjny – bardzo luksusowy i zarazem w niezwykle korzystnej cenie, takie okazje zdarzają mi się wyłącznie na Podlasiu). Następnego dnia trzeba było tylko wcześnie wstać i zameldować się na dworcu, skąd z wycieczką udałem się jeszcze dalej na północ, na szczególne święto.
Pierwsza sobota marca to zawsze wyjątkowy czas w Wilnie. Wtedy właśnie odbywa się tam bardzo popularny jarmark – tzw. „Kaziuki” na cześć Kazimierza Jagiellończyka, patrona Litwy. W całym centrum, na ulicach i placach rozstawione są stoiska targowe, gdzie sprzedaje się m.in. lokalne specjały, rękodzieła, ale przede wszystkim sławne palmy wielkanocne.
„Kaziuki” przyciągają Litwinów z całego kraju, ale także wielu turystów z innych państw, zwłaszcza z Polski. Ten rok był chyba rekordowy w tym względzie. Najlepiej było to widać na Cmentarzu na Rossie (w zimowej scenerii wygląda przepięknie, mimo swojego sporego zaniedbania), gdzie w mrozie i przy padającym gęsto śniegu trzeba było odczekać kilka minut, by obejrzeć grób Matki Józefa Piłsudskiego, Marii. Ojczysty język słychać było także na mieście, i to nie tylko w okolicach Ostrej Bramy, jak to jest zazwyczaj.


Miejsce spoczynku serca Piłsudskiego to jedna z dwóch głównych atrakcji turystycznych znajdujących się nieco dalej od centrum Wilna. Ta druga to Kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu, który z zewnątrz prezentuje się zwyczajnie, żeby nie powiedzieć przeciętnie, za to w środku imponuje rozmachem – świątynia jest cała biała, ma 2 tysiące rzeźb (podaję za Wikipedią, nie liczyłem ) i ogromny żyrandol w kształcie łodzi. Pod kościołem pamiątki sprzedają Polacy (można płacić w złotówkach), dlatego zawsze w tym miejscu kupuję prezenty z Wilna. Nie inaczej było i tym razem, więc do kolekcji wpadł kolejny magnesik na lodówkę, które nałogowo zbieram jak wszelkie gadżety związane z Audrey Hepburn.


Po zaliczeniu sztandarowych atrakcji, nadszedł wreszcie czas na zakupy na jarmarku. Z jednej strony wiedziałem, że przede mną długa droga powrotna i to trzema środkami transportu, więc warunki do przewożenia cennych przedmiotów były mizerne, jednak wrócić z pustymi rękami się nie godziło, dlatego najwięcej Euro wydałem na miejscowe słodycze, w tym moją ulubioną chałwę. Tania nie była, za to sporych rozmiarów i bardzo mi smakowała.
Wilno ma piękną architekturę, lecz w jej podziwianiu nieco przeszkadzają stoiska targowe, które skutecznie zasłaniają widok, ale w tym okresie można to wybaczyć Wilno to chyba jedyne miasto obok Palmy, w którym nigdy nie robię planów zwiedzania i odnajduję dziwną przyjemność w zgubieniu się. Każda ulica, czy zakamarek jest dla mnie poniekąd okazją do różnych odkryć. W taki sposób znalazłem m.in. dom, w którym mieszkał Adam Mickiewicz.


Do Augustowa wróciłem przed północą, a już kolejnego dnia trzeba było ruszać w drogę powrotną do Krakowa, oczywiście via Warszawa. Zwiedzanie tego urokliwego miasteczka było więc niezwykle intensywne. Najpierw, o godz. 6.00 msza w miejscowym kościele, a następnie krótki spacer po centrum i powrót do apartamentu, by spakować manatki.
W Warszawie zabawiłem na dłużej. Nie zmieniła się specjalnie od mojej ostatniej wizyty, za to byłem świadkiem niecodziennego zdarzenia – czyli manifestacji KOD. No cóż, więcej było robiących zdjęcia niż protestujących przeciwko rządowi (max 30 osób). Mateusz Kijowski jak to on, miał jednak dobry humor i filmował całe wydarzenie, chodząc z komórką dumny jak paw. Ja na swoim aparacie wolałem oglądnąć mecz Cracovii z Arką Gdynia (wygraliśmy 2:1), po którym mogłem w spokoju szczęśliwy wracać do domu. 


