Camino: przygoda życia

 

Camino, czyli po hiszpańsku „droga” to pielgrzymka do grobu św. Jakuba, który znajduje się w katedrze w Santiago de Compostela (północno-zachodnia Hiszpania, Galicja). Tę prawdziwą pielgrzym powinien rozpocząć z własnego domu. Zdecydowana większość wybiera jednak miejsce w zachodniej Europie (Francja, Hiszpania lub Portugalia), skąd decyduje się pieszo, rowerem lub konno udać do Santiago. Jest wiele popularnych szlaków, można sobie wybrać. Każdy z nich powinien jednak obejmować dystans przynajmniej 100 km.



Pomysł o Camino siedział w mojej głowie od dawna. Pierwszy raz usłyszałem o tym od koleżanki ponad 10 lat temu. Wtedy jednak niezbyt poważnie wziąłem się za planowanie eskapady. Odkładałem to na „święte nigdy”.

Przełomem była pierwsza pielgrzymka mojej Mamy. Wystartowała sama z Porto. Nie wierzyłem, że dojdzie, ale udało jej się. Potem drugi raz, i znowu sama! Moja Mama w tej kwestii była i jest moją największą inspiracją, i to dzięki niej dotarcie pieszo do Santiago de Compostela szybko awansowało na sam szczyt listy moich podróżniczych marzeń.



Do Drogi św. Jakuba dojrzewałem kilka lat. Kupowałem wszystkie książki na ten temat, czytałem każdy artykuł, jaki się ukazał, chodziłem także na spotkania (w kawiarni o nazwie, oczywiście, „Camino”. Znajdowała się na ul. Stolarskiej, w Krakowie. Teraz została przemianowana na restaurację), na których pielgrzymi dzielili się wspomnieniami ze szlaku. Wciąż byłem jednak tylko teoretykiem, i w końcu powiedziałem: dość!

Najtrudniejszy jest moment decyzji, że tego i tego dnia ruszam w trasę. Im więcej deliberowania, tym bardziej odwleka się termin. Istnieje sposób na te rozterki. Należy kupić bilet samolotowy do miejsca, z którego chcemy ruszyć, a także powrotny. W moim przypadku był to lot do Porto, następnie z Santiago na Majorkę (tam kontynuowałem swój urlop) i z tej wyspy do Polski. Po zainwestowaniu niemałej kwoty (do ceny zwykłych połączeń należało także dodać bagaż) wycofanie się byłoby nieroztropne. Byłoby wręcz grzechem.



Na tydzień przed datą wyjazdu zaczęły mi towarzyszyć głównie dwa uczucia: podekscytowanie i niepewność. Nie pozbyłem się ich na lotnisku, gdzie spodziewałem się zobaczyć co najmniej kilku pielgrzymów, których akurat łatwo byłoby rozpoznać – zamiast walizki, mieliby plecak. Zdecydowana większość pasażerów udawała się jednak do Portugalii na wypoczynek i zwiedzanie. Na Camino, poza mną, wybierał się tylko jeszcze jeden Pan, jak się okazało weteran tego szlaku, który po osiągnieciu celu pracował jako wolontariusz w „polskim” albergue na Monte do Gozo. Ostatni raz rozmawialiśmy ze sobą przed wejściem do aeroplanu, później radziłem sobie sam.

Jestem taką osobą, że nie lubię robić pewnych rzeczy z marszu, wolę się „mentalnie” nastawić, więc wiedziałem, że nie rozpocznę Camino zaraz po wylądowaniu. Przez pierwsze dwa dni zwiedzałem, dopiero w niedzielę (8 września), po mszy św. w katedrze w Porto, udałem się na stację metra Trindade, skąd podjechałem kilka przystanków do Vilar Pinheiro, by uniknąć dosyć jałowego spaceru przez dzielnicę przemysłową. Od tego momentu poruszałem się już wyłącznie pieszo, czyli razem ponad 220 km do Santiago de Compostela. Zajęło mi to 9 dni i w poniedziałek, 16 września byłem już na miejscu, a we wtorek (17 września) z samego rana, po godzinie czekania, otrzymałem Compostelę, czyli papirusowy dokument potwierdzający przebycie Drogi św. Jakuba. Podobnych dyplomów-pamiątek mam z trasy trzy, niestety wszystkie dosyć zmięte, ale to przecież nie one się liczą.



