Turystyczne podsumowanie roku 2018, cz. III


 
Zapraszam na trzecią część mojego podsumowania turystycznego za ubiegły rok. Tym razem bohaterem jest sierpień, czyli miesiąc dla mnie zawsze niezwykle intensywny, w którym oddaję się swojej pasji krajoznawstwa. Chociaż bliższy memu sercu jest wschód Polski, to tym razem wiatr pognał mnie na zachód i północ. Pod względem organizacyjnym już dawno żadne wyprawy nie były tak skomplikowane, ale takie trudności, to ja kocham. I uczę się na nich. Dlatego kolejna wycieczka do Rosji będzie już na pewno dużo prostsza

Przypominam uwagę metodologiczną: chociaż w ubiegłym roku często wędrowałem w towarzystwie (zawsze świetnym), to z reminiscencji może wynikać, jakbym wszystkie wycieczki odbył samotnie. Celowo. W związku z tym, że moje przeżycia są subiektywne, taka forma wydała mi się odpowiednia. Nie zmienia to faktu, że wszystkich mi towarzyszących mam głęboko w sercu i dziękuję pięknie za Waszą obecność, uśmiech, życzliwość i inspirujące rozmowy Liczę, że spotkamy się na turystycznym szlaku jeszcze wiele razy!

W linkach poniżej pierwsza i druga część podsumowania turystycznego ubiegłego roku



Ruszamy!



Wycieczka nr 9 (4 sierpnia, sobota – Pszczyna)

Nie był to mój pierwszy pobyt w Pszczynie. Poprzednia wizyta upłynęła mi w trakcie czasów szkolnych, więc minęło już wiele lat i niewiele z niej zapamiętałem. W sierpniu była wreszcie okazja, by odświeżyć sobie wspomnienia.

Niestety, dojazd z Krakowa do tej miejscowości i powrót tego samego dnia nastręczają pewnych trudności, gdyż na zwiedzanie pozostają zaledwie 3 godziny. Nietypowa jest lokalizacja przystanku, bo tuż obok supermarketu, w niezbyt urokliwej okolicy i w pewnym oddaleniu od centrum, toteż droga pod zamek również trochę zajmuje. Na szczęście szybko chodzę, a spacer był tym przyjemniejszy, że miałem piękną pogodę.

Najpierw zameldowałem się na bardzo urokliwym rynku, może nieprzesadnie wielkim, ale zadbanym, z odpowiednią liczbą atrakcji oraz usług, w tym świetną lodziarnią. Lody zjadłem na obiad, ale wcześniej chciałem zrobić zdjęcie ławeczki z pomnikiem księżniczki Daisy von Pleiss, znanej mi już od czasów mojej fascynacji Wałbrzychem. Niestety, ławeczka (zapewne niezwykle wygodna) była bez przerwy okupowana (podchody robiłem dwukrotnie), więc w końcu poddałem się i ruszyłem w kierunku zamku, czyli właściwego celu podróży.



Zwiedzanie rozpocząłem od kupna magnesu na lodówkę i pobrania darmowej mapki w ładnie urządzonym punkcie informacyjnym, a następnie udałem się do muzeum. Pierwszy pozytyw – nie kazali ubierać kapci Drugi pozytyw – zamek w środku prezentuje się bardzo pięknie – można rzec, wszystko w nim tak lśni i zachwyca, że słowo „przepych” wydaje się eufemizmem. Obrazy, meble, czy żyrandole cieszą oko tak samo jak przestronne korytarze, czy efektowny hol ze schodami. Największe wrażenie robi sala koncertowa z wielkimi lustrami i efektownym fortepianem.



Trzeci pozytyw to przylegający do zamku park – chyba jeden z największych w okolicy, a może i Polsce. Pełno w nim ustronnych alejek, które wiją się pomiędzy stawami. Imponujący teren można zwiedzać, wyszukując rozsiane atrakcje, acz niektóre z nich jak Lodownia były zamknięte na cztery spusty i nie można do nich wejść. Żaden kłopot, bo z niedostatku wolnych godzin, i tak nie planowałem odwiedzin. Zadowoliłem się więc podglądnięciem środka przez okno.



Park jest idealnym miejscem do rekreacji i wypoczynku. W trakcie mojego pobytu sporo osób opalało się lub jeździło na rowerach. Tym środkiem lokomocji warto podjechać do pokazowej zagrody żubrów. To drugi główny cel turystów w Pszczynie (o drogę do nich spytali mnie nawet przypadkowo spotkani Amerykanie). Niestety, w trakcie wymyślania wycieczki popełniłem straszny błąd, bo nie uwzględniłem w nim pór karmienia tych fantastycznych zwierząt, które pierwszy raz widziałem w Puszczy Białowieskiej.