W Pendolino byłem uśmiechnięty od ucha do ucha nie tylko z powodu zwycięstwa ukochanej drużyny, czy fantastycznego pobytu w Wilnie, ale także z tego, że moje ręce, zawsze dotąd wrażliwe na mróz, przetrwały w całości te iście Syberyjskie temperatury .

Wycieczka nr 2 (8-12 kwietnia, niedziela-czwartek – Arenal, Son Veri, Barcelona)
Już w pierwszych dniach stycznia 2018 r. wpadłem na genialny (hehe!) plan, żeby w trakcie roku akademickiego zrobić sobie kilkudniowe wakacje na Majorce, które chciałem poświęcić relaksowi składającemu się z kąpieli morskiej w Morzu Śródziemnym i kąpieli słonecznej na ukochanej plaży w Son Veri. Nocleg miałem zapewniony u siostry, znalazłem tanie loty w obie strony i spokojnie czekałem na urlop.
Znaczy, spokojnie czekałem do marca. W kwietniu za sprawą prognoz pogody zaczęło robić się nerwowo. Przeważnie, mam wielkie szczęście do aury, gdyby kręcili o moich podróżach film w Bollywood, nazywałby się „zawsze słońce, nigdy deszcz”.
Lecz tak było tylko do 2017 roku, w 2018 fortuna mnie opuściła, i pogoda oficjalnie zwariowała. Bo jak inaczej nazwać stan rzeczy, w którym w Krakowie przez cały miesiąc jest cieplej niż na Balearach, a czasami przewaga sięga nawet kilkunastu stopni? Ja sobie właśnie „taki” termin wybrałem.
W trakcie mojego pobytu, w Małopolsce były upały, na wyspie temperatura ledwo przekraczała 15 stopni, a bywało że nie. Musiałem robić więc za morsa i zaledwie raz udało mi się dłużej popływać. Warunki były tak niesprzyjające, że w środę zalało mi plażę, więc nie dało się nawet posiedzieć i pogapić w morze. Szkoda tym bardziej, że nie było prawie w ogóle turystów, co mi niezwykle odpowiada (dlatego też wybrałem kwiecień). Moja niewiara w synoptyków była tak duża, że na Majorkę poleciałem kompletnie nieprzygotowany, bez kurtki. Marzłem więc na polu, lecz jeszcze bardziej w domu (w Hiszpanii w wielu mieszkaniach nie ma ogrzewania), siedząc opatulony we wszystkie bluzy.


Humor poprawiła mi wycieczka do Barcelony. Z zagranicznych miast, obok Wiednia, gdzie niegdyś spędzałem każde wakacje, to właśnie do stolicy Katalonii mam największy sentyment, gdyż to od niej rozpocząłem swoje własne duże podróżowanie (czytaj: sam wszystko zaplanowałem). Już nigdy potem nie miałem tak skomplikowanej od strony logistycznej wycieczki – do Barcelony leciałem podówczas z Poznania, a z powrotem lądowałem we Wrocławiu. Do Poznania i z Wrocławia jechałem nocnymi pociągami, których standard nieco odbiegał od tego znanego dzisiaj. Jeszcze większa różnica tyczyła się dworców. Na obu spędziłem kilka godzin i potężnie wtedy zmarzłem, bo pogoda była podobna do tej z Wilna.
Na szczęście teraz warunki były zupełnie inne. Lot z Palmy (stolica Majorki) do Barcelony jest tak krótki, że człowiek ledwo zapnie pasy, to już trzeba je rozpinać. Na szczęście odpowiednie do długości lotu (około pół godziny) są też ceny. Z łatwością da się znaleźć bilety za 6 euro. Moja siostra jako rezydentka na Majorce zapłaciła połowę ceny, czyli 3 euro. To tak jakbym w Polsce z Krakowa do Warszawy poleciał za 3 złote! Ceny połączeń lotniczych w Hiszpanii są śmiesznie tanie, z czego w ubiegłym roku miałem jeszcze wielokrotnie skorzystać.
Barcelona to dla mnie miasto-ideał. Bardzo łatwe do zwiedzania i przyjemne do spacerowania i podziwiania. A zarazem dosyć bezpieczne. W trakcie tej wizyty postanowiłem skupić się na zwiedzaniu Camp Nou. Pod stadion FC Barcelony najłatwiej dostać się metrem, które jest najlepszym sposobem poruszania się po mieście. Chociaż w drodze na stadion lekko zaczęło lać, to będąc w środku niespodziewanie wyszło słońce i zrobiło się nawet gorąco (prawie tak samo ciepło jak w Polsce).


