Turystyczne podsumowanie roku 2018, cz. III
Zapraszam na trzecią część mojego podsumowania turystycznego za ubiegły rok. Tym razem bohaterem jest sierpień, czyli miesiąc dla mnie zawsze niezwykle intensywny, w którym oddaję się swojej pasji krajoznawstwa. Chociaż bliższy memu sercu jest wschód Polski, to tym razem wiatr pognał mnie na zachód i północ. Pod względem organizacyjnym już dawno żadne wyprawy nie były tak skomplikowane, ale takie trudności, to ja kocham. I uczę się na nich. Dlatego kolejna wycieczka do Rosji będzie już na pewno dużo prostsza
Przypominam uwagę metodologiczną:
chociaż w ubiegłym roku często wędrowałem w towarzystwie (zawsze
świetnym), to z reminiscencji może wynikać, jakbym wszystkie
wycieczki odbył samotnie. Celowo. W związku z tym, że moje
przeżycia są subiektywne, taka forma wydała mi się odpowiednia.
Nie zmienia to faktu, że wszystkich mi towarzyszących mam głęboko
w sercu i dziękuję pięknie za Waszą obecność, uśmiech,
życzliwość i inspirujące rozmowy
Liczę, że spotkamy się na turystycznym szlaku jeszcze wiele razy!
W linkach poniżej pierwsza i druga
część podsumowania turystycznego ubiegłego roku
Ruszamy!
Wycieczka nr 9 (4 sierpnia, sobota –
Pszczyna)
Nie był to mój pierwszy pobyt w
Pszczynie. Poprzednia wizyta upłynęła mi w trakcie czasów
szkolnych, więc minęło już wiele lat i niewiele z niej
zapamiętałem. W sierpniu była wreszcie okazja, by odświeżyć
sobie wspomnienia.
Niestety, dojazd z Krakowa do tej
miejscowości i powrót tego samego dnia nastręczają pewnych
trudności, gdyż na zwiedzanie pozostają zaledwie 3 godziny.
Nietypowa jest lokalizacja przystanku, bo tuż obok supermarketu, w
niezbyt urokliwej okolicy i w pewnym oddaleniu od centrum, toteż
droga pod zamek również trochę zajmuje. Na szczęście szybko
chodzę, a spacer był tym przyjemniejszy, że miałem piękną
pogodę.
Najpierw zameldowałem się na bardzo
urokliwym rynku, może nieprzesadnie wielkim, ale zadbanym, z
odpowiednią liczbą atrakcji oraz usług, w tym świetną
lodziarnią. Lody zjadłem na obiad, ale wcześniej chciałem zrobić
zdjęcie ławeczki z pomnikiem księżniczki Daisy von Pleiss, znanej
mi już od czasów mojej fascynacji Wałbrzychem. Niestety, ławeczka
(zapewne niezwykle wygodna) była bez przerwy okupowana (podchody
robiłem dwukrotnie), więc w końcu poddałem się i ruszyłem w
kierunku zamku, czyli właściwego celu podróży.
Zwiedzanie rozpocząłem od kupna
magnesu na lodówkę i pobrania darmowej mapki w ładnie urządzonym
punkcie informacyjnym, a następnie udałem się do muzeum. Pierwszy
pozytyw – nie kazali ubierać kapci
Drugi pozytyw – zamek w środku prezentuje się bardzo pięknie –
można rzec, wszystko w nim tak lśni i zachwyca, że słowo
„przepych” wydaje się eufemizmem. Obrazy, meble, czy żyrandole
cieszą oko tak samo jak przestronne korytarze, czy efektowny hol ze
schodami. Największe wrażenie robi sala koncertowa z wielkimi
lustrami i efektownym fortepianem.
Trzeci pozytyw to przylegający do
zamku park – chyba jeden z największych w okolicy, a może i
Polsce. Pełno w nim ustronnych alejek, które wiją się pomiędzy
stawami. Imponujący teren można zwiedzać, wyszukując rozsiane
atrakcje, acz niektóre z nich jak Lodownia były zamknięte na
cztery spusty i nie można do nich wejść. Żaden kłopot, bo z
niedostatku wolnych godzin, i tak nie planowałem odwiedzin.
Zadowoliłem się więc podglądnięciem środka przez okno.
Park jest idealnym miejscem do
rekreacji i wypoczynku. W trakcie mojego pobytu sporo osób opalało
się lub jeździło na rowerach. Tym środkiem lokomocji warto
podjechać do pokazowej zagrody żubrów. To drugi główny cel
turystów w Pszczynie (o drogę do nich spytali mnie nawet
przypadkowo spotkani Amerykanie). Niestety, w trakcie wymyślania
wycieczki popełniłem straszny błąd, bo nie uwzględniłem w nim
pór karmienia tych fantastycznych zwierząt, które pierwszy raz
widziałem w Puszczy Białowieskiej.
Żubry ze Pszczyny, kiedy nie dostają
jedzenia, chowają się w najodleglejszych miejscach swojego wybiegu
i ledwo je widać z punktu widokowego. Zamiast czekać, aż łaskawie
podejdą bliżej, postanowiłem zrobić sobie spacer po miejscowym
mini-zoo. Wiele zwierząt trzymanych było w klatce, ale pawie
chodziły wolne, z dumą paradując do zdjęć.
Długo nie mogłem tam zostać, bo
musiałem zdążyć na busa do Krakowa, więc szybkim krokiem
wróciłem pod supermarket. To było intensywne popołudnie, ale
przyniosło mi wiele satysfakcji.
Wycieczka nr 10 (9-14 sierpnia,
czwartek-wtorek – Kłodzko, Złoty Stok, Paczków, Otmuchów, Nysa,
Bystrzyca Kłodzka, Głuszyca Górna, Głuszyca, Wałbrzych, Bardo,
Srebrna Góra, Ząbkowice Śląskie, Wrocław)
Co roku, w sierpniu organizuję sobie
krajoznawczą wycieczkę po Polsce. Cel jest jeden i niezmienny od
lat: obskoczyć jak najwięcej miejscowości w ciągu niespełna
tygodnia (z doświadczenia wiem, że 6 dni to najlepsza długość
wyjazdu). Kiedy zaczynałem podróżować, moją ambicja było także
nocować codziennie w innym miejscu, ale nieco stetryczałem, więc
teraz zdecydowałem się na jedną bazę wypadową (w tym przypadku
Kłodzko). Niemniej, od strony logistycznej, planowanie sierpniowego
urlopu to dla mnie zawsze największe wyzwanie turystyczne i w 2018
roku musiałem się sporo nagłówkować, żeby zrealizować
wszystkie zamierzenia. Praca nie poszła na marne, bo wyprawa bardzo
się udała, poza jednym incydentem, do którego wrócę.
Wybór Kłodzka i okolic nie był
przypadkowy, od dawna pragnąłem odwiedzić ten region, który wbrew
pozorom, ma naprawdę wiele do zaoferowania podróżnikom. Moją
pierwszą inspiracją były znajdujące się tu piękne trasy
rowerowe… i kolejowe z wysokimi wiaduktami i malowniczymi
krajobrazami. Później „rozglądając się” w internecie,
dostrzegłem, że atrakcji w całym regionie jest multum i sporo tu
mniejszych i większych miasteczek nastawionych na turystów.