Nie będę dokładnie rekonstruował kolejnych odcinków (dni) mojej pielgrzymki, zrobię to w kolejnym wpisie (http://trwoga.blogspot.com/2020/09/schroniskowe-zycie-na-camino.html). Teraz chciałbym podzielić się swoimi ogólnymi wspomnieniami i refleksjami. Spędziłem fantastyczny czas w Portugalii i Hiszpanii, więc może kogoś zainspiruję do przeżycia własnej przygody życia w Galicji. Byłbym z tego powodu bardzo szczęśliwy.

***

Dużo myślałem o Drodze św. Jakuba, zanim ruszyłem na szlak. Zastanawiałem się, jak to będzie, kogo spotkam, jakie przygody przeżyję. Wyobraźnia podsuwała wiele rozwiązań, kreśliła idealne scenariusze. Na szlaku niewiele z nich sprawdziło się. Na szczęście, bo rzeczywistość okazała się jeszcze wspanialsza niż najśmielsze nawet oczekiwania. Podobno tak bywa często.



Na Camino naprawdę można uwierzyć, że świat idealny jest możliwy, chociaż na chwilę. Utopijne marzenie o wspólnocie ludzi wolnych i równych spełniało się codziennie w trakcie pielgrzymki. Tej komunii najbardziej brakuje mi po powrocie.

Wiek, pochodzenie, rasa, status społeczny czy majątkowy nie mają na szlaku żadnego znaczenia. Tak jak my, jesteś pielgrzymem, więc należy ci się bezwarunkowy szacunek.



Niewiarygodne, jak w ciągu chwili potrafi się wytworzyć jedność pomiędzy ludźmi z różnych krajów, kultur czy religii. W innym miejscu, w innym czasie, z innego powodu nie mielibyśmy szansy na wzajemne poznanie i przyjaźń. Na Camino takie cuda dzieją się bez przerwy.

Dlatego prawdziwy jest sławny tekst, który pojawia się na wielu podkoszulkach, bluzach czy innych pamiątkach do kupienia w Santiago de Compostela. Mówi on, że w trakcie drogi nigdy nie idzie się samemu. Coś w tym jest. Abstrahując od duchowego znaczenia tego hasła, ludzie także towarzyszą nam stale. Zmieniają się często. Niektórzy idą z nami cały dzień, kolejni zaledwie kilka kilometrów, a z następnymi spotykamy się tylko w restauracji na wspólnym obiedzie. Mamy też czas, by nacieszyć się samotnością.



Każde, nawet najkrótsze spotkanie, traktowałem jako dar.

***

Z Porto ruszyłem sam i budząc się codziennie, nigdy nie wiedziałem, co mnie spotka, z kim przyjdzie mi spędzić poranek, popołudnie i wieczór. Byłem, używając określenia niemieckiego filozofa Martina Heideggera, „nastrojony” na nowe znajomości. Pierwszy dzień spędziłem z Niemką; drugiego dnia kolację specjalnie dla mnie, zmordowanego po 40 km marszu pątnika, przygotowali Japończycy (matka i syn); trzeci dzień świętowałem z parą niezwykle sympatycznych Czechów; czwartego dnia w trakcie wizyty w restauracji mój portret namalowała Tajwanka, a siedząca obok Niemka opowiadała jej historię naszego spotkania i towarzyszących mi przez ponad godzinę dwóch bezpańskich psów. Tak, zdarza się, że one również pielgrzymują. Były bardzo przyjacielskie.



Piątego dnia przełamałem swoją naturę samotnika i już na stałe połączyłem siły z mieszkającą w Niemczech Rosjanką Viktorią i Portugalką Sarą. Spotkanie ich było największym cudem i to im głównie zawdzięczam, że swoje Camino uważam za wyjątkowe i wspaniałe. Setki anegdot, wspomnień, rozmów. Lepszych towarzyszek podróży nie mogłem sobie wymarzyć. Inteligentnych, wrażliwych, życzliwych, pomocnych, zabawnych, uśmiechniętych. I pięknych :)

Każda z nich zaczynała sama. Razem nocowaliśmy w jednym pokoju w Ponte de Lima. Wtedy poznałem się z Viktorią, gdyż spaliśmy w łóżkach obok siebie. Przed snem wymieniłem z nią kilka uwag, głównie, gdzie planuję dojść na następny dzień. Moim celem była Valenca (38 km), ona dotarła do położonej około 10 km bliżej Pedreiry. Podczas swojej drogi kilkukrotnie spotkała Sarę i w schronisku zawiązały sojusz, polegający na wspólnym marszu do Santiago.