Obiekt robi ogromne wrażenie, wewnątrz chyba jeszcze większe niż z zewnątrz. W porównaniu do mojej pierwszej wizyty, przede wszystkim rozbudowano muzeum, które bardzo podkreśla ostatnie, obfite w sukcesy lata. Świetną atrakcją są też zdjęcia, które robi się w trakcie zwiedzania, a następnie można kupić w formie albumu (np. wrzucają nasze podobizny obok Leo Messiego i innych piłkarzy i wygląda to tak, jakbyśmy z nimi pozowali). Cena była zabójcza (40 Euro), ale raz się żyje i do Krakowa wróciłem z piękną (i drogą) pamiątką. Niestety, podobną kwotę wydałem w oficjalnym sklepie, lecz raz na 10 lat mogę chyba sobie pozwolić na takie szaleństwo.
Wizyta na stadionie i w muzeum FC Barcelony uświadamia, jak wielka przepaść dzieli kluby z zachodniej Europy od naszych zespołów. Liczba turystów jest tak ogromna, że chyba jednego dnia więcej ludzi tam zwiedza obiekt i zostawia swoje pieniądze (nikt nie oszczędza), niż przez rok przychodzi na stadion Cracovii, kibicować jej na meczach.
Samolot powrotny miałem dopiero późnym wieczorem, a w perspektywie pełne zwiedzanie Barcelony jesienią, więc resztę dnia spędziłem na niespiesznym spacerowaniu po mieście (znowu bez planu!) i podziwianiu architektury oraz wizycie w Parku Ciutadella. Na sam koniec herbata (uwielbiam to zdziwienie przyjmujących takie zamówienie w Hiszpanii – zdecydowana większość ludzi pije tu kawę) i ciastko na Ramblas, i można było wracać do Palmy. 


Na wyspie czekała mnie jednak niemiła niespodzianka, a dokładnie trzy: po pierwsze strasznie lało, po drugie nie przyjechał autobus do Arenalu, a po trzecie upadłem na drodze. Niestety, wyjątkowo niefortunnie, bo na dopiero co wyleczony złamany nadgarstek (ortezę ściągnąłem tuż przed przylotem – powód prosty, nie dałoby się w niej kąpać).
W tym momencie byłem zrozpaczony, bo dwa i pół miesiąca rehabilitowałem się i przez chwilę głupoty (wiedziałem, że jest ślisko), wszystko mogło pójść na marne. Uprzedzając wypadki, na szczęście akurat ta sytuacja nie pogorszyła mojego położenia, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Dlatego cały kolejny dzień dogadzałem sobie moim ulubionym smakołykiem, czyli słodkim popcornem, którego zapasy zakupiłem na drogę powrotną (cztery paczki! Czemu tego nie można kupić w Polsce? Podobnie jak mojej ulubionej wody sodowej?), a na kolację zjadłem pyszną paellę i wypiłem tyle wina, by zapomnieć o bólu.
Niestety, w czwartek trzeba było lecieć do Polski. Na lotnisku okazało się, że byli więksi ode mnie pechowcy. Akurat kiedy leci się w dwie strony, to łatwo rozpoznaje się te same twarze w drodze powrotnej. Można ich było nazwać moimi towarzyszami niedoli, bo tak samo jak ja, nie trafili zupełnie z pogodą. Ale była jedna rodzina, która z jeszcze jednego powodu długo nie zapomni swojego pobytu na Majorce. Nie dość że warunki do opalania były żadne, to dodatkowo zostali okradzeni z dokumentów i pieniędzy. Gorsze to pierwsze, bo bez dowodu osobistego nie chciano ich wpuścić do samolotu, ale ostatecznie ulitował się nad nimi pilot i pozwolił im wsiąść do maszyny. Po tych drobnych perturbacjach znalazłem się w powietrzu.
Chociaż pogoda nie dopisała, nie kąpałem się w morzu, tyle ile chciałem, wyjazd był niezwykle udany i bardzo mi potrzebny, by zregenerować się fizycznie i psychicznie. Kolejne tak długie wakacje miałem mieć dopiero w sierpniu. 

