Turystyczne podsumowanie roku 2019, cz. II
Zapraszam na drugą część mojego podsumowania turystycznego za ubiegły rok. Tym razem przyszła kolej na wspomnienia z wycieczek majowych, czerwcowych i lipcowych. Bardzo rzadko wykorzystuję ten czas na urlop, więc podróże trwały krótko, przeważnie jeden dzień. Najdłużej byłem we Francji, i to z niej mam najwięcej wspomnień :)
Przypominam uwagę metodologiczną: każdą wyprawę opisuję tak, jakbym odbył ją samotnie, co może być nieco mylące (bo czasami miałem towarzystwo – zawsze świetne – miniony rok był pod tym względem cudowny), lecz taka forma wydaje mi się najbardziej odpowiednia.
W linku poniżej pierwsza część podsumowania turystycznego ubiegłego roku
Jedziemy!
Wycieczka nr 7 (10-13 maja, piątek-poniedziałek – Bordeaux, Talence, Pessac, Soulac-sur-Mer, La Rochelle)
Nie licząc Camino i kilku historii z Aten, to właśnie wyjazd do Bordeaux i okolic będę z ubiegłego roku wspominał najdłużej. Francja naprawdę potrafi zaskoczyć, a mi z każdą wizytą coraz bardziej podoba się ten kraj.
Do tego kierunku zachęciły mnie ceny biletów lotniczych, zapłaciłem zaledwie 173 zł za podróż w obie strony. Oszczędzone pieniądze postanowiłem wydać na przejazdy pociągami i nocleg. Z tym drugim trafiłem idealnie, choć zaczęło się dosyć niecodziennie, gdyż nie nocowałem w typowym hotelu, tylko dosyć luksusowym domu, w którym właścicielka wynajmowała pokoje dla turystów. Po ponad ośmiu godzinach chodzenia po mieście z bagażem, zameldowałem się pod drzwiami, nacisnąłem dzwonek i czekałem na kogoś, kto mnie oprowadzi. Jakież było moje zdziwienie, gdy przez kilkanaście minut nic się nie działo. Zacząłem się nawet denerwować, czy będę miał gdzie spać, aż w końcu goszcząca mnie Pani przyjechała. Standard lokalu był rewelacyjny (wysokie oceny na booking.com zasłużone), w pokoju miałem polskie akcenty.
Szaleństwo dopiero się jednak zaczynało.
Po powitaniu mnie, zostałem w pokoju sam. Nie na długo. Najpierw usłyszałem głosy na korytarzu, namawiających się osób po francusku. Po dłuższej chwili zapukały do drzwi.
Okazało się, że poza mną weekend w tym domu zamierzają spędzić młode Francuzki w liczbie 10! Cel ich wizyty był prosty – zamierzały hucznie świętować zamążpójście jednej z nich. Zaplanowały głośny wieczór panieński, za co mnie z góry przeprosiły. Ale nie było takiej potrzeby, bo po zapadnięciu zmroku, na ich zaproszenie, dołączyłem do nich.
Oczywiście, NIE w roli striptizera :)
Rozmawiało mi się z nimi trudno, bo tylko dwie z nich cokolwiek mówiły po angielsku. Na szczęście, zawsze w takich sytuacjach pomaga alkohol. I tym razem spełnił swoją rolę :) O szczegółach nocy nie będę opowiadał. Pierwszy, i zapewne ostatni, wieczór panieński zaliczony :) Właśnie dla takich historii warto podróżować, lepszych argumentów nie potrafię znaleźć :)
Jedyną wadą noclegu, którą zamieniłem w zaletę, była lokalizacja. Obiekt był bowiem położony w innym mieście – w Talence. Ale dzięki temu zwiedziłem i tę urokliwą miejscowość, a także odwiedziłem pobliskie Pessac, gdzie zrobiłem sobie wycieczkę po okolicznych winnicach. Właśnie stąd pochodzą sławne wina Bordeaux, które pijemy wszyscy na polskich stołach.
Zanim jednak dotarłem do mojego „hotelu”, wcześniej już o godz. 4 rano byłem na lotnisku, a po godz. 9 wylądowałem w Bordeaux. Pierwszy kontakt z miastem miałem przez szybę w autobusie, który zawiózł mnie do centrum. Byłem dobrze przygotowany do czekającego mnie długiego spaceru, więc uzbrojony we własny plan szybko trafiałem do kolejnych punktów, które należy odwiedzić. Fantastyczne były kościoły, co mnie zaskoczyło. Rok wcześniej byłem w Marsylii i Lyonie, i z własnego doświadczenia wiem, że we Francji różnie bywa z odwiedzinami świątyń. Często bywają zamknięte. W Bordeaux wszystkie były otwarte! Najpiękniejsza, oczywiście Katedra, która zwłaszcza wewnątrz (nawet bardziej niż zewnątrz) prezentuje się znakomicie. Zachwyca dbałość o szczegół i harmonia ogółu. Bardzo pozytywne wrażenia zostawiła też monumentalna Bazylika św. Michała, przed którą rozlokował się targ. Odpowiednia mieszanka sacrum i profanum.
Z bardziej świeckich zabytków warto zaglądnąć do Grosse Cloche, ogromnej dzwonnicy, gdzie mieści się muzeum miasta, a także przejść się do Placu Quinconces, z pomnikiem Żyrondystów i imponującą fontanną. Obok ulokowano punkt informacji turystycznej, gdzie można wykupić wycieczkę szlakiem winnic.