Żubry ze Pszczyny, kiedy nie dostają jedzenia, chowają się w najodleglejszych miejscach swojego wybiegu i ledwo je widać z punktu widokowego. Zamiast czekać, aż łaskawie podejdą bliżej, postanowiłem zrobić sobie spacer po miejscowym mini-zoo. Wiele zwierząt trzymanych było w klatce, ale pawie chodziły wolne, z dumą paradując do zdjęć. 



Długo nie mogłem tam zostać, bo musiałem zdążyć na busa do Krakowa, więc szybkim krokiem wróciłem pod supermarket. To było intensywne popołudnie, ale przyniosło mi wiele satysfakcji.



Wycieczka nr 10 (9-14 sierpnia, czwartek-wtorek – Kłodzko, Złoty Stok, Paczków, Otmuchów, Nysa, Bystrzyca Kłodzka, Głuszyca Górna, Głuszyca, Wałbrzych, Bardo, Srebrna Góra, Ząbkowice Śląskie, Wrocław)

Co roku, w sierpniu organizuję sobie krajoznawczą wycieczkę po Polsce. Cel jest jeden i niezmienny od lat: obskoczyć jak najwięcej miejscowości w ciągu niespełna tygodnia (z doświadczenia wiem, że 6 dni to najlepsza długość wyjazdu). Kiedy zaczynałem podróżować, moją ambicja było także nocować codziennie w innym miejscu, ale nieco stetryczałem, więc teraz zdecydowałem się na jedną bazę wypadową (w tym przypadku Kłodzko). Niemniej, od strony logistycznej, planowanie sierpniowego urlopu to dla mnie zawsze największe wyzwanie turystyczne i w 2018 roku musiałem się sporo nagłówkować, żeby zrealizować wszystkie zamierzenia. Praca nie poszła na marne, bo wyprawa bardzo się udała, poza jednym incydentem, do którego wrócę.



Wybór Kłodzka i okolic nie był przypadkowy, od dawna pragnąłem odwiedzić ten region, który wbrew pozorom, ma naprawdę wiele do zaoferowania podróżnikom. Moją pierwszą inspiracją były znajdujące się tu piękne trasy rowerowe… i kolejowe z wysokimi wiaduktami i malowniczymi krajobrazami. Później „rozglądając się” w internecie, dostrzegłem, że atrakcji w całym regionie jest multum i sporo tu mniejszych i większych miasteczek nastawionych na turystów.




Bardzo dobrze ma się współpraca pomiędzy wszystkimi lokalnymi atrakcjami, gdyż kupno każdego kolejnego biletu uprawnia do zniżki w innym muzeum, zamku, kopalni czy podziemnym mieście etc. Świetny pomysł, jedyne moje zastrzeżenie jest takie, iż promocje mogłyby być większe. Bo jeśli tylko w samym Złotym Stoku na karty wstępu do Średniowiecznego Parku Techniki, Kopalni Złota i Sztolni Ochrowa wydałem niespełna 50 zł, a promocja wyniosła… 1 zł, to bardziej mi się z tego chciało śmiać, niż dziękować za tańsze wejście. Później już się pogodziłem z tym niebywałym rabatem i, oczywiście, przy każdej kasie nader ochoczo z niego korzystałem.

Dojechać do Kłodzka jest prosto – z Wrocławia regularnie kursują autobusy i pociągi, chociaż te pierwsze mają przystanek ulokowany w nietypowym miejscu, trudnym do zlokalizowania nawet w Google Earth. Był to kłopot, bo nie mogłem w domu sobie zapisać, jak z niego trafić do hotelu, gdzie zarezerwowałem nocleg Na szczęście szybko ogarnąłem się w swoim położeniu i trafiłem bez proszenia żadnego miejscowego o pomoc.

Problemem za to było planowanie trasy już na miejscu. Niestety, jak to w wielu częściach Polski bywa, od pewnej godziny busy i pociągi już po prostu nie kursują, więc łatwo jest gdzieś rano dojechać, niemożliwym za to wrócić. Musiałem to wziąć pod uwagę, dlatego chociaż Złoty Stok, Paczków, Otmuchów i Nysa znajdują się w linii prostej przy jednej drodze, praktycznie zaraz po sobie, to wycieczkę pomiędzy nimi podzieliłem na dwa dni. Dodatkowych trudności nastręczał remont torów, co sprawiło mi ból szczególny. Nie dlatego, że wydłużał podróż, bo to zrozumiałe, ale przejazd pociągiem na linii Kłodzko-Wałbrzych – uważanej za najpiękniejszą trasę w Polsce – był jednym z moich największych marzeń podróżniczych w tym roku, a w Jedlinie-Zdrój musiał zostać przerwany, i do Wałbrzycha dojechałem już podstawionym autobusem. Na szczęście, udało się zaliczyć przejazdy przez wiele bardzo wysokich wiaduktów (czułem się prawie jak w Szwajcarii), a najwspanialsze widoki są w Nowej Rudzie, gdzie z góry patrzy się na miasto. Zdjęć nie robiłem, opisać pięknie tego nie potrafię. Po prostu każdy z was musi to sam przeżyć. Już dla tego przejazdu warto udać się w te strony.