Wycieczka nr 3 (17 kwietnia, wtorek – Staszów, Ujazd, Opatów, Sandomierz)
Wycieczka pod znakiem leczenia, co było jedynym pozytywnym skutkiem mojego złamanego nadgarstka. Moje przygody z tą kontuzją opisałem już w osobnym wpisie (http://trwoga.blogspot.com/2018/03/z-pamietnika-poamanego-czowieka.html ). W skrócie: pilną potrzebą stało się zbadanie mojego nadgarstka rezonansem magnetycznym. Najwcześniejszy termin wizyty wypadł w Staszowie, a że i tak musiałem wziąć dzień wolny, postanowiłem zrobić sobie wycieczkę po okolicznych miejscowościach. Oczywiście nie mogło zabraknąć pobliskiego Sandomierza
Sam Staszów nie zachwyca (delikatnie rzecz ujmując), kilka zabytków co prawda można tam znaleźć, ale nie są one klasy zero. Na moje szczęście, najlepsze wrażenie robi szpital, mający dobrą reputację w całym regionie, ale także w Polsce (w rankingu „Rzeczpospolitej” zajął 36. miejsce, wyższe od wszystkich placówek z Krakowa!). Potwierdzam, byłem niezwykle pozytywnie zaskoczony jakością obsługi, wyposażeniem, a także… tłumem ludzi w środku. Wydaje mi się, że nie zdajemy sobie sprawy, jak ważną rolę w takich mniejszych społecznościach pełnią tego typu instytucje.
Samo badanie rezonansem magnetycznym przebiegło sprawnie, choć było bolesnym doświadczeniem. Zamknięcie w komorze czy hałasy nie były mi straszne, ale przy nadgarstku badanie trwa około godziny, a zajmuje się wyjątkowo niewygodną pozycję. Podziwiam starsze osoby, które to wytrzymują. Ja już prawie przyciskałem pompkę, która miała dać pielęgniarkom znać, że mam dosyć. Na szczęście jednak nie poddałem się i dotrwałem do końca Drugi raz bym tego nie przeżył.
Kolejnym etapem wycieczki był Ujazd, gdzie znajduje się sławny zamek Krzyżtopór. Chociaż to w zasadzie ruiny bez okien i drzwi, to budowla prezentuje się niezwykle majestatycznie, nadal czuć dawną potęgę tego miejsca. W trakcie zwiedzania mamy dużą swobodę w spacerowaniu po twierdzy, praktycznie możemy wejść wszędzie. Dla ułatwienia wyznaczono ścieżki historyczne, którymi powinno się kroczyć, ale nie są one zobowiązujące.


Jedynym punktem obligatoryjnym była wizyta w sklepiku, gdzie dokonałem kluczowego dla mnie zakupu magnesu (ekwipunek rycerski, niestety, w ogóle mnie interesował) i mogłem ruszać dalej w trasę.
Następnym przystankiem był Opatów, słynący w całym województwie z przepysznych krówek, które można tu kupić praktycznie wszędzie – w każdym sklepie, czy nawet restauracji. Jako amator słodyczy potwierdzam ich wysokie walory smakowe, toteż kolejny magnes nie był jedyną moją pamiątką, jaką przywiozłem z Opatowa do domu.
Rodzinne miasto serialowego Oresta Możejki (dla niezorientowanych, policjanta z mojego ukochanego serialu „Ojca Mateusza”, granego przez Piotra Polka) ma wielowiekową tradycję i kilka zacnych zabytków, skupionych wokół rynku. Główny plac zaskoczył mnie nieco swoim wyglądem. Rozmiary ma jak najbardziej godne, lecz zadziwia swoją nieforemnością – jest bowiem zdecydowanie bardziej podłużny niż szeroki.
Może z tego powodu, najciekawsze dzieje się pod ziemią, bo właśnie tam wyznaczona została popularna trasa turystyczna. Nad powierzchnią warto odwiedzić Kolegiatę św. Marcina i rzucić okiem na znajdującą się po sąsiedzku Bramę Warszawską. 