Przez cały pobyt miałem świetną pogodę. Było ciepło, acz nie upalnie. Jedyny wyjątek dotyczył sobotniego poranku i wczesnego popołudnia. Ale nieszczęśliwie akurat wtedy zależało mi na wysokiej temperaturze.
W drugi dzień postanowiłem zrobić sobie wycieczkę nad Atlantyk. Bardzo lubię wypoczywać nad wodą, lecz do tej pory nie widziałem nigdy oceanu. Z Bordeaux jest za blisko do niego, by zaprzepaścić taką okazję.
Zdecydowałem się na wizytę w Soulac-sur-Mer i była to ze wszech miar dobra decyzja. W jedną i drugą stronę udałem się pociągiem, a bilety kupiłem przez internet. Zostałem pochwalony przez konduktora, bo okazało się to dużo tańsze, niż jakbym płacił w kasie.
Dworzec w tej nadmorskiej miejscowości był skromny, a w weekend zamknięto nawet poczekalnię.
Szybko udałem się na plażę, a droga wiodła przez główną ulicę, gdzie sprzedawano szwarc, mydło i powidło. Podobny asortyment był w pobliskich sklepach, gdzie musiałem schronić się przed deszczem, który z każdą minutą przybierał na sile oraz wiatrem, który wiał tak mocno, że bolała od tego głowa. Lepiej udać się do kościoła, który wyglądał niezwykle ascetycznie, ale taka uroda bardzo przypadła mi do gustu.
Opady utrudniały mi życie, ale nie mogły przeszkodzić w spełnieniu marzenia, czyli kąpieli w oceanie. Na rozległej plaży znalazłem się sam, obserwowany przez mieszkańców i turystów z oddalenia. Pewnie myśleli, co to za wariat wchodzi do zimnej wody.
W odpowiednim miejscu ściągnąłem buty, i zostawiłem rzeczy. O pływaniu, niestety, nie było mowy, ale trochę się popluskałem. Wiatr był tak silny, a fale tak duże, że raz o mało się nie przewróciłem. Udało się jednak uniknąć pełnego zanurzenia. Po niedługim czasie wróciłem na promenadę, gdzie otrzepałem się głównie z piasku, i mogłem oficjalnie poszukać miejsca, by zjeść śniadanie. Kawiarnie dopiero co otwierały swoje podwoje, akurat jedna z nich znajdowała się naprzeciwko mojej „szatni”. Cytrynowy naleśnik był przepyszny, herbata nieco gorsza, ale co dziwniejsze droższa. Najbardziej jednak zapamiętam hasło do WiFi. Było długie na 3 linijki kartki, zapisane drobną czcionką. Nawet nie chciało mi się tego wklepywać do komórki.
Po południu znacznie się rozpogodziło, słońce zaczęło mocno grzać, zrobił się piękny dzień (czemu nie wcześniej?). Wróciłem więc na plażę, tym razem by się poopalać. Nagle, znikąd pojawili się też ludzie. Na sam koniec spożyłem wyjątkowo smaczną rybę, wcześniej tłumacząc kelnerowi, że nie jestem żadnym Włochem, tylko Polakiem.
Atutem Bordeaux jest bliskość oceanu, ale wadą oddalenie od innych większych ośrodków. Musiałem się mocno nagłówkować, gdzie tu jechać w niedzielę, by zobaczyć coś interesującego. Wybór padł na La Rochelle. Kupiłem bilety kolejowe, poczytałem co nieco i dowiedziałem się, że można popłynąć w rejs do Fort Boyard, sławnej twierdzy. Jeszcze tam nie dotarłem, a już zaczęło mi się podobać.
Francuskie pociągi uważam za najlepsze w Europie. Jazda nimi to czysta przyjemność. W przeciwieństwie do ubiegłego roku, tym razem nie jechałem TGV, ale komfort jazdy jest wyjątkowy i może stanowić wzór dla naszego przewoźnika.
Po ponad dwóch godzinach jazdy zameldowałem się w La Rochelle. To bardzo ładne miasto, położone nad Zatoką Biskajską (czyli w zasadzie nad Oceanem Atlantyckim), z efektowną mariną, ale dużo atrakcji czeka również na lądzie. W związku z tym, że czasu nie miałem zbyt wiele, a priorytetowo potraktowałem rejs, spacer po mieście był bardzo intensywny. Przygotowana przeze mnie mapka przydała się doskonale. Najciekawsze były kościoły, chociaż Katedra nieco odstaje urodą od innych tego typu świątyń we Francji.
Wycieczka do Fort Boyard trochę mnie zawiodła. Prom podpłynął pod tę fortyfikację, ale niezbyt blisko, opłynął ją kilka razy i od razu zawrócił. Już bardziej fascynujące było wypłynięcie z portu. La Rochelle pięknie prezentowało się z oddali, a na pełnym morzu towarzyszyły nam liczne inne łodzie, gdyż cudowna pogoda niezwykle sprzyjała takiej formie rekreacji. Jeden i drugi widok był bardzo „malarski” i dla tych przeżyć estetycznych warto było się wykosztować na ten rejs.
