NBA: Konferencja Wschodnia — zapowiedź sezonu 2021/2022
Książki i podróże są częstym tematem tekstów na „zatrwożonym” blogu. Sport pojawiał się zdecydowanie rzadziej. Dotąd powstał zaledwie jeden wpis na ten temat, z dość śmiesznym, z dzisiejszej perspektywy, zakończeniem ( https://trwoga.blogspot.com/2018/06/nieloteryjne-rzuty-karne.html ).
A był taki okres w moim życiu, że o sporcie pisałem codziennie. Dosłownie codziennie.
11 lat pracowałem jako dziennikarz sportowy w „Dzienniku Polskim”, i zajmowałem się głównie piłką nożną, ale także jeszcze siatkówką i hokejem na lodzie. Wszystkie te dyscypliny bardzo lubię, ale moją największą miłością jest koszykówka, którą, co paradoksalne, sporadycznie miałem okazję opisywać. Redakcja przez dekadę wysłała mnie na jeden mecz. Niestety, była to delegacja na halę Wisły, a nie za ocean na finały NBA. Dostąpiłem jednak zaszczytu pisania i o tej lidze, co do dzisiaj wspominam miło, bo zdarzało się, iż artykuł trafiał na czołówkę strony (między innymi tu: https://dziennikpolski24.pl/krol-z-miami-odzyskal-szacunek-swego-ludu/ar/3254700 ).
Mój obecny zawód nie ma nic wspólnego ze sportem, i może właśnie dlatego zatęskniłem za naturalnym dla mnie odruchem stukania palcami po klawiaturze. Z każdym rokiem coraz mniej śledzę rozgrywki piłkarskie (oglądam w zasadzie już tylko Cracovię), ale akurat o NBA nie zapomniałem :)
Ten tekst inauguruje serię, w której będę dzielił się swoimi opiniami na tematy koszykarskie. Liczę na pewną cykliczność, ale to już wiele zależy od innych czynników, z których najważniejszym jest ilość wolnego czasu :)
Sezon 2021/2022 rusza w nocy z wtorku na środę, więc to idealny (i ostatni) moment na zapowiedź. Na początek Konferencja Wschodnia, pojutrze Konferencja Zachodnia ( http://trwoga.blogspot.com/2021/10/nba-konferencja-zachodnia-zapowiedz.html ).
Wschód w NBA ma reputację gorszą niż w Europie. Beznadziejnie słaby, nudny i przewidywalny. Coś się jednak zmienia. Tytułu bronią Milwaukee Bucks. Dodatkowo, wiele już silnych ekip z tej części Stanów Zjednoczonych jeszcze się wzmocniło w trakcie przerwy. Swoje aspiracje mistrzowskie zgłasza co najmniej 5 drużyn: właśnie Bucks, a poza tym Philadelphia 76ers, Atlanta Hawks, Miami Heat i Brooklyn Nets. Na pewno jeden z tych zespołów nie awansuje nawet do półfinału konferencji.
Gdybym miał typować, zawód czeka ekipę z Filadelfii, którą targają ogromne konflikty wewnętrzne. Żądania transferu przez gwiazdy nie są rzadkością w NBA, ale rozgrywający 76ers Ben Simmons ustalił w tej materii całkowicie nowe standardy. Zawodnik po fatalnych dla siebie play-offach (wyjątkowa na tym poziomie indolencja rzutowa), postanowił obrazić się na trenera, kolegów z drużyny, klub i miasto za niedostateczne wsparcie. Przez cały okres przygotowawczy siedział w domu, wszem i wobec ogłaszając niechęć do pozostania w drużynie, czym obniżał swoją wartość rynkową.
Działacze postanowili wytoczyć najcięższe działa, nie wypłacając zawodnikowi drugiej transzy kontraktu. Simmons, biedniejszy o kwotę kilku milionów dolarów, powoli traci zapał do buntu i podjął (na razie krótkie) rozmowy z trenerem 76ers oraz wrócił do treningów z drużyną.
Nie wzdychałbym jednak z ulgą. W ostatnich tygodniach padło wiele mocnych i gorzkich słów, tego zaufania nie da się już odbudować. Odejście Australijczyka jest kwestią czasu.