Kilkanaście godzin później, w Valency ustanowiliśmy triumwirat.

Naszym ulubionym słowem w trakcie Camino było angielskie (w tym języku rozmawialiśmy) „destiny”, czyli przeznaczenie. Ono miało rządzić tym, iż nasze drogi skrzyżowały się w tym konkretnym miejscu i czasie, że byliśmy wręcz skazani na wspólną wędrówkę. Chociaż sam nie wierzyłem podówczas w takie znaki opatrzności, to w trakcie wędrówki mój sceptycyzm przechodził ciężką próbę, by zmierzyć się z kwestią, jak to się stało, że ciąg przypadków zaprowadził całą naszą trójkę do szczęśliwego zakończenia, bowiem pozostaliśmy lojalni i sobie, i przeznaczeniu do samego Santiago.



Jean-Paul Sartre mawiał, że „piekło to inni”. Gdyby choć raz w życiu poszedł na Camino, zmieniłby zdanie.

***

Już kilka dni wystarczy, by na Camino stracić rachubę czasu i nie zdajemy sobie sprawy, który jest dzień tygodnia. Głównie dlatego, że każdy wygląda podobnie. Codziennie pobudka, pakowanie, wyjście ze schroniska, marsz, przerwa na śniadanie i herbatę, znowu marsz, dotarcie do drugiego schroniska, prysznic, pranie, obiadokolacja, sen. Trochę to, przyznajmy, nudne.


 

Ale też każdy dzień jest kompletnie inny. Różne krajobrazy, szlaki, ludzie, schroniska, przygody na trasie. Niczego nie da się przewidzieć czy zaplanować.

Odnajdywanie niezwykłości w zwykłości to jedna z najważniejszych lekcji, którą wyniosłem z Drogi św. Jakuba.

***

Przed Camino usłyszałem od mojej kuzynki, bym w trakcie drogi notował swoje przemyślenia, bo wtedy powinny mi do głowy przyjść najmądrzejsze pomysły. Wziąłem sobie tę radę do serca, bo spakowałem mały zeszyt i długopisy. W schroniskach zauważyłem kilku notujących, ja sam jednak przez cały pobyt w Portugalii i Hiszpanii nie zapisałem ani słowa, czego dziś trochę żałuję.



Dla mnie jednak Camino było tak silnym przeżyciem, że byłem skoncentrowany w zasadzie tylko na nim. Najpierw, w trakcie wędrówki, by nie zgubić szlaku i robić krok za krokiem. Po dotarciu do celu, skupiałem się na odpoczynku i rozmowie z innymi. Aż sam jestem tym zaskoczony, bo raczej należę do osób zdystansowanych. Jednak na pierwszym Camino nawet na chwilę nie udało mi się osiągnąć tego stanu.

Zamiast zapisków, mam za to setki wspomnień. Może to lepiej.

***

Dla kogo jest Camino? Dla każdego. Bez wyjątku. Naprawdę.

Podstawowe wątpliwości dotyczą zawsze przygotowania fizycznego. To zwykłe i naturalne pytanie, czy podołam kondycyjnie. Ja osobiście, nie miałem kryzysów, nie czułem wielkiego zmęczenia, a nie przygotowywałem się specjalnie do wędrówki. Wystarczy częste spacerowanie, także po terenach leśnych, by przyzwyczaić się do innej nawierzchni niż asfalt.



Wielką inspiracją i wzorem są przykłady osób niepełnosprawnych, które przeszły Drogę św. Jakuba (np. projekt: „Camino bez barier”).

Poruszające były też przygody napotkanych pielgrzymów, jak Dany z Kalifornii, która mimo choroby w trakcie Camino i opuszczenia jej przez przyjaciółkę, nie poddała się i ostatecznie dotarła do Santiago.