Do Bordeaux wróciłem wieczorem, do Talence już wyjątkowo późno. Moje koleżanki z wieczoru panieńskiego dawno odjechały do domu. Mam nadzieję, że dotarły bez przygód. Ja sam o mało nie spóźniłem się w poniedziałek rano na samolot. Po raz pierwszy w życiu mi się zdarzyło, by na lotnisku trafić do złej kolejki przy pierwszej odprawie. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a podróż była tak udana, że nie przeszkadzało mi nawet, że do Krakowa leciałem z głośną wycieczką szkolną.
Szaleństwo dopiero się jednak zaczynało.
Po powitaniu mnie, zostałem w pokoju sam. Nie na długo. Najpierw usłyszałem głosy na korytarzu, namawiających się osób po francusku. Po dłuższej chwili zapukały do drzwi.
Okazało się, że poza mną weekend w tym domu zamierzają spędzić młode Francuzki w liczbie 10! Cel ich wizyty był prosty – zamierzały hucznie świętować zamążpójście jednej z nich. Zaplanowały głośny wieczór panieński, za co mnie z góry przeprosiły. Ale nie było takiej potrzeby, bo po zapadnięciu zmroku, na ich zaproszenie, dołączyłem do nich.
Oczywiście, NIE w roli striptizera :)
Rozmawiało mi się z nimi trudno, bo tylko dwie z nich cokolwiek mówiły po angielsku. Na szczęście, zawsze w takich sytuacjach pomaga alkohol. I tym razem spełnił swoją rolę :) O szczegółach nocy nie będę opowiadał. Pierwszy, i zapewne ostatni, wieczór panieński zaliczony :) Właśnie dla takich historii warto podróżować, lepszych argumentów nie potrafię znaleźć :)
Jedyną wadą noclegu, którą zamieniłem w zaletę, była lokalizacja. Obiekt był bowiem położony w innym mieście – w Talence. Ale dzięki temu zwiedziłem i tę urokliwą miejscowość, a także odwiedziłem pobliskie Pessac, gdzie zrobiłem sobie wycieczkę po okolicznych winnicach. Właśnie stąd pochodzą sławne wina Bordeaux, które pijemy wszyscy na polskich stołach.
Zanim jednak dotarłem do mojego „hotelu”, wcześniej już o godz. 4 rano byłem na lotnisku, a po godz. 9 wylądowałem w Bordeaux. Pierwszy kontakt z miastem miałem przez szybę w autobusie, który zawiózł mnie do centrum. Byłem dobrze przygotowany do czekającego mnie długiego spaceru, więc uzbrojony we własny plan szybko trafiałem do kolejnych punktów, które należy odwiedzić. Fantastyczne były kościoły, co mnie zaskoczyło. Rok wcześniej byłem w Marsylii i Lyonie, i z własnego doświadczenia wiem, że we Francji różnie bywa z odwiedzinami świątyń. Często bywają zamknięte. W Bordeaux wszystkie były otwarte! Najpiękniejsza, oczywiście Katedra, która zwłaszcza wewnątrz (nawet bardziej niż zewnątrz) prezentuje się znakomicie. Zachwyca dbałość o szczegół i harmonia ogółu. Bardzo pozytywne wrażenia zostawiła też monumentalna Bazylika św. Michała, przed którą rozlokował się targ. Odpowiednia mieszanka sacrum i profanum.
Z bardziej świeckich zabytków warto zaglądnąć do Grosse Cloche, ogromnej dzwonnicy, gdzie mieści się muzeum miasta, a także przejść się do Placu Quinconces, z pomnikiem Żyrondystów i imponującą fontanną. Obok ulokowano punkt informacji turystycznej, gdzie można wykupić wycieczkę szlakiem winnic.
Przez cały pobyt miałem świetną pogodę. Było ciepło, acz nie upalnie. Jedyny wyjątek dotyczył sobotniego poranku i wczesnego popołudnia. Ale nieszczęśliwie akurat wtedy zależało mi na wysokiej temperaturze.
W drugi dzień postanowiłem zrobić sobie wycieczkę nad Atlantyk. Bardzo lubię wypoczywać nad wodą, lecz do tej pory nie widziałem nigdy oceanu. Z Bordeaux jest za blisko do niego, by zaprzepaścić taką okazję.
Zdecydowałem się na wizytę w Soulac-sur-Mer i była to ze wszech miar dobra decyzja. W jedną i drugą stronę udałem się pociągiem, a bilety kupiłem przez internet. Zostałem pochwalony przez konduktora, bo okazało się to dużo tańsze, niż jakbym płacił w kasie.
Dworzec w tej nadmorskiej miejscowości był skromny, a w weekend zamknięto nawet poczekalnię.
Szybko udałem się na plażę, a droga wiodła przez główną ulicę, gdzie sprzedawano szwarc, mydło i powidło. Podobny asortyment był w pobliskich sklepach, gdzie musiałem schronić się przed deszczem, który z każdą minutą przybierał na sile oraz wiatrem, który wiał tak mocno, że bolała od tego głowa. Lepiej udać się do kościoła, który wyglądał niezwykle ascetycznie, ale taka uroda bardzo przypadła mi do gustu.
Opady utrudniały mi życie, ale nie mogły przeszkodzić w spełnieniu marzenia, czyli kąpieli w oceanie. Na rozległej plaży znalazłem się sam, obserwowany przez mieszkańców i turystów z oddalenia. Pewnie myśleli, co to za wariat wchodzi do zimnej wody.