Bardzo dobrze ma się współpraca
pomiędzy wszystkimi lokalnymi atrakcjami, gdyż kupno każdego
kolejnego biletu uprawnia do zniżki w innym muzeum, zamku, kopalni
czy podziemnym mieście etc. Świetny pomysł, jedyne moje
zastrzeżenie jest takie, iż promocje mogłyby być większe. Bo
jeśli tylko w samym Złotym Stoku na karty wstępu do
Średniowiecznego Parku Techniki, Kopalni Złota i Sztolni Ochrowa
wydałem niespełna 50 zł, a promocja wyniosła… 1 zł, to
bardziej mi się z tego chciało śmiać, niż dziękować za tańsze
wejście. Później już się pogodziłem z tym niebywałym rabatem
i, oczywiście, przy każdej kasie nader ochoczo z niego korzystałem.
Dojechać do Kłodzka jest prosto – z
Wrocławia regularnie kursują autobusy i pociągi, chociaż te
pierwsze mają przystanek ulokowany w nietypowym miejscu, trudnym do
zlokalizowania nawet w Google Earth. Był to kłopot, bo nie mogłem
w domu sobie zapisać, jak z niego trafić do hotelu, gdzie
zarezerwowałem nocleg Na szczęście
szybko ogarnąłem się w swoim położeniu i trafiłem bez proszenia
żadnego miejscowego o pomoc.
Problemem za to było planowanie trasy
już na miejscu. Niestety, jak to w wielu częściach Polski bywa, od
pewnej godziny busy i pociągi już po prostu nie kursują, więc
łatwo jest gdzieś rano dojechać, niemożliwym za to wrócić.
Musiałem to wziąć pod uwagę, dlatego chociaż Złoty Stok,
Paczków, Otmuchów i Nysa znajdują się w linii prostej przy jednej
drodze, praktycznie zaraz po sobie, to wycieczkę pomiędzy nimi
podzieliłem na dwa dni. Dodatkowych trudności nastręczał remont
torów, co sprawiło mi ból szczególny. Nie dlatego, że wydłużał
podróż, bo to zrozumiałe, ale przejazd pociągiem na linii
Kłodzko-Wałbrzych – uważanej za najpiękniejszą trasę w Polsce
– był jednym z moich największych marzeń podróżniczych w tym
roku, a w Jedlinie-Zdrój musiał zostać przerwany, i do Wałbrzycha
dojechałem już podstawionym autobusem. Na szczęście, udało się
zaliczyć przejazdy przez wiele bardzo wysokich wiaduktów (czułem
się prawie jak w Szwajcarii), a najwspanialsze widoki są w Nowej
Rudzie, gdzie z góry patrzy się na miasto. Zdjęć nie robiłem,
opisać pięknie tego nie potrafię. Po prostu każdy z was musi to
sam przeżyć. Już dla tego przejazdu warto udać się w te strony.
Wycieczkę zacząłem od spaceru po
upalnym Kłodzku (było ok. 35 stopni, spociłem się cały, zanim
dojechałem). Jedno popołudnie wystarczyło, by zaliczyć wszystkie
atrakcje, zwiedzanie kościołów zostawiłem sobie na sobotnią mszę
św. (to ciekawe, że rodzinny zwyczaj krzewiony w moim dzieciństwie,
przetrwał w dorosłym życiu właśnie w trakcie wakacyjnych
wyjazdów) i niedzielne ostatki.
Dużo o życiu w mieście kilkaset lat
wstecz można się dowiedzieć w trakcie przejścia trasą podziemną,
bardzo nietypową, bo chodzi się po niej bez przewodnika, ale zgubić
się nie sposób.
Z przewodnikiem zwiedza się za to
Twierdzę Kłodzko, podzieloną na część górną (czyli tę na
świeżym powietrzu) i labirynt. Całkowicie wystrzałową przygodą
jest zwiedzanie tego drugiego, który w sumie mieści się w
podziemiach. Chociaż na polu był upał, to w środku temperatura
spadła poniżej 10 stopni, ale byłem przygotowany. Na inne
niespodzianki już nie. W trakcie spaceru po Labiryncie istnieje
możliwość dla odważnych przejścia ciemnym korytarzem, który ma
18 metrów, a jego wymiary to 85x90 cm (nie metrów; centymetrów!).
Idzie się więc w kuckach. Oczywiście, byłem wśród śmiałków i
przez chwilę tego żałowałem. Osoba przede mną w pewnym momencie
zatrzymała się, tworząc zator. Gwarantuję, że w takich warunkach
błyskawicznie zaczyna brakować powietrza i moja ukryta dotąd
klaustrofobia od razu o sobie przypomniała. Zastój trwał może
sekundę lub dwie, ale wystarczyło, żeby powoli ogarniała mnie
panika. Na szczęście maruder wreszcie ruszył a ja za nim. Byłem
bardzo dumny, jak w końcu doczłapałem do końca, dostając oklaski
od tych, którzy nie mieli tyle odwagi, by przejść ten odcinek.
Akurat w trakcie mojego pobytu odbywało
się święto Twierdzy Kłodzko, o czym dowiedziałem się niedługo
przed przyjazdem. Miało to swoje dobre i złe strony. Złe, bo
miałem już zaplanowane wszystkie wyjazdy, więc przegapiłem
inscenizację bitwy. Dobre, bo załapałem się na wszelkie możliwe
wieczorne atrakcje związane z tą imprezą. Toteż w czwartek
uczestniczyłem w nocnym zwiedzaniu miasta, a w piątek w nocnym
zwiedzaniu Twierdzy.
Obydwie imprezy były fantastycznie
zorganizowane i utwierdziły mnie w przekonaniu, że wybór Kłodzka
był ze wszech miar słuszny. Szkoda, że w pierwszej z nich znaczną
przewagę stanowili miejscowi (poznałem po tym, że na miejscu
zbiórki wszyscy się ze sobą witali), bo i turyści byliby
zachwyceni. Spacer był połączeniem przechadzki i wykładu o
Kłodzku z okresu międzywojnia, ale zaprezentowanym w niezwykle
atrakcyjny sposób, bo za pomocą krótkich form teatralnych.
Wolontariusze, przebrani w stroje z epoki, odgrywali przedstawienia
opisujące mieszkańców konkretnych kamienic. Te nie zostały
wybrane przypadkiem, bo miały mieć związek ze zwierzętami, które
najczęściej zdobią fasady budynku (taka lokalna tradycja). Na sam
koniec spektaklu aktorzy ubierali maski ze zwierzęcym patronem, a z
głośników dobiegał charakterystyczny odgłos typowy dla
konkretnej zwierzyny (trochę za długi, prawie minutę każdy; ileż
można słuchać np. ryku jelenia?).