Wizyta w Opatowie, choć przyjemna, nie mogła trwać tak długo, bo czekała na mnie jeszcze jedna miejscowość, mająca być nagrodą za poranne cierpienie, czyli mój ukochany Sandomierz.
Niegdyś spędziłem tu cudowny czas na stażu w miejscowym archiwum. Dzięki mieszkaniu przez ten okres w mieście, mogłem natychmiast poczuć różnicę między Sandomierzem weekendowym, a tym, nazwijmy go, normalnym, dnia powszedniego. Na szczęście teraz odwiedzałem ten drugi i, po przybyciu, natychmiast przypomniałem sobie, czemu ukochałem to miasto i zawsze wracam tu z przyjemnością.
W Sandomierzu jest jedna, wspaniała osoba, którą zawsze odwiedzam, ale nie zapowiedziałem się z wizytą, więc chciałem ją zaskoczyć. Zanim to uczyniłem, udałem się na rynek, by wreszcie zjeść obiad. Dodatkową atrakcją miał być widok na ładny ratusz, ale silny wiatr przegonił mnie do środka. Oczywiście, po skończeniu posiłku, pogoda zaraz się poprawiła, co wykorzystałem na dłuższy spacer. Nie ma miasta na świecie, po którym tak dobrze mi się chodzi (chociaż raz przypłaciłem to złamaną kością śródstopia, o czym zorientowałem się… 3 miesiące później), i w sumie zwiedziłem już każdą uliczkę. Znam je wszystkie z nazwy, co mnie zawsze frapuje, bo w rodzinnym Krakowie nigdy nie mogę ich spamiętać.


Chociaż cel spaceru był niezbyt odległy od rynku, to i tak, jak często robiłem w trakcie stażu, specjalnie sobie wydłużyłem pochód, zaliczając oba wąwozy, Park Piszczele, Kościół św. Jakuba i Kościół św. Pawła, aż wreszcie wylądowałem w pewnym żeńskim klasztorze Było to najlepsze z możliwych zakończeń bardzo intensywnego dnia. Taki wtorek mógłby mi się zdarzać co tydzień. Rzeczywistość jednak nigdy nie nadążyła za tym marzeniem.

Wycieczka nr 4 (2-3 maja, środa-czwartek – Sandomierz)
Pożegnanie z Sandomierzem 17 kwietnia było tylko dlatego mniej smutne, że wróciłem do niego za dwa tygodnie. Mam swoich kilka świeckich tradycji jak kwietniowe i wrześniowe pobyty na Majorce, czy weekend Bożego Ciała spędzany nad polskim morzem. Najdłużej jednak pielęgnuję zwyczaj spędzania weekendów majowych w Sandomierzu. W ubiegłym roku nie mogło być inaczej, choć z pewnych względów tym razem pobyt w ukochanym mieście trwał tylko dwa dni.
Pewną nowością była za to pogoda. Do tej pory pobyt majowy upływał mi w aurze chłodu. Tym razem – szok – upał i sucho. Nie korzystałem, niestety, jednak z tych wybitnie sprzyjających temperatur, gdyż sporo atrakcji dostarczał mi mój ulubiony festiwal – Filmów i Spotkań Niezwykłych. Pobyt w Sandomierzu upłynął mi zatem na przechodzeniu od jednej sali kinowej do drugiej, z przerwami na spacer do Zamku, gdzie odbywają się spotkania ze znamienitymi gośćmi. 


Udało mi się jednak znaleźć też czas na spacer po świeżym powietrzu (tutaj można oddychać pełna piersią – nie ma żadnego smogu). Postanowiłem zrobić sobie przechadzkę do postindustrialnego dworca kolejowego, który jest położony po drugiej stronie Wisły. Jego uroda powala, ale w negatywnym tego słowa znaczeniu. Zawsze mnie zastanawiało, jak tak turystyczne miasto jak Sandomierz może w ogóle nie dbać o swoje wizytówki – dworzec autobusowy przez długie lata był pośmiewiskiem, a jego rolę pełniła…. ulica, gdzie zostały wydzielone dosyć żałośnie prezentujące się „perony”. Teraz jego wygląd podobno bardzo się poprawił (podobno, bo na własne oczy jeszcze tego nie widziałem). Kolejowy ciągle czeka na swoją szansę. Można być jednak dobrej myśli, bo i z Rzeszowa, i z Kielc pociągami na weekend majowy przyjechały setki osób, a wagony były wypełnione do ostatniego miejsca (również stojącego). Niestety, ma to też swoje negatywne konsekwencje – w mieście na obiad w restauracjach czeka się co najmniej godzinę, a czasami i dłużej.
Ale naprawdę to się bardzo cieszę, że coraz więcej Polaków nabiera ochoty na poznanie najpiękniejszego miasta w naszej ojczyźnie. Sam jestem niestrudzonym ewangelizatorem Sandomierza i kilka osób już nawróciłem w jego sprawie. W nagrodę doznali łaski jego poznania ze mną w roli przewodnika po jego krętych ścieżkach

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2024)

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (maj 2024)