W odpowiednim miejscu ściągnąłem buty, i zostawiłem rzeczy. O pływaniu, niestety, nie było mowy, ale trochę się popluskałem. Wiatr był tak silny, a fale tak duże, że raz o mało się nie przewróciłem. Udało się jednak uniknąć pełnego zanurzenia. Po niedługim czasie wróciłem na promenadę, gdzie otrzepałem się głównie z piasku, i mogłem oficjalnie poszukać miejsca, by zjeść śniadanie. Kawiarnie dopiero co otwierały swoje podwoje, akurat jedna z nich znajdowała się naprzeciwko mojej „szatni”. Cytrynowy naleśnik był przepyszny, herbata nieco gorsza, ale co dziwniejsze droższa. Najbardziej jednak zapamiętam hasło do WiFi. Było długie na 3 linijki kartki, zapisane drobną czcionką. Nawet nie chciało mi się tego wklepywać do komórki.
Po południu znacznie się rozpogodziło, słońce zaczęło mocno grzać, zrobił się piękny dzień (czemu nie wcześniej?). Wróciłem więc na plażę, tym razem by się poopalać. Nagle, znikąd pojawili się też ludzie. Na sam koniec spożyłem wyjątkowo smaczną rybę, wcześniej tłumacząc kelnerowi, że nie jestem żadnym Włochem, tylko Polakiem.
Atutem Bordeaux jest bliskość oceanu, ale wadą oddalenie od innych większych ośrodków. Musiałem się mocno nagłówkować, gdzie tu jechać w niedzielę, by zobaczyć coś interesującego. Wybór padł na La Rochelle. Kupiłem bilety kolejowe, poczytałem co nieco i dowiedziałem się, że można popłynąć w rejs do Fort Boyard, sławnej twierdzy. Jeszcze tam nie dotarłem, a już zaczęło mi się podobać.
Francuskie pociągi uważam za najlepsze w Europie. Jazda nimi to czysta przyjemność. W przeciwieństwie do ubiegłego roku, tym razem nie jechałem TGV, ale komfort jazdy jest wyjątkowy i może stanowić wzór dla naszego przewoźnika.
Po ponad dwóch godzinach jazdy zameldowałem się w La Rochelle. To bardzo ładne miasto, położone nad Zatoką Biskajską (czyli w zasadzie nad Oceanem Atlantyckim), z efektowną mariną, ale dużo atrakcji czeka również na lądzie. W związku z tym, że czasu nie miałem zbyt wiele, a priorytetowo potraktowałem rejs, spacer po mieście był bardzo intensywny. Przygotowana przeze mnie mapka przydała się doskonale. Najciekawsze były kościoły, chociaż Katedra nieco odstaje urodą od innych tego typu świątyń we Francji.
Wycieczka do Fort Boyard trochę mnie zawiodła. Prom podpłynął pod tę fortyfikację, ale niezbyt blisko, opłynął ją kilka razy i od razu zawrócił. Już bardziej fascynujące było wypłynięcie z portu. La Rochelle pięknie prezentowało się z oddali, a na pełnym morzu towarzyszyły nam liczne inne łodzie, gdyż cudowna pogoda niezwykle sprzyjała takiej formie rekreacji. Jeden i drugi widok był bardzo „malarski” i dla tych przeżyć estetycznych warto było się wykosztować na ten rejs.
Do Bordeaux wróciłem wieczorem, do Talence już wyjątkowo późno. Moje koleżanki z wieczoru panieńskiego dawno odjechały do domu. Mam nadzieję, że dotarły bez przygód. Ja sam o mało nie spóźniłem się w poniedziałek rano na samolot. Po raz pierwszy w życiu mi się zdarzyło, by na lotnisku trafić do złej kolejki przy pierwszej odprawie. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a podróż była tak udana, że nie przeszkadzało mi nawet, że do Krakowa leciałem z głośną wycieczką szkolną.
Wycieczka nr 8 (18 maja, sobota - Wrocław)
Bardzo przyjemny dzień we Wrocławiu. Tym razem nieco różnił się od dotychczasowych moich wizyt w tym pięknym mieście, gdyż oprócz tradycyjnego spaceru po Rynku i Ostrowie Tumskim, w końcu postanowiłem odwiedzić zoo. Po kupnie nietanich biletów, wrota otworzyły się przede mną na oścież.
Na wizytę w ogrodzie zoologicznym poświęciłem ponad 3 godziny, ale było to stanowczo za mało. Wrocławska placówka zapewnia tyle przeżyć, że obawiam się, iż pełny dzień byłby niewystarczający. Kilka punktów musiałem więc pominąć, a skupiłem się przede wszystkim na Afrykarium.
Imponujący obiekt, chyba najnowocześniejszy tego typu w Polsce, ukazujący pełne spektrum fauny na tym pięknym kontynencie. Nie pominięto gatunków rzadkich, zagrożonych nawet wyginięciem. Wszystko dokładnie opisane i ciekawie przedstawione. Można chodzić i podziwiać bez końca. Ale tak się nigdy nie da i tramwajem wróciłem na odnowiony dworzec autobusowy, który swą siedzibę znalazł w galerii handlowej.
