Turystyczne podsumowanie roku 2021, cz. I

 

Rok 2021 niewiele różnił się od wcześniejszego. Nieustannie trwa starcie ludzkości z groźnym wirusem, lecz dzięki szczepionce i łagodniejszym mutacjom widać nadzieję na pokonanie zarazy. Powoli do względnej normalności powraca ruch turystyczny. A razem z nim ja 😀

 


Szczęśliwie, udaje mi się uniknąć koronawirusa, lecz nie obyło się bez innych zdrowotnych komplikacji. Często w ciągu minionych kilkunastu miesięcy doskwierał mi silny ból brzucha o nie do końca jasnym pochodzeniu (z pewnością swoje dokładał stres), który utrudniał mi spełnianie podróżniczych marzeń. Ostatecznie jednak, walcząc nierzadko z samym sobą, zrealizowałem wszystkie plany.

Wielkie zasługi w osiągnięciu tego celu położyły partnerujące mi w trakcie wycieczek osoby. Towarzystwo miałem wspaniałe (trudno sobie wyobrazić lepsze), a teraz, dodatkowo, jeszcze bardzo dzielne i empatyczne, gdyż musiało znosić moją słabszą formę. Mam wielkie szczęście do rodziny i przyjaciół. Dziękuję Wam pięknie! Liczę na kolejne wspólne podróże!

W 2021 roku odbyłem 15 wycieczek: jedną do Hiszpanii (Baleary, Katalonia), jedną do Francji (Oksytania, Nowa Akwitania) oraz trzynaście po Polsce (głównie południe). Opiszę je w dwóch częściach podsumowania turystycznego.

Tym razem z wypraw zachowało się nieco mniej dowodów fotograficznych. Wszystko z powodu mojego zaniechania, ponieważ wciąż i wciąż zapominałem o przegraniu zdjęć z komórki na komputer. Aż wreszcie telefon padł i to na zawsze, a razem z nim uwiecznione przeze mnie krajobrazy. Prawdziwa złośliwość rzeczy martwych! Życie bez tej zdobyczy techniki jest doprawdy frapujące i polecam każdemu taki reset, lecz fotografii żal. Dlatego też pierwsze wycieczki pozostawiły po sobie szczątkowe ślady mojej bytności. Uwierzcie jednak na słowo, że Mikluszowice, Hebdów, Siemianowice Śląskie, Łańcut, Markowa, Wadowice Górne i Wadowice Dolne są naprawdę przepiękne i warte odwiedzenia. Warszawa również 😉

W wyprawach zawsze towarzyszyła mi co najmniej jedna osoba, wzorem jednak swoich poprzednich podsumowań, każdy wyjazd opisuję tak, jakbym w trasę wyruszał sam. Taką formę przyjąłem kilka lat temu, jej się trzymam, lecz, powtórzę to raz jeszcze (bo wdzięczności nigdy za wiele), wszyscy moi kompani wycieczkowi byli w ubiegłym roku fantastyczni.

Mam nadzieję, że moje reminiscencje staną się dla Was inspiracją do eksplorowania świata na własną rękę. Podróżowanie to strata pieniędzy, ale zysk pięknych wspomnień, a te są warte dużo więcej. Buen Camino!

Zaczynamy! (Wszystkie nieliczne zdjęcia są mojego autorstwa).

 

Wycieczka nr 1 (9 stycznia, sobota – Mikluszowice, Puszcza Niepołomicka)

W drugą sobotę nowego roku los skierował mnie do Puszczy Niepołomickiej. Tutaj dokonałem wstrząsającego odkrycia. Jej wschodnie granice są oddalone od mojego domu w Okulicach o zaledwie 8 km spaceru (około półtorej godziny). Z jedną tylko przeszkodą po drodze – rzeką Rabą. Podobno można się w niej kąpać…

W Mikluszowicach w sąsiedztwie kościoła św. Jana Chrzciciela oraz góry świętego Jana znajduje się most, ale z powodów bezpieczeństwa był akurat zamknięty. Zamiast więc iść do siebie, udałem się w przeciwnym kierunku, do lasu.