Niezapomnianym wspomnieniem z trasy było spotkanie starszej Brazylijki, podróżującej samotnie, która miała alergię. Musiała ona bardzo silnie zareagować na odzież, gdyż będąc na trasie kobiecie spuchła na czerwono połowa nogi. Wyglądało to źle, z Sarą i Viktorią spotkaliśmy ją pośrodku lasu. Trudno byłoby zorganizować fachową i szybką pomoc.



Nie była ona jednak potrzebna, bo moje towarzyszki opatrzyły Brazylijkę, nogę posmarowały odpowiednią maścią i założyły bandaż. Kobieta wstała i dotarła do najbliższego schroniska. A potem, zapewne, ruszyła dalej do grobu św. Jakuba. Co za hart ducha! (i moja duma z towarzyszek).

Sam byłem świadkiem kilku podobnych historii, nie mówiąc o tych zasłyszanych. Dlatego nigdy nie zrozumiem młodszych ludzi, który mówią, że nie daliby rady, że za długi dystans itd. Daliby, tylko jeszcze o tym nie wiedzą.

Ostatecznie, liczy się więc jedynie charakter i motywacja. Zapewniam, że kiedy nogi już nie „niosą”, to wówczas idzie głowa. Zresztą, paradoksalnie, przynajmniej dla mnie, wtedy szło mi się najprzyjemniej. Był to rodzaj wyzwolenia, przekroczenia samego siebie. Taki egzystencjalizm w podróży w stanie czystym.



To może trudne do wytłumaczenia, ale gdy jest się w schronisku, nie przeszkadza ból, odciski, czy kontuzje, tylko myśli się o kolejnym dniu i tak aż do Santiago. Optymizm w trakcie Camino nie jest urzędowy, ale realny. Każdy chce dotrzeć do celu, i prawie wszystkim się to udaje. Mimo cierpienia (fizycznego i psychicznego).

Inną barierą, której nie można lekceważyć, jest obawa o własne bezpieczeństwo. To istotne zwłaszcza dla Pań. Słyszałem opowieść o trzech koleżankach, które razem wciąż nie mogły wyruszyć na Camino, bowiem potrzebowały jeszcze męskiego towarzystwa. Po iluś latach któryś kolega się nad nimi wreszcie zlitował.

Chociaż rozumiem ten lęk, to jest on niepotrzebny. Śmiało można ruszać samej/samemu, nawet polecam taki wybór :) Trasy są całkowicie bezpieczne, doskonale oznaczone (trudno się zgubić). To prawdziwa rzadkość, by przez długi czas nie spotkać nikogo, podobno po „cywilnemu” pielgrzymują też stróże porządku.



W trakcie mojego Camino, zdecydowana większość startowała solo, a przewagę wśród nich stanowiły panie. I bardzo dobrze, bo dzięki temu poznałem Viktorię i Sarę. Niech to da wszystkim do myślenia.

Kluczową sprawą są fundusze. Nie ma co ukrywać, za darmo nie da się pojechać. Swoje będzie kosztował właściwy ekwipunek: dobre buty, plecak, peleryna, śpiwór, nakrycie głowy itd. Opłacić trzeba też przeloty plus bagaż. Jeśli planujemy jeszcze pozwiedzać przy okazji, to generuje dodatkowe koszty. Ale w trakcie wędrówki życie jest już tanie. 20 euro spokojnie wystarczą, by przeżyć dzień (w sumie to i w 15 da się zmieścić). Ceną oczywiście są spartańskie warunki bytowe. Zdarzają się schroniska, gdzie w pokoju śpią 24 osoby, łóżko obok łóżka, o intymność i spokój więc trudno. Ale gwarantuję, że bardzo łatwo się do tych okoliczności przyzwyczaić, a po krótkim czasie nawet je polubić (na trasie jest też pełno prywatnych hosteli, gdzie komfort jest dużo wyższy, tak jak i opłaty).

Za tę niewielką kwotę chyba nie da się przeżyć lepszych wakacji w zachodniej Europie, które dostarczą tylu atrakcji. Wielu wydaje więcej na mniej ekscytujący urlop.



Ostatnia sprawa to znajomość języków obcych. Bez dwóch zdań, przydaje się, wiele rzeczy ułatwia, ale nie jest obowiązkowa. Znam osoby, które bez tej umiejętności przeszły całą drogę i nawiązały przyjaźń z obcokrajowcami, trwającą do dzisiaj. W trakcie mojej wędrówki legendarna była historia pewnego Japończyka, który mówił wyłącznie w swoim narzeczu, ale nie przeszkodziło mu to dołączyć do grupy Włochów. Dotarł z nimi do Santiago, nie odzywając się ani słowem. Można więc i tak.