Wycieczka nr 9 (9 czerwca, niedziela - Sandomierz)
W Sandomierzu zwiedziłem już w zasadzie wszystko, ale tak kocham to miasto, że wyszukuję sobie kolejnych powodów, by je odwiedzić. Z pomocą przychodzą cykliczne imprezy organizowane co roku. Jedną z moich ulubionych jest truskawkowa niedziela.
Wypada zawsze w drugą niedzielę czerwca. Wtedy to lokalni sadownicy sprzedają swoje zbiory na rynku, a w restauracjach i kawiarniach przygotowywane są specjalne karty dań powiększone lub zmodyfikowane o dodatki truskawkowe. Przygotowanych jest zawsze dużo atrakcji dla dzieci jak zjeżdżalnie, trampoliny i różne pokazy.
Pogoda dopisała, było bardzo ciepło i słonecznie, więc aura sprzyjała spacerom. Jak zwykle przyjechało wielu turystów, ale znam miasto na tyle dobrze, że wiem gdzie przed nimi uciec. Uliczkami Sandomierza mogę łazić długo, ale po niedzieli, nawet truskawkowej, zawsze nadchodzi poniedziałek. Przeważnie gorzki, bo pracujący. Głupie prawo lecz prawo.
Wycieczka nr 10 (23-24 czerwca, niedziela-poniedziałek - Bruksela)
W ramach podróżowania po stolicach Europy (wcześniej: Edynburg, Ateny, Berlin, Madryt), ostatnim odwiedzonym przeze mnie miastem z tego cyklu była Bruksela. Z powodów oszczędnościowych postanowiłem wybrać za nocleg lotnisko w Charleroi. Tym razem noc zniosłem gorzej i do Krakowa wróciłem już naprawdę przemęczony. Starość nie radość.
A to dziwne, bo w przeciwieństwie do Berlina pogodę miałem tym razem wyborną. Cały długi dzień było nadzwyczaj ciepło. Głównym celem była wizyta w dzielnicy Ixelles, gdzie urodziła się Audrey Hepburn. Zanim w ogóle dotarłem do centrum Brukseli, z okien autobusu dostrzegłem plakaty reklamujące wystawę zdjęć z kolekcji prywatnej syna aktorki. Nie zastanawiając się długo, postanowiłem całkowicie zmodyfikować swoje plany, i w galerii spędziłem mnóstwo czasu, zostawiając tam jeszcze więcej pieniędzy na przeróżne gadżety. W kasie od razu wyłapali miłośnika Holly Golightly, toteż sprzedali mi chyba wszystko ,co było możliwe. Z zakupów jednak jestem zadowolony, chociaż plakaty zniosły podróż powrotną tak samo źle jak ja – były zmięte :) Wystawa „Intimate Audrey” fantastyczna, teraz krąży po Europie, więc polecam śledzić jej losy (szczegóły można znaleźć na Facebooku).
Zanim dotarłem pod dom gwiazdy, najpierw przeszedłem przez ogromny targ pod dworcem. Sprzedawcami byli wyłącznie Muzułmanie, więc wyglądało to wszystko bardzo egzotycznie, ale i interesująco. Im dłużej podróżuję po Europie, tym bardziej widzę, że imigracja wzmacnia kulturę i urozmaica ją, a nie jest jej zagrożeniem. Przechodząc alejkami czułem się w Brukseli całkowicie bezpiecznie. Na jarmarku było sporo dzieci i kobiet, i panował kompletny rozgardiasz. Ale ten z gatunku radosnych.
Po dłuższym spacerze w końcu znalazłem się pod rodzinnym domem Hepburn. Informację, że dobrze trafiłem, podaje tabliczka. Ale poza tym nic! Żadnych pomników, czy innych wyrazów hołdu. Stałem i robiłem zdjęcia ponad dwadzieścia minut, przez ten czas nikt do mnie nie dołączył, więc kult Audrey uprawiałem w samotności.
Turystów w dzielnicy było sporo (całkiem urokliwe miejsce, leżące nieco na uboczu wielkiego miasta), lecz bardziej interesowała ich karta dań w restauracjach.
Wiele nasłuchałem się od koleżanki, która mieszkała przez pewien czas w Brukseli, co powinienem tutaj zjeść. Odwiedzając kolejne kulinarne przybytki, zacząłem od lokalnych gofrów, później przeszedłem na czekoladę, by zakończyć swój dzień, pałaszując tłuste frytki belgijskie z majonezem.
W przerwach od spożywania i podziwiania Audrey krążyłem po różnych kościołach. Jako że była niedziela, zdecydowana większość była otwarta. Wszystkie ładne, zadbane i zabytkowe, ale w jednym z nich (św. Jana Chrzciciela) przeżyłem spore zaskoczenie, bo w środku pełnił on rolę nie tylko sakralną, ale też i muzealną. Tematem wystawy byli uchodźcy, imigranci i niewolnictwo. Niezwykle interesująca ekspozycja, dająca dużo do myślenia.
Na sam koniec dnia odwiedziłem jeszcze rynek, może niewielki ale zachwycający pod względem architektonicznym (zwłaszcza ratusz) oraz rzuciłem okiem na sławny Manneken Pis, czyli monument sikającego chłopca. Dopchać się do niego jest trudno, bo miejsca niewiele, a turystów masa, ale po kilku minutach znalazłem wolną przestrzeń.