Philadelphia wciąż liczy, że sprzeda go drogo i gra na przeczekanie, aż możliwa będzie wymiana gwiazdy za gwiazdę. Celują w Damiana Lillarda z Portland Trail Blazers lub Bradleya Beala z Washington Wizards. Według mnie się przeliczą i potwierdzi się stara transferowa zasada, że lepiej kogoś sprzedać rok za wcześnie niż rok za późno. A przypomnijmy, że 76ers nie chcieli oddać Simmonsa za Jamesa Hardena…
Spokojne lato mieli mistrzowie, którzy z ważnych zawodników stracili tylko PJ Tuckera (przeszedł do Heat). Na kilku pozycjach lekko się wzmocnili (fajny dodatek Graysona Allena). Bucks mają tak silną kadrę i dobrze zbudowaną, bo na długoletnich kontraktach. że będą w gronie faworytów ligi przez najbliższe 3-4 sezony i mogą postarać się o stworzenie dynastii. Trzech mocnych liderów (Giannis Antetokoumpo, Khris Middleton i Jrue Holiday) zdobyło swoje pierwsze tytuły, więc presja na nich będzie mniejsza, co może pomóc zwłaszcza Grekowi, któremu zarzucano, że nie dorósł do roli lidera. Giannis zamknął usta wszystkim niedowiarkom, będzie chciał też powtórzyć to w tym sezonie, bo eksperci znowu widzą faworyta w innej drużynie: Brooklyn Nets.
Ekipa z Nowego Jorku ma niewątpliwie najsilniejszy skład. Zwłaszcza w ofensywie stworzono potwora, którego nie da się zatrzymać. Na szczęście dla reszty ligi, zastopować mogą się sami Nets, którzy, chcąc nie chcąc, stają się największymi ofiarami pandemii w NBA. Wszystko za sprawą wielkiej gwiazdy Kyrie Irvinga, który odmówił przyjęcia szczepionki przeciw COVID, i nie planuje zmienić zdania, nawet gdy spotkają go za to kary finansowe.
Zarówno miasto, stan Nowy Jork, jak i liga są bardzo restrykcyjne w tym względzie i już zapowiedziano Irvingowi, że nie będzie mógł grać w domowych meczach, dopóki się nie zaszczepi. Rozgrywającemu może przepaść ponad połowa spotkań, bo do potyczek w Barclays Center należałoby doliczyć gry na wyjeździe z New York Knicks (dwie) oraz pojedynek w San Francisco z Golden State Warriors, gdzie są podobne obostrzenia jak w Nowym Jorku.
Sytuacja jest iście abstrakcyjna: zawodnik zdrowy, a nie występuje. Nets są podobno otwarci na wymianę Irvinga, lecz mało klubów wyraża zainteresowanie zawodnikiem, który na parkiecie jest genialny, a poza nim stwarza wiele problemów (w trakcie ubiegłego sezonu poprosił o długą przerwę — z powodów osobistych. Wolne wykorzystał między innymi na uczestnictwo w imprezie urodzinowej siostry. Oczywiście, bez maseczki).
Z Irvingiem czy bez, kadra Nets i tak wygląda imponująco. Duet Kevin Durant i Harden jest w stanie każdej nocy zdobywać po 60 punktów. Do tego gwiazdozbioru dokooptowano jeszcze Patty’ego Millsa, który miałby zastąpić kapryśnego gwiazdora oraz LaMarcusa Aldridge’a i Paula Millsapa, czyli bardzo solidnych podkoszowych. Taka to już specyfika NBA, że im lepszy (na papierze) skład, tym łatwiej o pozyskiwanie uznanych weteranów. Ci dzisiaj, jak widać, wybierają Nets.
Jeżeli do play-offów ekipa z Brooklynu przystąpi zdrowa i zaszczepiona, będą głównym faworytem nie tylko do zwycięstwa w konferencji, ale też w całej lidze. Jednak zwłaszcza warunek unikania kontuzji może być trudny do zrealizowania. Durant, Harden, Blake Griffin, a także Irving nie słyną z żelaznego zdrowia. Każdy z nich ma długą historię urazów, więc spodziewam się, że w trakcie sezonu zasadniczego będą często oszczędzani, by być gotowi na play-offy.