Przez całe miasto przespacerowało
około 1000 osób, co zwłaszcza na Moście Gotyckim robiło ogromne
wrażenie. Żartowałem później, że wszyscy zebrani przyszli mnie
przywitać, ale przyciągnęła ich, oczywiście, miłość do
swojego miasta i jego bogatej historii. Wspaniałe widowisko, więc
uznałem, że mój pobyt nie mógł rozpocząć się lepiej.
Nocne zwiedzanie Twierdzy Kłodzko też
było wyjątkowo interesującym doświadczeniem i wyborną rozrywką.
Po pierwsze było zupełnie inne niż wizyta za dnia, bo odbywało
się w ramach inscenizacji, gdzie pracownicy przebrani za żołnierzy
z wojen napoleońskich z pochodniami w ręku odgrywali zabawne sceny
(świetnie wczuwali się w rolę), włączając do nich turystów
(wybranych dwoje też dołączyło do obsady). Punktem kulminacyjnym
był bardzo głośny wystrzał z armaty, słyszalny na pewno w całym
powiecie, a było już wtedy grubo po godz. 22. Niezapomniane
wrażenia!
Kłodzko jest piękne, ale cały region
ma tyle do zaoferowania, że nie wiedziałem, od czego zacząć. Na
pierwszy rzut wybrałem Złoty Stok i Paczków, na który nastawiałem
się najbardziej. Niestety, najbardziej mnie też zawiódł.
Złoty Stok jest przykładem, jak
współpraca pomiędzy konkurencyjnymi obiektami może zaowocować
wielkim sukcesem. Kupując jeden bilet, mamy możliwość wstępu do
Średniowiecznego Parku Techniki, Sztolni Ochrowa i Kopalni Złota.
Zapewne, mało kto z moich czytelników słyszał o tej miejscowości,
ale dzień w dzień przez jedną jej ulicę przewalają się tysiące
turystów, a w sezonie chyba dziesiątki tysięcy (chciałbym napisać
setki tysięcy, ale to już byłaby przesada). Przyjeżdżają też z
zagranicy, bowiem Czechy leżą rzut kamieniem od Złotego Stoku.
Przede wszystkim to miejsce interesujące dla dzieci, które w
Średniowiecznym Parku Techniki mają możliwość własnoręcznie
sprawdzić działanie urządzeń z tego okresu historycznego, a zaraz
obok w kopalni znaleźć złoto w trakcie płukania. Atrakcji jest co
niemiara i można spędzić cały dzień, świetnie się bawiąc. Ja
spieszyłem się dalej, dlatego odpuściłem już sobie spływ łódką,
ale za to zobaczyłem jedyny podziemny wodospad w Polsce.
Kolejnym przystankiem był Paczków,
miasto-twierdza, jedno z nielicznych, w których zachował się cały
średniowieczny układ ulic otoczony ze wszystkich stron
fortyfikacjami obronnymi. Z tych powodów jest nazywany polskim
Carcassone.
Ja zauważyłem z kolei pewne
podobieństwo z Krakowem, gdyż zaraz za murem są planty, którymi
można okrążyć zabytkową część miasta. Na tym jednak analogie
się kończą. Miałem wielkie oczekiwania przed przyjazdem do
Paczkowa, i może z tego powodu czułem się nieco rozczarowany po
wizycie w nim. Rynek był całkowicie rozkopany, ratusz z punktem
widokowym zamknięty, ulice mocno zaniedbane, nie było żadnej
restauracji, w której można byłoby zjeść obiad (skończyłem
więc w pizzerii – ten rodzaj jadła obok kebabu jest dostępny w
największej nawet dziurze w Polsce). Dodatkowo, nawet kościoły
prezentowały się wewnątrz bladziej niż te z okolicznych
miejscowości.
W frapująco urządzonym punkcie
informacyjnym nie było magnesów (kupiłem w kiosku), ale za to
wręczono mi fajną mapkę z różnymi wersjami spacerów po mieście.
Miła ciekawostka, ale po godzinie zobaczyłem wszystko i
zastanawiałem się, co zrobić z dodatkowym czasem.
W trakcie zwiedzania, największą
atrakcją wydaje się taras widokowy na murach obronnych. Odcinek był
niedługi, ale rozciągał się z niego najlepszy widok na centrum i
przede wszystkim Kościół św. Jana Ewangelisty. Z powodu mocnego
słońca trudno było mi z tej perspektywy zrobić udane zdjęcie.
Dzisiaj powtórka byłaby niemożliwa, bo 3 tygodnie po mojej wizycie
taras runął z powodu spróchniałych belek (
https://nto.pl/tragedia-w-paczkowie-taras-widokowy-sie-zawalil-bo-belki-byly-sprochniale/ar/13476437
). Jedna osoba, niestety, zmarła. Miałem więc tonę szczęścia,
że do katastrofy nie doszło w trakcie moich odwiedzin.
Kolejnego dnia udałem się w tę samą
stronę, tylko że dalej. Dlatego wybrałem pociąg jako środek
transportu do Otmuchowa. Po drodze mijałem ogromne jezioro, o którym
pierwszy raz słyszałem, a jak się okazuje, jest niezwykle
popularne w regionie. Podróże kształcą.
Sam Otmuchów bardzo mnie zaskoczył i
to pozytywnie. Spodziewałem się jakiegoś zapyziałego miasteczka,
które potraktowałem jako przystanek do właściwego celu. Szybko
jednak przekonałem się, że dobrze zrobiłem, decydując się na
spędzenie tutaj paru godzin. Dworzec kolejowy jest nieco oddalony od
centrum, ale byłem tradycyjnie doskonale przyszykowany do wyprawy i
szybko dotarłem do rynku. Prawdziwe atrakcje czekały na mnie ukryte
za ratuszem. Kościół św. Mikołaja i św. Franciszka Ksawerego to
jedna z najlepiej prezentujących się świątyń, jakie miałem
okazję ujrzeć w minionym roku, a dzięki rozległemu placowi przed
nią można ją oglądać w pełnej krasie i z odpowiedniej
odległości.
Dobrze prezentuje się też pobliski
zamek, który pełni dziś rolę hotelu. Postronnym gościom
umożliwia też wejście na punkt widokowy, skąd rozciąga się
doskonały widok na kościół, ale także całą okolicę wraz z
jeziorem.
W zamku można też kupić magnes, co oczywiście uczyniłem, a następnie skierowałem swoje kroki do pobliskiego dworca autobusowego. Wygląda on niestety marnie, a dodatkowo rozkłady jazdy są nieczytelne i raczej mylące. Byłem nieco zaniepokojony, bo na przystanku poza mną nikogo nie było, dodatkowo spóźniał się też autobus. W końcu po 30 minutach od planowego przyjazdu zameldował się na miejscu i ze mną w środku udał się do Nysy, największej chyba perły regionu. A wszystko wskazuje, że będzie jeszcze piękniejsza, bo w trakcie mojego pobytu sporą część centrum remontowano. Nieco utrudniało to spacer, ale byłem przygotowany na wszystko.