Do Krakowa wróciłem wyczerpany, ale zdecydowanie warto było odwiedzić Brukselę. Przyjąłem wystarczająco dużą dawkę Audrey Hepburn, by starczyło mi na cały rok, a nawet i dwa lata.
Wycieczka nr 11 (30 czerwca, niedziela – Dolina Będkowska, Ojcowski Park Narodowy)
Zostałem namówiony na wycieczkę rowerową w okolicach Krakowa. Wybór padł na Dolinę Będkowską, a w międzyczasie zapadła decyzja, by udać się do pobliskiego Ojcowskiego Parku Narodowego. W moich planach była jazda utartymi drogami, skończyło się na MTB i szlakach, którzy wybierają nieliczni.
Trasa górska była momentami tak trudna, że raczej prowadziłem rower, niż na nim jechałem, ale kilka szczytów w ten sposób zdobyłem. Najpiękniejszy widok na okolicę był chyba z Pytajnika, ale ten z Sokolicy również zapierał dech w piersiach.
Prawdziwe przygody zaczęły się w momencie zjechania z tej najwyżej położonej tu góry (ok. 100 m). Stromizna sprawiła, iż sensowne stało się zejście i prowadzenie roweru. Ścieżka była jednak na tyle wąska i pełna kamieni, że po niekrótkim czasie poślizgnąłem się i runąłem ku przepaści razem z „Gibasem” (jeden z moich pseudonimów i imię mojego bicykla). Na szczęście w porę wyhamowałem i uratowałem siebie wraz ze sprzętem. Po wydostaniu się z powrotem na trakt, kontynuowałem swoją wędrówkę ku nizinom. Trwała dłuuuuuuugo. A to był w zasadzie dopiero początek jazdy….
Gdzieś tak ok. 40 km dalej zasiadłem do pierwszej uczty – sławnego pstrąga ojcowskiego. Kolejną nagrodą za trud był przepyszny obiad zjedzony u mojej wspaniałej rodziny, u której zostałem ugoszczony po królewsku :)
Piękny i upalny dzień pełen wrażeń. Najważniejsze: przeżyłem!
Wycieczka nr 12 (14 lipca, niedziela – Tuchów)
Tuchów warto odwiedzić z dwóch powodów. Po pierwsze znajduje się tam kościół św. Jakuba, a ten patron po tym roku jest mi bliższy. Z tego, co mi wiadomo, miejscowy proboszcz chce się zaangażować mocniej w ruch Camino w Polsce i podobno ma być wytyczony szlak przez Tuchów. Jeżeli tak się stanie, będę tu jeszcze częściej składał wizyty. Do świątyni nie udało mi się wejść, bo co przechodziłem obok, to akurat odprawiana była msza święta, ale z pewnością jest ładny :)
Kolejną zachętą do przyjazdu do tego urokliwego miasteczka była Bazylika Nawiedzenia NMP – główna siedziba Redemptorystów2) w Polsce. Zakon ten ma nienajlepszą reputację w naszym kraju, ale akurat ja mam do niego słabość. Główna w tym zasługa promotora mojej pracy magisterskiej z filozofii, który należy do tego właśnie zgromadzenia. Bardzo mi pomógł w ukończeniu studiów i całe życie będę mu za to wdzięczny.
Cały kompleks klasztorny razem z seminarium robi wrażenie, tak jak i dróżka różańcowa powyżej. Zaskoczyło mnie za to wnętrze, które wydaje się dziwnie małe. Latem to nie przeszkadza, gdyż większość w trakcie eucharystii siedzi na polu, ale jak to wygląda zimą? W środku musi panować wtedy niemiłosierny tłok. Sama msza św. była nadzwyczaj ciekawa, gdyż uczestniczyło w niej sporo zagranicznych kleryków z różnych stron świata (m.in. z Afryki). Dodało to kolorytu temu niedzielnemu porankowi. Piękny widok zjednoczonego Kościoła w Tuchowie.
Wycieczka nr 13 (20 lipca, sobota – Kielce)
Do Kielc przyjechałem pierwszy raz w życiu i dojechałem szybciej, niż się spodziewałem, więc i czasu na zwiedzanie było więcej. Naddatek wykorzystałem na opalanie się na przeznaczonych do tego ławkach na rynku. Miły drobiazg, przydatny zwłaszcza w tak upalny dzień.
Po wizycie w stolicy województwa Świętokrzyskiego mam pozytywne odczucia. Okolice Katedry i Pałacu Biskupów Krakowskich są bardzo ładne i kryją w sobie wiele niespodzianek i urokliwych uliczek. Wielkie wrażenie robi długa ul. Sienkiewicza, która pełni funkcję deptaku. Z przyjemnością można chodzić w te i we wte, i podziwiać widoki (zwłaszcza gdy schodzimy). Czysty i spokojny jest także pobliski park. Ten obraz psują tylko zaniedbane budynki rozsiane blisko rynku. Nie przystoi to tak dużemu miastu.
Kielce mają spory potencjał, ale wygląda, jakby jeszcze nie w pełni zrealizowany. Początkiem zmian ma być nowy dworzec autobusowy. Oby, bo chciałbym tu wrócić, by odwiedzić miejscowy Ogród Botaniczny i Klasztor Pallotynów na Karczówce. Bliska odległość od Krakowa znowu okaże się zaletą.