***

Jest jeden, wydaje mi się ostateczny argument, by pójść na Camino: bardzo łatwo w trakcie wędrówki schudnąć. Kombinacja wysiłku, potu, lekkiego odżywiania i regularnego wypróżniania spowodowała, że w ciągu 9 dni straciłem 5 kg. Zastanawiam się, jaki rezultat przyniosłoby pójście szlakiem francuskim, znacznie dłuższym od portugalskiego.

***

Na koniec anegdota. Camino naprawdę zmienia ludzi. Mnie zmieniło prawie natychmiast, choć może nie tak, jakbym chciał.

Po wyjeździe moich towarzyszek do domu, sam miałem jeszcze dwa dni wolnego przed wylotem na Majorkę. Postanowiłem je wykorzystać na zwiedzanie. W czwartek (19 września) pojechałem pociągiem do A Coruny. To miejscowość nadmorska, słynąca przede wszystkim z bardzo długiej promenady (oczywiście, jako pielgrzym, przeszedłem ją całą) i najstarszej na świecie działającej latarni morskiej – tzw. Wieży Herkulesa. Po intensywnym spacerze, przyszedł czas na jedzenie. Na tablicy jednej z restauracji zobaczyłem informację, że cały obiad (dwa dania) plus napój można kupić za 10 euro. Moja słaba znajomość hiszpańskiego nie pozwoliła mi jednak odczytać, jakie potrawy przyjdzie mi zjeść. Nie pomógł też kelner, który nie mówił w żadnym obcym języku. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po kilkunastu minutach przyniósł ogromne jajko sadzone plus dodatki.

Dla nieznających mnie zbyt dobrze, ważna informacja: ostatnie jajko spożywałem w wieku 6 lat (podobno, nie pamiętam tego. Albo wyparłem to z pamięci) i napawa mnie ono w każdej postaci obrzydzeniem, tak dużym że długo nie mogłem nawet siedzieć przy jednym stole z kimś, kto jadł np. jajecznicę.

Jednak jeszcze bardziej niekomfortowo czułbym się, wyrzucając pożywienie, lub rezygnując z obiadu, na który tak czekałem, dlatego przemogłem się i… zjadłem pierwsze jajko od ponad 25 lat. Nie było złe, dobre zresztą też nie. W innych okolicznościach niż Camino, taka sytuacja nie byłaby możliwa.

Teraz czekam na zmiany, które będą czymś więcej niż zabawną historyjką. Pierwsze efekty pielgrzymki już zauważam. Jestem odważniejszy, bardziej otwarty i pewny siebie, chyba spokojniejszy i mniej złośliwy. Liczę, że kolejna Droga św. Jakuba wzmocni we mnie te cechy.

Buen Camino!

Komentarze

  1. Brawo! ja również się "zbieram" do Camino ....
    Życzę dobrego 2020

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie. Również życzę dobrego nowego roku, a przede wszystkim mam nadzieję, że uda się "zebrać" na Camino. To jest prostsze, niż się wydaje. Nie ma czego się obawiać. W razie pytań/wątpliwości, proszę pisać śmiało, może pomogę w zaplanowaniu Camino :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Bardzo fajny artykuł, ciekawy i czyta się jednym tchem :). Przeczytalem go w czasie izolacji, zakazu spotkań z innymi osobam oraz siedzenia w domu... W tym czasie opisana wyżej przygoda ociera się o surrealizm. Balansuje na pograniczu baśni, marzeń, jawy i snu oraz fantazji. Tak samo jak w dobrych książkach S. Kinga ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie za miłe słowa. Właśnie, nawet kiedy rzeczywistość jest surrealistyczna, to zawsze zostają wspomnienia, i ich się trzymajmy. A na szlak jeszcze wrócimy, jestem pewien :) Pozdrawiam

      Usuń
  3. Wspaniały inspirujący tekst!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Zmagam się właśnie z decyzją o camino...świetny opis i jestem już umiarkowaną optymistką...dziękuję Lucy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie za komentarz. Namawiam gorąco do Camino! Nie będziesz żałowała 😊

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2024)

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (maj 2024)