W zamku można też kupić magnes, co oczywiście uczyniłem, a następnie skierowałem swoje kroki do pobliskiego dworca autobusowego. Wygląda on niestety marnie, a dodatkowo rozkłady jazdy są nieczytelne i raczej mylące. Byłem nieco zaniepokojony, bo na przystanku poza mną nikogo nie było, dodatkowo spóźniał się też autobus. W końcu po 30 minutach od planowego przyjazdu zameldował się na miejscu i ze mną w środku udał się do Nysy, największej chyba perły regionu. A wszystko wskazuje, że będzie jeszcze piękniejsza, bo w trakcie mojego pobytu sporą część centrum remontowano. Nieco utrudniało to spacer, ale byłem przygotowany na wszystko.
Swoje pierwsze kroki skierowałem do
Bastionu św. Jadwigi. Obiekty militarne często służą jako muzea,
w Nysie postanowili zrobić z nich inny pożytek, z którego
skorzystałem podwójnie. Najpierw bowiem udałem się do położonej
tutaj informacji turystycznej, gdzie pobrałem mapkę i zakupiłem
stosowny magnes. Musiałem także wyspowiadać się, skąd
przyjechałem. To dosyć częsta procedura, zapewne służąca do
statystyk. Im dalej od Krakowa słyszę to pytanie, tym większą
satysfakcję mam przy odpowiedzi. Niech miejscowi wiedzą, ile
kilometrów pokonałem, by się tutaj znaleźć!
Po drugie, swoje miejsce znalazły w
Bastionie restauracje i kawiarnie, więc w drodze powrotnej to
właśnie tutaj zjadłem obiad, przy okazji prowadząc fascynującą
korespondencję z administracją Instagrama, z którego na kilka dni
zostałem wyrzucony właśnie w Nysie. Podobno przez to, że nie
zamieszczałem selfie, więc nie wiedzieli, że #zatrwozonyturysta to
ja. Łobuzy! Procedura odzyskiwania konta jest beznadziejnie głupia
i wydłużona w czasie, więc pominę ją milczeniem.
Nysa zrobiła na mnie świetne
wrażenie. Po urokliwych ulicach chodzą uśmiechnięci ludzie, a w
samym mieście jest sporo pięknych zabytków do zobaczenia. Jeżeli
dodamy do tego piękna pogodę, aż miało się ochotę na długie
spacerowanie i żal było tak szybko wracać do Kłodzka.
Głównym celem był oczywiście rynek,
nad którym dominuje Bazylika Mniejsza pw. Św. Jakuba i św.
Agnieszki. Mniejsza to ona tylko z nazwy, bo świątynia jest
słusznych rozmiarów i razem z pobliską dzwonnicą była trudna do
ogarnięcia nawet aparatem. Z perspektywy chodnika ciężko ją
uchwycić, dlatego warto wybrać się do budynku Sądu Rejonowego,
gdzie za niewielką opłatę można wyjechać na dach. Z jego
wysokości roztaczał się najpiękniejszy widok na okolicę.
Oglądając Bazylikę z każdej
perspektywy, oniemiałem z zachwytu nad jej pięknem, ale wcale nie
gorzej prezentuje się ona wewnątrz. Widać, że kościół jest
chlubą miasta, dlatego w środku jest niezwykle zadbany i prezentuje
się lepiej niż niejedna katedra. Takie miejsca warto pielęgnować,
więc wrzuciłem stosowną darowiznę, co nie czynię często
zważywszy na moje typowe dla krakusów skąpstwo
Niedziela jako świąteczny czas, była
dla mnie terminem spełnienia marzeń i turystycznych odkryć.
Zacząłem od tego drugiego. Gdzieś przeczytałem, że warta
odwiedzin jest Bystrzyca Kłodzka, która leży tuż pod Kłodzkiem.
Można tam było dojechać pociągiem, więc tym chętniej
rozpocząłem planowanie wizyty. Miejscowość miała tylko jedną
wadę, nie leży na żadnym podróżniczym szlaku, nic specjalnie
interesującego nie ma obok, więc musiałem ją wcisnąć w jakiś
luźniejszy dzień. Niedziela wydawała się idealna.
Jako zwolennikowi podróżowania
koleją, spotkało mnie na początku drobne rozczarowanie, bo ledwo
wsiadłem do wagonu (na marginesie, Koleje Dolnośląskie mają
świetny standard; polecam wszystkim), to zaraz trzeba było
przesiadać się do autobusu – z powodu remontu torów. Było to
istotne, bo miałem kolejny dzień upałów i komfort jazdy w
autokarze był nieco mniejszy. W końcu zostałem wysadzony pod
Basztą Rycerską. Bystrzyca Kłodzka na początku sprawia wrażenie
miejsca nieco zaniedbanego, na końcu świata (to drugie jest
najprawdziwszą prawdą), ale dosyć szybko można spostrzec, że
prezentuje ogromny potencjał turystyczny. Bardzo mi przypominała
Sandomierz swoim wzgórzystym i zwartym centrum, w którym zachowane
zostały pamiątki po średniowieczu. Życzę temu miastu jakiegoś
Ojca Mateusza, by rozsławił ten ukryty dolnośląski klejnot.
Spacer po Bystrzycy Kłodzkiej jest
dużą przyjemnością, bo pełno tu wijących się w górę i dół
wąskich uliczek oraz zakamarków, z których można podziwiać
niebanalną miejscową architekturę. Chociaż rzadko to robię,
postanowiłem zrezygnować z planu, co skończyło się moim
zgubieniem się. Na szczęście, nie jest to Nowy Jork, bo w końcu
odnalazłem drogę do Muzeum Filumenistycznego, z imponującymi (aż
do przesady) zbiorami zapałek i innych krzesiw. Bardzo ciekawa
wystawa i z pewnością warta odwiedzin.
Niestety, gonił mnie nieco czas, więc
szybko udałem się na pobliski dworzec kolejowy, który jest
staroświecko urzekający. Nie czekałem jednak na peronie, a na
podwórku przed. Autobusowa komunikacja zastępcza wprawia w konfuzję
nawet miejscowych, bo wokół krążyło kilkanaście osób, i żadna
z nich nie wiedziała, gdzie dokładnie zatrzyma się pojazd. Nie
pomagały też tablice z rozkładem jazdy, gdyż informacje w nich
zawarte były mylące i podawały złe godziny.
Po dotarciu do Kłodzka szybko
przesiadłem się do innego pociągu, którym miałem odbyć swoją
podróż marzeń, czyli przejazd na trasie Kłodzko-Jedlina Zdrój.
Odcinek do Wałbrzycha jest uważany z najpiękniejszy w Polsce i po
przebyciu okrojonego fragmentu (przypominam, że końcówkę trasy
pokonałem autobusem), potwierdzam tę opinię. Widoki są wspaniałe
i nie da się oderwać wzroku od szyby. Dzięki niewielkiej
popularności linii chodziłem od prawej do lewej strony zmieniając
obrazy przelatujące przed oczami. Na tej trasie jest wszystko:
zieleń, góry, miasteczka, wsie, wiadukty, tunele, urokliwe stacje,
stacyjki i przystanki. Na każdym chciałoby się wysiąść i znowu
wsiąść, ale na takie ekstrawagancje nie było czasu.