Od tej strony Puszcza jest znacznie spokojniejsza, mniej tu turystów, dlatego przechadza się tędy w ciszy. Idealne warunki do kontemplacji pięknej przyrody. Polecam bardzo!

 

Wycieczka nr 2 (28 lutego, niedziela – Warszawa)

Nie należę do osób, które do Warszawy pojadą se ot tak, ale jak mam powód, to czemu nie… I powód się znalazł, i to nie byle jaki: wystawa Banksy’ego w Galerii Koneser. Brytyjski artysta jest moim ulubionym współcześnie żyjącym performerem, jego spojrzenie na rzeczywistość i poglądy społeczno-polityczne są mi bardzo bliskie (często wręcz tożsame). Dlatego pytanie nie dotyczyło „czy”, ale „kiedy”. Padło na ostatnią niedzielę lutego, by zdążyć przed możliwym kolejnym lockdownem.

Ekspozycja spełniła moje wysokie oczekiwania. Były wszystkie najważniejsze prace, które każą nam się zastanowić nad (bez)sensem kapitalizmu. Zaprezentowano też jego liczne projekty i sposób działania, pozwalający mu zachować anonimowość.

Wrażeń było sporo, refleksji również. Dzięki Banksy’emu społecznie zaangażowana sztuka ma się wciąż bardzo dobrze. Oby jak najdłużej!

 

Wycieczka nr 3 (11 kwietnia, niedziela – Puszcza Niepołomicka, Niepołomice)

Kolejna wycieczka do Puszczy Niepołomickiej, tym razem spacer rozpocząłem w Woli Batorskiej. Dopisywała jeszcze pogoda, bo było ciepło i tak rześko. Oraz tłoczno na szlakach, gdyż wielu ludzi wpadło na ten sam genialny pomysł. Co poniektórzy z nich, jak między innymi ja, mogli mieć szczęście zaobserwować dzikie zwierzęta. W pewnej odległości przede mną szybkim tempem przebiegły sarny. Cudowny to widok i już tylko dla niego warto było tu przyjechać.

Gdy wróciłem do Niepołomic, nagle zmieniła się aura. Zaczął padać dosyć rzęsisty deszcz, co znacznie przyspieszyło mój pobyt w tym urokliwym miasteczku, z którego mam sporo miłych wspomnień.

 

Wycieczka nr 4 (1 maja, sobota – Puszcza Niepołomicka, Hebdów)

Świąteczny dzień, wstyd się przyznać, rozpocząłem od pracy przy remoncie domu w Okulicach, ale po niedługim czasie zostałem z niej zwolniony, i mogłem udać się na zaplanowany wypoczynek w Puszczy Niepołomickiej do Mikluszowic. Tym razem spacer był nieco dłuższy niż w styczniu, odkryłem wiele atrakcji z jeziorkiem na czele. Piękne miejsce do wypoczynku!

Z powodu zbliżającego się zmroku, wizyta w lesie była intensywna, acz niedługa. Przed pójściem spać, odwiedziłem jeszcze XII-wieczny kościół w Hebdowie. Chociaż widziałem go tyle razy, lubię tu wracać. Tak, po prostu…

 

Wycieczka nr 5 (8 maja, sobota – Siemianowice Śląskie)

Proszę się nie przejmować krzywdzącymi opiniami. Śląsk jest bardzo ładny. W maju miałem wielką przyjemność odwiedzić dwa bardzo nieoczywiste miejsca – park miejski i bażantarnię w Siemianowicach Śląskich. Ta druga, oprócz lasu, dwóch stawów, placów zabaw i tężni solankowej zapewnia też pole golfowe. Rozrywek tu co niemiara, tak jak i ścieżek spacerowych. Idyllę psują tylko głośne odgłosy z pobliskiej strzelnicy.

Bardzo udany i pozytywny dzień!

 

Wycieczka nr 6 (11 czerwca, piątek – Rzeszów, Łańcut, Markowa)

Dosyć nieoczekiwana wycieczka związana z krajowym programem szczepień, do których ciągle wszystkich zachęcam (jestem już po trzeciej dawce)! Podkarpacie po raz kolejny udowodniło, że jest urokliwym i bardzo niedocenianym zakątkiem kraju. Chociaż w Rzeszowie, Łańcucie i Markowej już byłem, to z przyjemnością zawitałem tu ponownie.