W Sandomierzu zwiedziłem już w zasadzie wszystko, ale tak kocham to miasto, że wyszukuję sobie kolejnych powodów, by je odwiedzić. Z pomocą przychodzą cykliczne imprezy organizowane co roku. Jedną z moich ulubionych jest truskawkowa niedziela.
Wypada zawsze w drugą niedzielę czerwca. Wtedy to lokalni sadownicy sprzedają swoje zbiory na rynku, a w restauracjach i kawiarniach przygotowywane są specjalne karty dań powiększone lub zmodyfikowane o dodatki truskawkowe. Przygotowanych jest zawsze dużo atrakcji dla dzieci jak zjeżdżalnie, trampoliny i różne pokazy.
Pogoda dopisała, było bardzo ciepło i słonecznie, więc aura sprzyjała spacerom. Jak zwykle przyjechało wielu turystów, ale znam miasto na tyle dobrze, że wiem gdzie przed nimi uciec. Uliczkami Sandomierza mogę łazić długo, ale po niedzieli, nawet truskawkowej, zawsze nadchodzi poniedziałek. Przeważnie gorzki, bo pracujący. Głupie prawo lecz prawo.
Wycieczka nr 10 (23-24 czerwca, niedziela-poniedziałek - Bruksela)
W ramach podróżowania po stolicach Europy (wcześniej: Edynburg, Ateny, Berlin, Madryt), ostatnim odwiedzonym przeze mnie miastem z tego cyklu była Bruksela. Z powodów oszczędnościowych postanowiłem wybrać za nocleg lotnisko w Charleroi. Tym razem noc zniosłem gorzej i do Krakowa wróciłem już naprawdę przemęczony. Starość nie radość.
A to dziwne, bo w przeciwieństwie do Berlina pogodę miałem tym razem wyborną. Cały długi dzień było nadzwyczaj ciepło. Głównym celem była wizyta w dzielnicy Ixelles, gdzie urodziła się Audrey Hepburn. Zanim w ogóle dotarłem do centrum Brukseli, z okien autobusu dostrzegłem plakaty reklamujące wystawę zdjęć z kolekcji prywatnej syna aktorki. Nie zastanawiając się długo, postanowiłem całkowicie zmodyfikować swoje plany, i w galerii spędziłem mnóstwo czasu, zostawiając tam jeszcze więcej pieniędzy na przeróżne gadżety. W kasie od razu wyłapali miłośnika Holly Golightly, toteż sprzedali mi chyba wszystko ,co było możliwe. Z zakupów jednak jestem zadowolony, chociaż plakaty zniosły podróż powrotną tak samo źle jak ja – były zmięte :) Wystawa „Intimate Audrey” fantastyczna, teraz krąży po Europie, więc polecam śledzić jej losy (szczegóły można znaleźć na Facebooku).
Zanim dotarłem pod dom gwiazdy, najpierw przeszedłem przez ogromny targ pod dworcem. Sprzedawcami byli wyłącznie Muzułmanie, więc wyglądało to wszystko bardzo egzotycznie, ale i interesująco. Im dłużej podróżuję po Europie, tym bardziej widzę, że imigracja wzmacnia kulturę i urozmaica ją, a nie jest jej zagrożeniem. Przechodząc alejkami czułem się w Brukseli całkowicie bezpiecznie. Na jarmarku było sporo dzieci i kobiet, i panował kompletny rozgardiasz. Ale ten z gatunku radosnych.
Po dłuższym spacerze w końcu znalazłem się pod rodzinnym domem Hepburn. Informację, że dobrze trafiłem, podaje tabliczka. Ale poza tym nic! Żadnych pomników, czy innych wyrazów hołdu. Stałem i robiłem zdjęcia ponad dwadzieścia minut, przez ten czas nikt do mnie nie dołączył, więc kult Audrey uprawiałem w samotności.
Turystów w dzielnicy było sporo (całkiem urokliwe miejsce, leżące nieco na uboczu wielkiego miasta), lecz bardziej interesowała ich karta dań w restauracjach.
Wiele nasłuchałem się od koleżanki, która mieszkała przez pewien czas w Brukseli, co powinienem tutaj zjeść. Odwiedzając kolejne kulinarne przybytki, zacząłem od lokalnych gofrów, później przeszedłem na czekoladę, by zakończyć swój dzień, pałaszując tłuste frytki belgijskie z majonezem.
W przerwach od spożywania i podziwiania Audrey krążyłem po różnych kościołach. Jako że była niedziela, zdecydowana większość była otwarta. Wszystkie ładne, zadbane i zabytkowe, ale w jednym z nich (św. Jana Chrzciciela) przeżyłem spore zaskoczenie, bo w środku pełnił on rolę nie tylko sakralną, ale też i muzealną. Tematem wystawy byli uchodźcy, imigranci i niewolnictwo. Niezwykle interesująca ekspozycja, dająca dużo do myślenia.
Na sam koniec dnia odwiedziłem jeszcze rynek, może niewielki ale zachwycający pod względem architektonicznym (zwłaszcza ratusz) oraz rzuciłem okiem na sławny Manneken Pis, czyli monument sikającego chłopca. Dopchać się do niego jest trudno, bo miejsca niewiele, a turystów masa, ale po kilku minutach znalazłem wolną przestrzeń.