Ja postanowiłem zrobić sobie przerwę
tylko w Głuszycy Górnej, skąd miałem dojść do położonego w
Głuszycy kompleksu „Osówka” – podziemnego miasta Nazistów
wydrążonego przez więźniów obozów koncentracyjnych (wielu w
trakcie prac zmarło). Do dzisiaj nie wiadomo, do czego ten
monumentalny i położony pod ziemią obiekt miał służyć, co
sprzyja tworzeniu wielu teorii spiskowych na jego temat.
Najpopularniejsze mówią o fabryce tajnej broni, specjalnej kwaterze
dla Adolfa Hitlera, a także miejscu ukrycia wielkich skarbów.
Przewodnik nie udzielił żadnych konkretnych odpowiedzi, ale warto
było odwiedzić „Osówkę”, by mieć rozeznanie o rozmachu
działań prowadzonych przez Niemców w trakcie II wojny światowej,
bo w Górach Sowich takich podziemnych kompleksów jest sporo, a
według germańskich map, nie odkryliśmy nawet jeszcze ich połowy.
Zwiedzanie nie należało do łatwych, bo w środku panowała ogromna
wilgoć, było chłodno, a dodatkowo ślisko, ale widok wydrążonych
w skale imponujących swym rozmiarem korytarzy pozostaje długo w
pamięci.
Z dojściem do „Osówki” wiąże
się jedyne niepowodzenie w realizacji planu w trakcie całej
wycieczki. Otóż droga nań jest bardzo słabo oznaczona. Od razu po
wysiadce z pociągu zapytałem się jednej Pani, czy dobrze idę.
Potwierdziła, ale była zarazem zaskoczona, że chcę z dworca iść
na nogach, bo było to około 7 km i miałem według niej dojść
dopiero pod wieczór. Nie znała mojego tempa maszerowania, bo przed
zmrokiem to ja jeszcze krótkie zwiedzanie Wałbrzycha zaliczyłem,
ale jak się okazało, 7 km też nie odpowiadało prawdzie.
Otóż, przygotowując się do wyjazdu
robię sobie zawsze „wirtualne spacery” w Google Earth. Niestety
dróżki leśne przeważnie są zaznaczone w sposób niejednoznaczny,
więc nie wiadomo, czy one faktycznie są, czy program oszukuje mnie,
rysując linię w lesie. Było to o tyle istotne w tym konkretnym
przypadku, że z góry widoczny był potężny skrót, zaraz za domem
z kolektorami słonecznymi na dachu. Byłem święcie przekonany, że
obok niego będzie widniała ogromna tablica, iż tu należy skręcić
i tą drogą dojdę do Podziemnego Miasta. Żeby było śmieszniej, w
trakcie spaceru, znalazłem ten budynek, lecz nie było śladu
informacji o skręcie do celu mojej podróży. Nie zaryzykowałem
więc i poszedłem normalną drogą samochodową, bez poboczy.
Nadłożyłem drogi strasznie, razem ponad 10 km, które pokonałem w
trudnych warunkach atmosferycznych (ogromny upał, ponad 30 stopni) i
w rekordowym czasie, pomimo odcisku, jaki mi się zrobił na stopie.
W drodze powrotnej podjąłem już
ryzyko, poszedłem przez las i nie minęła nawet godzina, a znowu
zameldowałem się na urokliwym dworcu w Głuszycy Górnej. Tu
spotkała mnie pozytywna niespodzianka, bo wydawało mi się, że
pociąg do Wałbrzycha mi uciekł i teraz miałem czekać na ten,
który weźmie mnie z powrotem do Kłodzka. Ciuchcia na peron
przyjechała po 30 minutach, ale jakież było moje zdziwienie
kierunkiem jej dalszej trasy. Otóż jechała do Jedliny-Zdroju, skąd
busem pojechałem dalej do Wałbrzycha, gdzie spędziłem niewiele
czasu, ale byłem niezwykle szczęśliwy, że chociaż na chwilę
zobaczyłem jedno z moich ulubionych miast w Polsce. W Kłodzku z
powrotem zameldowałem się po godz. 21.
Poniedziałek był ostatnim dniem
mojego zwiedzania. Znowu dopisała mi pogoda (było bardzo ciepło,
ale już, na szczęście, nie upalnie), co było istotne, bo czekało
mnie wiele chodzenia. Spacer zacząłem w Bardzie Śląskim, mającym
własną Matkę Bożą (jak Okulice!), która, nie trzeba dodawać,
słynie z cudów. Kościół Redemptorystów jest centralnym punktem
miejscowości, i z zewnątrz, i wewnątrz prezentuje się
przyzwoicie, choć spodziewałem się większych fajerwerków, pomny
sławy tego sanktuarium.
Bardzo interesujące jest tzw. Wzgórze
Różańcowe. To trasa mocno pod górę (czyli chyba górska) z
rozsianymi po drodze kapliczkami. Za cel postawiłem sobie przejście
tej swoistej drogi krzyżowej, jednak nie zatrzymywałem się po
drodze. Miałem drobne kłopoty, żeby tam dotrzeć, więc później
musiałem bardzo się spieszyć. Wydaje mi się, że pobiłem
nieoficjalny rekord w prędkości pokonania tej forsownej ścieżki.
Pomagały mi w tym owady, stale mnie atakujące.
Bardo ma wiele innych atrakcji –
m.in. sporo tras rowerowych i kajakowych, ale mnie bardziej
interesowały zabytki, toteż prędko udałem się do Ząbkowic
Śląskich. Było to kolejne miasto, w stosunku do którego nie
miałem specjalnie wielkich oczekiwań, a już pierwszy z nim kontakt
nastroił mnie pozytywnie i tak zostało do końca pobytu. Dworzec
autobusowy prezentuje się niezwykle korzystnie, przede wszystkim
jest bardzo logiczny, każdy peron ma dokładnie zaznaczone dokąd
odjeżdżają autobusy. Ja, zanim rozpocząłem zwiedzanie dawnego
Frankenstein, postanowiłem wcześniej przedostać się do Srebrnej
Góry.
To miejscowość bardzo nastawiona na
turystów i chyba rozwijająca się mocno w tym zakresie. Wnioskuję
tak, bowiem ostatnio była tam nawet kręcona jedna randka w
programie „Rolnik szuka żony”. Głównym obiektem westchnień
wszystkich przybyszów jest Twierdza Srebrna Góra, położona na
samej górze tej góry Tutaj drobny
prztyczek w stronę miejscowych radnych i władz. Otóż, po wyjściu
z dworca (położonego na rynku), nijak nie da się ustalić, którędy
należy iść, żeby do niej dotrzeć. Nie widać tabliczek, nie ma
mapy. Trochę szedłem na ślepo, ale udało mi się trafić za
pierwszym razem, krocząc przypadkowo dosyć ładną uliczką.