W Rzeszowie skupiłem się na dzielnicy Słocina, która zaskoczyła mnie tempem, w jakim się rozbuduje. Wyjątkowo fajna okolica, więc trudno się dziwić, że wielu miejscowych chce tu zamieszkać, acz ten rozwój wydaje się niezbyt kontrolowany. W ciągu dnia powszedniego widać jego pierwszy skutek, czyli korki uliczne. Rano musi być jeszcze gorzej…

Niezabudowany pozostał, i całe szczęście, teren obok kościoła św. Rocha. Warto do niego wstąpić, nie tylko by odpocząć od zgiełku miasta, ale także by podziwiać odnowione wnętrze.

Łańcut to perełka, i z każdą wizytą podoba mi się coraz bardziej. Pałac szybko dostosował się do warunków pandemicznych, bo bilet można kupić w automacie, a trawę ścinają roboty koszące.

Park jest ogromnych rozmiarów, więc można spacerować po nim bez końca, z czego korzystałem, tak jak i z pięknej aury. Słońce prażyło naprawdę mocno, więc w kawiarni w storczykarni usadowiłem się na leżaku, z filiżanką herbaty obok. Czy mogło być lepiej?

Z Łańcuta blisko do Markowej, gdzie znajduje się jedno z najważniejszych muzeów w Polsce – Muzeum Polaków Ratujących Żydów. To moja kolejna wizyta tutaj, ubiegłoroczna była szczęśliwa, bo po zwiedzaniu zostałem zaczepiony przez członka rodziny jednego ze Sprawiedliwych. Opowiedział mi więcej, niż jest na wystawie. Bardzo interesująca rozmowa.

Z Podkarpacia jechałem do Krakowa ukontentowany i uśmiechnięty. Może także dlatego, że następnego dnia miałem tam powrócić, więc nie było mi tęskno.

 

Wycieczka nr 7 (12 czerwca, sobota – Wadowice Górne, Wadowice Dolne)

Jako się rzekło, już w sobotę zameldowałem się znowu na Podkarpaciu. Przez Mielec trafiłem najpierw do Wadowic Górnych, a następnie do Wadowic Dolnych, które stanowiły mój cel.

Poruszanie się było niezwykle utrudnione, bo właśnie wtedy zostałem już ostatecznie pozbawiony telefonu komórkowego. Podróżowanie bez niego ma swój smaczek, ale bywa niekiedy kłopotliwe, zwłaszcza kiedy twój autobus się spóźni, a Ty nie możesz nikogo o tym poinformować. Dzięki dobrym duszom ta niedogodność została jednak zniwelowana do zera 😊

Najpierw zwizytowałem kościoły: św. Anny w Wadowicach Górnych i św. Franciszka z Asyżu w Wadowicach Dolnych.

Dalszą część dnia spędziłem w Wadowicach Dolnych i było to iście beztroskie popołudnie. Wolne od zmartwień świata zewnętrznego, w odpowiednim miejscu. Przyjaźni ludzie, spacery, przyroda, świeże powietrze. Każdy taki wypad za miasto przynosi ukojenie.

 

Wycieczka nr 8 (24-25 lipca, sobota-niedziela – Rzeszów)

Perfekcyjny weekend z pysznym grillem w sobotni wieczór. Zaczęło się od spaceru po centrum Rzeszowa. Rynek aż tętnił życiem, i wcale nie tylko dlatego, że odbywał się na nim festiwal piwa 😉 Aż miło widzieć, gdy najważniejsze place są pełne ludzi. Niestety, nie wszystkie miasta mogą się tym pochwalić…

 


Sobotnie popołudnie i wieczór oraz niedzielny poranek i popołudnie spędziłem w Słocinie, którą uważam za niezwykle przyjemną do życia w Polsce. Atmosfera w trakcie pobytu była doskonała, sprzyjająca relaksowi w najlepszym wydaniu i otoczeniu.