Nieco w tle są Atlanta Hawks i Miami Heat. Ci pierwsi po raz kolejny wykonali odpowiednie ruchy. Przedłużyli wszystkie kontrakty (istotny zwłaszcza z Johnem Collinsem) oraz pozyskali między innymi Gorgui Dienga na pozycje podkoszowe, które były ich największą bolączką. W ubiegłym sezonie niespodziewanie dotarli do finału konferencji. Teraz są jeszcze mocniejsi, a pamiętajmy, że to dosyć młody zespół, który w naturalny sposób będzie się rozwijał. Jeżeli ktoś ma zaskoczyć w NBA, to znowu właśnie oni.
Inaczej sprawa ma się z Miami Heat, które kilka miesięcy temu zawiodło w play-offach, odpadając szybko i bez nawiązania walki z Bucks. To ewidentne niepowodzenie wymusiło ruchy kadrowe. Największym hitem transferowym jest pozyskanie Kyle’a Lowry’ego z Toronto Raptors, na którego chrapkę mieli chyba wszyscy mocarze NBA. Ten wybrał grubą pensję i ciepły stan na południu. Poza tym zespół wzmocnił świetny defensor PJ Tucker.
Lowry z Tuckerem dodadzą Heat tego niezbędnego mistrzowskiego doświadczenia i ogrania. Obaj wiedzą, jak się wygrywa te najważniejsze mecze, i że istotniejsze są umiejętności i spryt, aniżeli atletyzm i siła fizyczna.
Pasjonująco zapowiada się rywalizacja o 6., ostatnie gwarantujące miejsce w play-offach. Ciekawe transfery (Lonzo Ball, DeMar DeRozan, Alex Caruso) zrobiło Chicago Bulls, które chce znowu regularnie gościć w tej fazie rozgrywek. Swoje aspiracje, jak zawsze, ma Boston Celtics ze swoimi młodymi gwiazdami, Jaysonem Tatumem i Jaylenem Brownem. Liczyć się w tej walce powinni jeszcze New York Knicks, którzy po latach marazmu i beznadziei wrócili w ubiegłym sezonie do walki o najwyższe cele. Teraz, z Kembą Walkerem i Evanem Fournierem w składzie, chcą sięgnąć wyżej niż tylko I runda.
Z tylnych pozycji atakować będą Charlotte Hornets (jeden z najefektowniejszych młodych koszykarzy w lidze: LaMelo Ball), Indiana Pacers (nowy-stary trener Rick Carlisle) i Washington Wizards (znacznie szersza kadra). Przewiduję, że ci pierwsi obejdą się ze smakiem i nie zagrają nawet w play-in (turniej dla ekip z miejsc 7-10).
Nie pamiętam tak silnego Wschodu, gdzie aż 11 drużyn spełnia wszystkie przesłanki, by marzyć o grze w play-offach. Będą wielcy zwycięzcy, ale też wielcy przegrani. Sezon 2021/2022 może położyć kres kilku projektom (76ers? Wizards? Celtics? Pacers? Nets?). Tym większe będą emocje.
Większy spokój będzie panował w Cleveland Cavaliers, Detroit Pistons, Orlando Magic i Raptors. Wszystkie te zespoły są młode i ich celem jest na razie zbieranie doświadczenia. Nikt nie spodziewa się po nich cudów, choć i tak losy kilku zawodników warto śledzić (przede wszystkim Cade’a Cunninghama z Pistons, wybranego z numerem 1 w ostatnim drafcie).
W NBA, co jest pięknem tej ligi, wszystko jest jednak płynne, i kto dzisiaj rządzi w lidze, za kilka lat może być outsiderem, i na odwrót.
Moja prognoza tabeli Konferencji Wschodniej na koniec sezonu regularnego 2021/2022
1. Milwaukee Bucks
2. Brooklyn Nets
3. Atlanta Hawks
4. Philadelphia 76ers
5. Miami Heat
6. New York Knicks
7. Boston Celtics
8. Chicago Bulls
9. Washington Wizards
10. Indiana Pacers
11. Charlotte Hornets
12. Toronto Raptors
13. Detroit Pistons
14. Orlando Magic
15. Cleveland Cavaliers

Komentarze
Prześlij komentarz