Wyjście pod twierdzę jest bardzo strome, a to nie koniec wspinania,
bo spod parkingu trzeba jeszcze pokonać kilkaset metrów.
Okazuje się, że głównej atrakcji
wyrosła niemała konkurencja, w postaci paru mniejszych
fortyfikacji, do których wstęp każdorazowo jest płatny. Ja
postanowiłem odwiedzić tę prowadzoną chyba przez harcerzy (na
takich wyglądali). Trafiłem na pierwszy dzień w pracy przewodnika,
który czytał wszystko z kartki i nie za bardzo dawał sobie rady z
trudnymi pytaniami zadawanymi przez turystów. Ta lekka
amatorszczyzna została mu jednak wybaczona i nawet nagrodzona
skromnymi brawami.
W końcu udałem się do Twierdzy.
Podobno jest czynna przez cały rok, co mnie lekko zdziwiło, bo
ostrą zimą przedostać się tu jest zadaniem niemożliwym.
Potwierdziła to poniekąd przewodniczka (oprowadzała ubrana w
efektowny strój z epoki wojen napoleońskich), gdyż przyznała, że
zdarza im się przez cały tydzień nie mieć wtedy gościa. Latem
ludzi przybywa znacznie więcej.
Sama Twierdza, choć jako całość
prezentuje się wyjątkowo, to zagłębiając się w szczegóły
widać jeszcze pewne rzeczy do poprawienia. W trakcie mojego pobytu
trwał remont kilku sal, toteż można się spodziewać, że cała
ekspozycja będzie jeszcze bardziej imponująca w bliskiej
przyszłości.
Na razie spacer mija szybko,
dowiadujemy się kilku ciekawych historii o obiekcie, w tym
najważniejszą, że nigdy nie została zdobyta, co buduje jej
odpowiednią legendę. Pod koniec następuje głośny wystrzał z
długiej broni, ale dzięki pewnej sztuczce można uniknąć
ogłuchnięcia.
Po zwiedzaniu można wyjść na szczyt
Twierdzy, gdzie ulokowany jest punkt widokowy na cała okolicę.
Panorama, jak to w górach, zapiera dech w piersiach.
Ze Srebrnej Góry wróciłem do
Ząbkowic Śląskich, tym razem jednak miałem ambicje sięgające
dalej niż oglądanie dworca i szybko udałem się do centrum. Miasto
jest ładne, ma dużo naprawdę pięknych i zadbanych kamienic, a
szczególnie efektownie prezentuje się rynek z dopieszczonym
ratuszem.
Najsławniejszym obiektem jest jednak Krzywa Wieża, najbardziej zakrzywiony budynek w Polsce. Faktycznie, tak jest, widziałem na własne oczy, choć krzywizna lepiej prezentuje się na żywo niż na zdjęciu. Poza tym warto obejrzeć ruiny zamku, chociaż niewiele się z niego uchowało. Władze miejskie wykorzystały jednak pozostałości, by zarobić na turystach, każąc sobie płacić za wejście do środka. I słusznie!
Najsławniejszym obiektem jest jednak Krzywa Wieża, najbardziej zakrzywiony budynek w Polsce. Faktycznie, tak jest, widziałem na własne oczy, choć krzywizna lepiej prezentuje się na żywo niż na zdjęciu. Poza tym warto obejrzeć ruiny zamku, chociaż niewiele się z niego uchowało. Władze miejskie wykorzystały jednak pozostałości, by zarobić na turystach, każąc sobie płacić za wejście do środka. I słusznie!
Wszystko co dobre, szybko się kończy
i trzeba było jechać wcześniej do Kłodzka, by się spakować.
Wtorek bowiem został przeznaczony na powrót do Krakowa przez
Wrocław. W nim odbyłem swój tradycyjny spacer na Rynek, który z
każdą wizytą wydaje mi się coraz ładniejszy. Na miejscu zjadłem
pyszne i trochę drogie lody, które musiały mi wystarczyć jako
obiad.
Było tak, jak lubię: dużo
przejazdów, zwiedzania, spacerowania i podziwiania. Cały czas w
ruchu! Polska jest piękna i ta wycieczka potwierdziła to
porzekadło. W naszym kraju aż roi się od miejsc, które czekają
tylko na odkrycie. Ja z Kłodzka i okolic przywiozłem nie tylko
niezliczoną ilość magnesów, ale także cały wór wspaniałych
wspomnień. Z chęcią jeszcze tam wrócę. Na pewno choćby po to,
by przejechać się znów pociągiem z Kłodzka do Wałbrzycha (tym
razem do końca trasy). A także z rowerem, bo tras dla kolarzy jest
tu całkiem sporo. Fantastyczny tydzień
Wycieczka nr 11 (17 sierpnia, piątek
– Lanckorona)
Lanckorona pełni w moim życiu rolę
takiego mini Sandomierza, z tym że jej atutem jest położenie –
po prostu leży bliżej Krakowa. Co najmniej raz w roku ją odwiedzam
(w listopadzie była jeszcze powtórka), żeby pochodzić po tym
wyjątkowo urokliwym miasteczku, sprawdzić, czy ruiny zamku jeszcze
stoją, a poza tym napić się herbaty i zjeść pyszne pierogi
ruskie w którejś z restauracji.
Wyjazd sierpniowy był bardzo
spontaniczny, czyli nie do końca w moim stylu, ale w pełni udany i
to pod wieloma względami. Pogoda była upalna, ale w Lanckoronie
jest gdzie schować się w cieniu, a poza tym to już takie prawie
góry, więc nie odczuwa się tak tych temperatur. Co prawda, pod
zamkiem kręciło się kilka osób, ale odchodząc od niego już 50 m
dalej panował błogi spokój. A to wszystko na wyciągnięcie ręki,
zaledwie około pół godziny jazdy samochodem od Krakowa.
Z różnych względów, po kilku
godzinach musiałem wracać, ale wakacje od wakacji w Lanckoronie
pozwoliły mi skupić się w sposób całkowity na odpoczynku,
zamiast na, czasami męczącym, zwiedzaniu. Bardzo przydatny i dobrze
spędzony czas.
Wycieczka nr 12 (20-25 sierpnia,
poniedziałek-sobota – Okulice)
Jednym zdaniem: hamak, książki,
remik, rower, huśtawka, muzyka z „Wielkiego piękna”, opalanie,
rodzina itd.
Jednym słowem: sielanka
Wycieczka nr 13 (31 sierpnia-3
września, piątek-poniedziałek – Gdynia, Kaliningrad, Gdańsk,
Kartuzy)
W ubiegłym roku spełniłem wiele
turystycznych marzeń – trzy z nich dotyczyły wojaży
zagranicznych. Ich realizację zacząłem od najtrudniejszego
zadania, czyli wizyty w mieście Immanuela Kanta, wybitnego pruskiego
filozofa, żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku (1724-1804) w
Królewcu, czyli dzisiejszym Kaliningradzie.