Ten wyjazd po raz kolejny udowodnił jedną z hipotez postawionych przeze mnie jakiś czas temu, że na wschodzie naszego kraju mieszkają najfajniejsi Polacy. Bardzo życzliwi i gościnni, dodatkowo mądrzy, a przy tym kompletnie bez zadęcia. Nigdy się na nich nie zawiodłem. Dlatego tak lubię tam jeździć, i to się nigdy nie zmieni.

 

Wycieczka nr 9 (29 lipca-22 sierpnia, czwartek-niedziela – Arenal, Son Veri, Palma, Sant Elm, Dragonera, Valldemossa, Barcelona, Cala Blava)

W moim przypadku trzy rzeczy są pewne na świecie: podatki, śmierć i wakacje na Majorce. Pandemia zmieniła tylko jedno, zamiast spędzić tam cały wrzesień, na słoneczną wyspę wybieram się nieco wcześniej, bo już pod koniec lipca. 

 


Chociaż byłem nakłaniany w ubiegłym roku do częstszych wizyt na piaszczystej plaży w Arenalu, to przekonać dałem się tylko raz 😀 Regularnie odwiedzałem za to moją ulubioną, skalistą plażę w Son Veri.

Morze było wyjątkowo spokojne. I w sesji porannej, i popołudniowej fale niespecjalnie utrudniały pływanie, dlatego nie dość, że wyrabiałem swoją normę kraulową (300 machnięć na pobyt w wodzie), to i potem starczało czasu na wypłynięcie głębiej i opalanie się z dala od brzegu. Takie wakacje to istna sielanka, i nigdy mi się nie znudzą.

 


Ale zapewniałem sobie i inne atrakcje. Częściej w ubiegłym roku spacerowałem. Chociaż ciągle jakoś mi brakuje zapału, by udać się promenadą do Palmy, to tym razem zapuściłem się dalej, w kierunku Cala Blavy. Bardzo urokliwe miasteczko, pełne zatoczek, plaż (trochę mniej dzikich niż w Son Veri). Będę chciał się tam kiedyś wybrać na dłużej i z pełnym ekwipunkiem, by sprawdzić głębokość tutejszej wody.

 


Długą wędrówkę miałem też w Palmie. Wizytę w stolicy Majorki rozpocząłem, tradycyjnie już, od Katedry i mszy w języku majorkańskim. Niewiele rozumiem, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. Następnie udałem się na peryferia miasta, do zamku. Droga wiedzie mocno pod górę, gdzie końcowym etapem jest park. Nie znałem tej części Palmy, więc nie spieszyłem się zbytnio, by dokładnie pooglądać okolice. Spodobała mi się architektura, ale także mała liczba turystów.

 



Sama twierdza wielkiego wrażenia nie robi, choć ma jedną wyjątkowo oryginalną cechę. Jest dosłownie okrągła. Można kupić bilet i wejść do środka, lecz ja poprzestałem na okrążeniu jej i wdrapaniu się na punkt widokowy. Sama jego obecność na wzniesieniu umożliwiła zrobienie wielu efektownych zdjęć miasta i portu z dystansu.

 


Po powrocie do centrum, wstąpiłem do Łaźni Arabskich oraz Klasztoru św. Klary. W konwencie byłem pierwszy raz, i aż żałuję, że dopiero teraz odkryłem tę prawdziwą oazę spokoju i cienia (przydatne, gdy są wielkie upały). Chyba najlepsze miejsce, żeby się wyciszyć i odpocząć w Palmie.

 

 

Z największą niecierpliwością czekałem na tradycyjną całodniową wycieczkę po archipelagu. Tym razem plan zakładał całkowitą nowość – rejs statkiem na Dragonerę. Najpierw należało dojechać do mariny w Sant Elm. Korzystając z okazji, postanowiłem szybkim spacerem zwiedzić główny deptak miasteczka, pełen restauracji i kawiarenek, z których większość była jednak rano akurat zamknięta.

 


Wzywany wróciłem do portu, gdzie z daleka majaczył już cel wyprawy. Dragonera to kolejna wyspa Balearów, lecz niepodobna do pozostałych. Zamieszkują ją bowiem wyłącznie jaszczurki. Człowiek jest tu tylko gościem i musi się dostosować do ustalonych zasad. Jedną z nich jest niemożność przenocowania, więc czas należy spędzać aktywnie.