Do Krakowa wróciłem wyczerpany, ale zdecydowanie warto było odwiedzić Brukselę. Przyjąłem wystarczająco dużą dawkę Audrey Hepburn, by starczyło mi na cały rok, a nawet i dwa lata.
Wycieczka nr 11 (30 czerwca, niedziela – Dolina Będkowska, Ojcowski Park Narodowy)
Zostałem namówiony na wycieczkę rowerową w okolicach Krakowa. Wybór padł na Dolinę Będkowską, a w międzyczasie zapadła decyzja, by udać się do pobliskiego Ojcowskiego Parku Narodowego. W moich planach była jazda utartymi drogami, skończyło się na MTB i szlakach, którzy wybierają nieliczni.
Trasa górska była momentami tak trudna, że raczej prowadziłem rower, niż na nim jechałem, ale kilka szczytów w ten sposób zdobyłem. Najpiękniejszy widok na okolicę był chyba z Pytajnika, ale ten z Sokolicy również zapierał dech w piersiach.
Prawdziwe przygody zaczęły się w momencie zjechania z tej najwyżej położonej tu góry (ok. 100 m). Stromizna sprawiła, iż sensowne stało się zejście i prowadzenie roweru. Ścieżka była jednak na tyle wąska i pełna kamieni, że po niekrótkim czasie poślizgnąłem się i runąłem ku przepaści razem z „Gibasem” (jeden z moich pseudonimów i imię mojego bicykla). Na szczęście w porę wyhamowałem i uratowałem siebie wraz ze sprzętem. Po wydostaniu się z powrotem na trakt, kontynuowałem swoją wędrówkę ku nizinom. Trwała dłuuuuuuugo. A to był w zasadzie dopiero początek jazdy….
Gdzieś tak ok. 40 km dalej zasiadłem do pierwszej uczty – sławnego pstrąga ojcowskiego. Kolejną nagrodą za trud był przepyszny obiad zjedzony u mojej wspaniałej rodziny, u której zostałem ugoszczony po królewsku :)
Piękny i upalny dzień pełen wrażeń. Najważniejsze: przeżyłem!
Wycieczka nr 12 (14 lipca, niedziela – Tuchów)
Tuchów warto odwiedzić z dwóch powodów. Po pierwsze znajduje się tam kościół św. Jakuba, a ten patron po tym roku jest mi bliższy. Z tego, co mi wiadomo, miejscowy proboszcz chce się zaangażować mocniej w ruch Camino w Polsce i podobno ma być wytyczony szlak przez Tuchów. Jeżeli tak się stanie, będę tu jeszcze częściej składał wizyty. Do świątyni nie udało mi się wejść, bo co przechodziłem obok, to akurat odprawiana była msza święta, ale z pewnością jest ładny :)
Kolejną zachętą do przyjazdu do tego urokliwego miasteczka była Bazylika Nawiedzenia NMP – główna siedziba Redemptorystów2) w Polsce. Zakon ten ma nienajlepszą reputację w naszym kraju, ale akurat ja mam do niego słabość. Główna w tym zasługa promotora mojej pracy magisterskiej z filozofii, który należy do tego właśnie zgromadzenia. Bardzo mi pomógł w ukończeniu studiów i całe życie będę mu za to wdzięczny.
Cały kompleks klasztorny razem z seminarium robi wrażenie, tak jak i dróżka różańcowa powyżej. Zaskoczyło mnie za to wnętrze, które wydaje się dziwnie małe. Latem to nie przeszkadza, gdyż większość w trakcie eucharystii siedzi na polu, ale jak to wygląda zimą? W środku musi panować wtedy niemiłosierny tłok. Sama msza św. była nadzwyczaj ciekawa, gdyż uczestniczyło w niej sporo zagranicznych kleryków z różnych stron świata (m.in. z Afryki). Dodało to kolorytu temu niedzielnemu porankowi. Piękny widok zjednoczonego Kościoła w Tuchowie.
Wycieczka nr 13 (20 lipca, sobota – Kielce)
Do Kielc przyjechałem pierwszy raz w życiu i dojechałem szybciej, niż się spodziewałem, więc i czasu na zwiedzanie było więcej. Naddatek wykorzystałem na opalanie się na przeznaczonych do tego ławkach na rynku. Miły drobiazg, przydatny zwłaszcza w tak upalny dzień.
Po wizycie w stolicy województwa Świętokrzyskiego mam pozytywne odczucia. Okolice Katedry i Pałacu Biskupów Krakowskich są bardzo ładne i kryją w sobie wiele niespodzianek i urokliwych uliczek. Wielkie wrażenie robi długa ul. Sienkiewicza, która pełni funkcję deptaku. Z przyjemnością można chodzić w te i we wte, i podziwiać widoki (zwłaszcza gdy schodzimy). Czysty i spokojny jest także pobliski park. Ten obraz psują tylko zaniedbane budynki rozsiane blisko rynku. Nie przystoi to tak dużemu miastu.
Kielce mają spory potencjał, ale wygląda, jakby jeszcze nie w pełni zrealizowany. Początkiem zmian ma być nowy dworzec autobusowy. Oby, bo chciałbym tu wrócić, by odwiedzić miejscowy Ogród Botaniczny i Klasztor Pallotynów na Karczówce. Bliska odległość od Krakowa znowu okaże się zaletą.


























Komentarze
Prześlij komentarz