W związku z tym, że miasto Kanta leży
obecnie na terenie Rosji, przygotowania do wyjazdu musiały zostać
poczynione dużo wcześniej. Sam paszport nie wystarczy, żeby
wjechać do tego kraju, potrzebny był jeszcze jeden dokument.
Najpierw jednak zakupiłem bilety
lotnicze do Gdańska i z powrotem, następnie zarezerwowałem nocleg
(chociaż i tak go później zmieniłem – na dużo lepszy, bo
spałem w hotelu położonym nad jeziorem) i dopiero mając ustalony
termin podróży, zająłem się sprawami formalnymi, czyli
wyrobieniem wizy. Sam sobie wmówiłem, że jej załatwianie będzie
drogą przez mękę, lecz nie było tak źle i każdy jest w stanie
to ogarnąć samodzielnie. Uważam więc, że płacenie organizacjom
za pomoc w wypełnianiu wniosków (wiem, iż sporo ludzi tak robi) to
strata pieniędzy i/lub lenistwo. Chociaż po drodze popełniłem
kilka błędów (dobra rada – wnioski składajcie w centrum
wizowym, nie w konsulacie Bardzo
urocze i pomocne panie tam przyjmują), to ostatecznie na dwa
tygodnie przed terminem otrzymałem paszport z wbitą właściwą
pieczątką, swoistym glejtem na wjazd do Federacji Rosyjskiej.
Zanim przekroczyłem granicę,
postanowiłem zaoszczędzić na noclegu, dlatego po wylądowaniu
około godz. 23 na lotnisku im. Lecha Wałęsy, udałem się do
Gdyni, gdzie spacerowałem bulwarem wzdłuż morza do około godz. 4
(było trochę chłodno, ale do wytrzymania; zaskakująco mało
ludzi, zwłaszcza że był to ostatni piątek wakacji). Potem
pociągiem pojechałem w stronę dworca w Gdańsku. Tam odczekałem
swoje i o godz. 6 rano miałem autobus do stolicy Obwodu
Kaliningradzkiego. Bilet nabyłem wcześniej, niestety niepotrzebnie,
bo pojazd był zapełniony tylko mniej więcej w połowie, a przy
zakupie przez internet do normalnej ceny została doliczona niewielka
prowizja. Byłem więc nieco stratny finansowo, ale przynajmniej
naszą przestrzeń powietrzną przemierzyłem ze spokojną głową,
że nie zabraknie dla mnie miejsca. Gdyby wtedy wysypała mi się
wycieczka, nie wybaczyłbym sobie tego do końca życia.
Wsiadając do autokaru atakowało mnie
mocne zmęczenie (zero snu!), ale jeszcze silniejsza była ekscytacja
czekającą mnie przygodą i zetknięciem się z obcą kulturą,
językiem, a także wszystkimi stereotypami, którymi karmiony jest
każdy Polak na temat Rosji i Rosjan. Stereotypami krzywdzącymi i,
jak się później okazało, kompletnie niesłusznymi.
Wiedziałem, że momentem kluczowym
wyprawy będzie granica – tylko tu spodziewałem się jeszcze
problemów. Tylko tu mogło się coś nie udać. Z każdym
kilometrem, zbliżając się do niej, czułem coraz większe
podniecenie, aż wreszcie dotarliśmy.
Niestety, przekraczanie granicy jest
wydarzeniem rozciągniętym w czasie. Celnicy kilkukrotnie kontrolują
autobus, liczą pasażerów i sprawdzają, czy tyle samo biletów
zostało sprzedanych, co ludzi w środku. Zaglądają nawet do
ubikacji. Punktem kulminacyjnym i decydującym jest krótka rozmowa z
pograniczniczką w cztery oczy. Konwersacja była utrudniona, bo ja
znałem tylko dwa słowa po rosyjsku– „zdrastwujtie” (dzień
dobry) i „spasiba” (dziękuję). Celniczka po polsku z kolei ani
jednego! Cały czas łypała okiem a to na mnie, a to na paszport z
wizą, coś do siebie mówiąc. W końcu puściła mnie dalej, a ja
później dowiedziałem się, że na zdjęciu byłem niepodobny do
siebie, chociaż fotografia została zrobiona zaledwie parę tygodni
przed moim przyjazdem tutaj, zgodnie z procedurą przyznania
dokumentu.
W końcu znalazłem się legalnie w
Rosji i zaczęła się przygoda – chyba taka, którą będę
najdłużej wspominał z 2018 roku. Chociaż jej początek był przed
rozmową z celniczką. Wtedy zmroziło mi krew. Otóż po kilku
kontrolach w autobusie, w końcu kierowca wydał komunikat. Jako że
byłem jedynym Polakiem w wehikule, informacja została podana
wyłącznie w języku rosyjskim, a po niej wszyscy pasażerowie nagle
zaczęli pospiesznie wychodzić na zewnątrz. Ja stałem jak głupi,
nic nie rozumiejąc z tego zamieszania. Na szczęście pojawił się
anioł stróż, a dokładniej anielica
Z wyjściem z pojazdu ociągała się pewna piękna Rosjanka, która
widząc moją minę (zapewne przestraszoną), poinformowała mnie (po
polsku), bym zabrał bagaże.
Po rozmowie z celniczką i powrocie do
autobusu, zanim ruszyliśmy dalej, krasna Rosjanka zagadała do mnie,
zainteresowana gdzie jadę i dlaczego. Mogę się domyślać, że
wielu Polaków tą trasą nie podróżuje. W samym Kaliningradzie nie
spotkałem ani nie słyszałem żadnego rodaka.
Moja odpowiedź – szczera przecież –
że zawsze ceniłem Kanta i marzyłem o przyjeździe do jego
rodzinnego miasta, musiała zostać przyjęta z aprobatą, bo potem
rozmowa toczyła się gładko przez całą drogę, tak iż straciłem
nawet rachubę czasu. Nowa znajoma okazała się być niezwykle
sympatyczną i bardzo pogodną psycholożką z Kaliningradu pracującą
w Polsce. Dodatkowo, oprócz jazdy o godz. 6 rano autobusem połączyło
nas to, iż nie spaliśmy całą noc. Chociaż to nie w moim stylu,
przełamałem swoją nieśmiałość i szybko poprosiłem o namiar do
niej i kontakt mamy ze sobą do dziś.
Bardzo miłe towarzystwo nie było
jedyną korzyścią, którą odniosłem z tego spotkania. Wyruszając
do każdego nowego miejsca, przygotowuję sobie plany zwiedzania.
Rosjanka, widząc go, była zaskoczona, że tyle zamierzam zobaczyć
i co chwilę komentowała: „ty się na pewno zgubisz”.
Postanowiła mi więc pomóc i zapisała
mi w cyrylicy wszystkie nazwy ulic, którymi planowałem przejść!
Była to nieoceniona przysługa, gdyż nie znałem w ogóle alfabetu
rosyjskiego, a w trakcie weekendu spostrzegłem również, że nasze
języki w mowie nie są tak podobne, jak mogłoby się wydawać.