 


Podróż chyboczącą się łódką trwała około 20 minut. Po opuszczeniu stateczku, stanąłem przed mapą z zaznaczonymi szlakami. Z czterech propozycji, udało się przejść trzema odcinkami, zrezygnowałem tylko z wędrówki typowo górskiej (po prostu zabrakło czasu). Co nie znaczy, że było łatwo. Razem przeszedłem ponad 15 km, często w pełnym słońcu.

 


Widoki były cudowne, i zdjęcia nie oddają piękna przyrody, morza, skał, gór, klifów. Udało się zaliczyć oba krańce wysp z latarniami morskimi. One pozwalały chociaż na chwilę odpocząć w cieniu. Gdy wyciągałem prowiant, zaraz miałem gości w postaci jaszczurek, które łaziły mi po nogach, celem zdobycia pożywienia. Sympatyczne zwierzątka!

 


Na sam koniec nie mogłem sobie odmówić jednego. Jeszcze z wysokości statku zwróciłem uwagę na krystalicznie czystą wodę w morzu. Chociaż plaża była już nie tyle skalista, co kamienista, a ja zapomniałem o wzięciu klapek, to raniąc swoje stopy, przedostałem się do wody. Chłodniejszej niż w Son Veri, lecz przez to może odświeżającej. Pływało się błogo 😊 Chętnie bym się pluskał do zachodu słońca, ale pamiętałem o regułach pobytu. Ostatnim rejsem wróciłem na Majorkę.

 


Wycieczka do cudownej Dragonery pozostanie jednym z najbardziej niezapomnianych przeżyć ubiegłego roku. A przecież dzień był długi i jeszcze trwał. Zakończyłem go w Valldemossie, chyba najładniejszym mieście na wyspie. I najbardziej polskim, gdyż jedną zimę spędził tu Fryderyk Chopin, o czym zaświadczają muzeum mu poświęcone, popiersie w parku oraz liczne pamiątki z jego podobizną.

 


Tym razem udałem się na dłuższy spacer w głąb miasteczka, gdzie turyści raczej już nie zaglądają. Bardzo lubię śródziemnomorską architekturę, trafia ona do mojego serca. Jest i estetyczna, i zarazem praktyczna.

 


Ostatnią podróż w Hiszpanii odbyłem do Barcelony. Zaraz palców obu rąk mi braknie, aby policzyć moje wszystkie wizyty w stolicy Katalonii. No, ale co ja poradzę, że tak lubię tu bywać (prawie tak bardzo jak w Sandomierzu 😊 ). Plan miałem jasny, chciałem się udać na wzgórze Montjuic, które do tej pory traktowałem nieco po macoszemu. Odwiedziłem je już raz, ale podjechałem wtedy kolejką. Tym razem chciałem wspiąć się na tę górkę bez pomocy.

 


Montjuic nie robi dobrego pierwszego wrażenia, ale jak się po nim dłużej spaceruje, to po drugiej wizycie wydaje mi się już najsympatyczniejszym miejscem w całej Barcelonie. Można tu bez skrępowania odpocząć po wszystkich trudach. Sam uciąłem sobie lekką drzemkę na trawniku obok Stadionu Olimpijskiego. Jedyny zawód przyniosły mi zamknięte wrota do amfiteatru greckiego w parku. Trudno…

 


Barcelonę znam na tyle dobrze, że nawet chodząc bez mapy nie gubię się w niej. Są miejsca, które mnie zawsze przyciągną do siebie. To głównie dzielnica Eixample i modernistyczne kamienice. Dla mnie, architektonicznego laika, który jednak ma w sobie do tej nauki trochę pasji, Antoni Gaudi to geniusz, jeden z najwybitniejszych artystów w historii. Bo jego domy to dzieła sztuki. Barcelona jest pełna dowodów na jego arcymistrzostwo. 

 


Upojony tymi widokami, mogłem spokojnie wracać na Majorkę. Czyżby w tym roku była powtórka? Nie zaprzeczam 😀

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2024)

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (maj 2024)