Aż żal, że nie było jej przy mnie,
gdy rano miałem śniadanie w hotelu. Zamiast zwyczajowego
szwedzkiego stołu, do stolika podeszła kelnerka, by przyjąć
zamówienie. Nijak nie mogłem się z nią dogadać, aż w końcu
musiał pomóc inny turysta, Rosjanin ale mówiący po angielsku.
Podobne przeżycia miałem w restauracji, gdzie patrzyłem na menu i
nic nie rozumiałem. Nieznajomość cyrylicy w trakcie zwiedzania
Rosji jest zdecydowanie większym kłopotem, niż się spodziewałem
(niektórzy, z powodu mej ignorancji w tym zakresie, nawet odradzali
mi ten wyjazd, dobrze że ich nie posłuchałem), dlatego ostatnio
zaczynam się uczyć liter z tego skomplikowanego alfabetu, by
kolejne podróże do Rosji (z pewnością nie powiedziałem swojego
ostatniego słowa!), przeżywać bardziej świadomie.
Wszyscy Rosjanie, których poznałem,
byli niezwykle życzliwi, a kiedy dowiadywali się, że jestem
Polakiem, to nawet przesadnie mili i dodatkowo ciekawscy.
Doświadczyłem tego znowu w trakcie wspomnianego już śniadania,
gdy kelnerka poszła zrealizować z takim trudem złożone
zamówienie. Dosiadł się do mnie pewien starszy pan, dziwiąc się,
jak Polak nie może się dogadać z Rosjaninem. Sam mówił nieźle w
naszym języku, bo jak się okazało, pracował z Polakami. Był
niezwykle zainteresowany tym, skąd jestem, co planuję obejrzeć.
Mam wrażenie, że zaimponowałem mu swoim przygotowaniem do wyprawy,
ale i tak był zawiedziony, że przyjechałem tylko na weekend, bo to
według niego było za mało jak na tak piękne miasto jak
Kaliningrad. Z tego, czego nie widziałem, to polecał mi rejs
statkiem. Z pewnością, nie omieszkam przy kolejnej wizycie.
Kontakty z miejscowymi były dla mnie
bardzo ważne, ale nie zapomniałem też o podstawowym celu mojej
wycieczki, czyli podróży śladami Immanuela Kanta. Znaków
obecności filozofa w mieście jest i dużo, i mało. Twórca
„Krytyki czystego rozumu” jest mocno reprezentowany w dwóch
miejscach: na miejscowym Uniwersytecie, który nosi jego imię, a
nieopodal wejścia do jednego z budynków znajduje się pomnik
mistrza (szukałem po omacku, ale udało się znaleźć); oraz w
Katedrze. Poza tymi dwoma obiektami w zasadzie nie da się poznać,
że przez całe życie żył tu jeden z największych myślicieli w
historii ludzkości.
W Katedrze i przylegającym do niej
parku spędziłem najwięcej czasu. Byłem przygotowany na to, że
nie pełni ona dzisiaj już żadnej funkcji religijnej, choć i tak
miała szczęście, bo inne kościoły w mieście zostały zamienione
m.in na biura. W pozytywnej wersji mogła też zostać filharmonią.
W głównej świątyni chrześcijańskiej swoje miejsce znalazły
jednak Muzeum Kanta, sklepik oraz sala koncertowa z doskonałą
akustyką, co odczułem, słuchając świetnego koncertu muzyki
klasycznej.
Wystawa w muzeum była bardzo
interesująca, dowiedziałem się wielu ciekawych faktów o samym
filozofie, ale i o Królewcu, tak przecież nierozerwalnie z nim
związanym. Według legend Immanuel podobno w ogóle nie wyjeżdżał
ze swojego ulubionego miasta. Rozmawiając z jedną ekspertką, wiem,
że to nieprawda, ale faktycznie rzadko je opuszczał.
Na ostatnim piętrze znalazło się
kilka polskich akcentów w postaci książek w naszym języku na
temat Kanta.
Intrygujący był sklepik. Kupiłem w
nim biżuterię z bursztynu, który tu jest bardzo popularny, ale też
tani. Poza tym, oczywiście, magnes i masę gadżetów związanych z
Kantem, w tym różne jego cytaty, które można przylepić do
lodówki. Większość w języku rosyjskim, więc muszę uwierzyć na
słowo sprzedawczyni, że jeden z nich mówi coś o niebie
gwiaździstym nade mną
W niedzielę wieczorem wróciłem do
Polski (na marginesie dodam, że odprawa celna dużo bardziej
niesympatyczna u Polaków, niż u Rosjan) i kolację zjadłem już w
Gdańsku. W poniedziałek czekał na mnie ostatni akcent wyprawy,
czyli podróż SKM do Szwajcarii, a dokładniej Kartuz, nazywanych
„Szwajcarią Kaszubską”. Miasto to planowałem odwiedzić w
czerwcu, ale dotarłem dopiero teraz. Pogodę miałem równie piękną
jak wtedy, i jak w Kalinigradzie, czyli upał bez cienia chmurki na
niebie.
Kartuzy są niezwykle urokliwie
położone, w ich granicach znajdują się aż 4 jeziora. Ja
obszedłem dwa, ale za to całe. Kontakt z przyrodą jest namacalny,
więc spaceruje się niezwykle przyjemnie, z czego korzystali
zwłaszcza uczniowie, bo był to ich pierwszy dzień w szkole (co
ciekawe, w Rosji uczniowie zaczynali rok szkolny w sobotę i wtedy
przynoszą kwiaty dla swoich nauczycieli – jestem szczęśliwy, że
zupełnie nieoczekiwanie mogłem ten piękny zwyczaj zobaczyć na
własne oczy).
W Kartuzach podobało mi się prawie
wszystko. Zawiedziony byłem tylko jednym. Myślałem, że jak znajdę
się w sercu Kaszub, to ktoś w tym języku będzie mówił. Przecież
już nawet „Pan Tadeusz” został przetłumaczony na to narzecze.
Nic z tego. Wszyscy gadali po polsku i byli ubrani normalnie. Jeśli
szukasz folkloru, to jednak należy pojechać w polskie góry. Ja tak
ambitnych planów w tym momencie nie miałem, niemniej praca wzywała
mnie do powrotu na południe, dlatego w nocy z poniedziałek na
wtorek, znowu zameldowałem się w Krakowie.
Wspaniały wyjazd, pełen wspomnień i
cennych doświadczeń. Dzięki niemu nabrałem odwagi i wiary w
siebie, a to dla osoby nieśmiałej jak ja, wartość bezcenna.
Liczę, że nie będzie to moja ostatnia wycieczka do Rosji. Na pewno
częściej będę powtarzał schemat zwiedzania bez noclegu i snu –
w tym roku miałem w planie dwie takie eskapady. Jedną już odbyłem
(Berlin), drugiej nie mogę się doczekać, bo będzie związana z
Audrey Hepburn







































Komentarze
Prześlij komentarz