Wycieczkę zacząłem od spaceru po upalnym Kłodzku (było ok. 35 stopni, spociłem się cały, zanim dojechałem). Jedno popołudnie wystarczyło, by zaliczyć wszystkie atrakcje, zwiedzanie kościołów zostawiłem sobie na sobotnią mszę św. (to ciekawe, że rodzinny zwyczaj krzewiony w moim dzieciństwie, przetrwał w dorosłym życiu właśnie w trakcie wakacyjnych wyjazdów) i niedzielne ostatki.



Dużo o życiu w mieście kilkaset lat wstecz można się dowiedzieć w trakcie przejścia trasą podziemną, bardzo nietypową, bo chodzi się po niej bez przewodnika, ale zgubić się nie sposób.

Z przewodnikiem zwiedza się za to Twierdzę Kłodzko, podzieloną na część górną (czyli tę na świeżym powietrzu) i labirynt. Całkowicie wystrzałową przygodą jest zwiedzanie tego drugiego, który w sumie mieści się w podziemiach. Chociaż na polu był upał, to w środku temperatura spadła poniżej 10 stopni, ale byłem przygotowany. Na inne niespodzianki już nie. W trakcie spaceru po Labiryncie istnieje możliwość dla odważnych przejścia ciemnym korytarzem, który ma 18 metrów, a jego wymiary to 85x90 cm (nie metrów; centymetrów!). Idzie się więc w kuckach. Oczywiście, byłem wśród śmiałków i przez chwilę tego żałowałem. Osoba przede mną w pewnym momencie zatrzymała się, tworząc zator. Gwarantuję, że w takich warunkach błyskawicznie zaczyna brakować powietrza i moja ukryta dotąd klaustrofobia od razu o sobie przypomniała. Zastój trwał może sekundę lub dwie, ale wystarczyło, żeby powoli ogarniała mnie panika. Na szczęście maruder wreszcie ruszył a ja za nim. Byłem bardzo dumny, jak w końcu doczłapałem do końca, dostając oklaski od tych, którzy nie mieli tyle odwagi, by przejść ten odcinek.



Akurat w trakcie mojego pobytu odbywało się święto Twierdzy Kłodzko, o czym dowiedziałem się niedługo przed przyjazdem. Miało to swoje dobre i złe strony. Złe, bo miałem już zaplanowane wszystkie wyjazdy, więc przegapiłem inscenizację bitwy. Dobre, bo załapałem się na wszelkie możliwe wieczorne atrakcje związane z tą imprezą. Toteż w czwartek uczestniczyłem w nocnym zwiedzaniu miasta, a w piątek w nocnym zwiedzaniu Twierdzy.

Obydwie imprezy były fantastycznie zorganizowane i utwierdziły mnie w przekonaniu, że wybór Kłodzka był ze wszech miar słuszny. Szkoda, że w pierwszej z nich znaczną przewagę stanowili miejscowi (poznałem po tym, że na miejscu zbiórki wszyscy się ze sobą witali), bo i turyści byliby zachwyceni. Spacer był połączeniem przechadzki i wykładu o Kłodzku z okresu międzywojnia, ale zaprezentowanym w niezwykle atrakcyjny sposób, bo za pomocą krótkich form teatralnych. Wolontariusze, przebrani w stroje z epoki, odgrywali przedstawienia opisujące mieszkańców konkretnych kamienic. Te nie zostały wybrane przypadkiem, bo miały mieć związek ze zwierzętami, które najczęściej zdobią fasady budynku (taka lokalna tradycja). Na sam koniec spektaklu aktorzy ubierali maski ze zwierzęcym patronem, a z głośników dobiegał charakterystyczny odgłos typowy dla konkretnej zwierzyny (trochę za długi, prawie minutę każdy; ileż można słuchać np. ryku jelenia?). 



Przez całe miasto przespacerowało około 1000 osób, co zwłaszcza na Moście Gotyckim robiło ogromne wrażenie. Żartowałem później, że wszyscy zebrani przyszli mnie przywitać, ale przyciągnęła ich, oczywiście, miłość do swojego miasta i jego bogatej historii. Wspaniałe widowisko, więc uznałem, że mój pobyt nie mógł rozpocząć się lepiej.



Nocne zwiedzanie Twierdzy Kłodzko też było wyjątkowo interesującym doświadczeniem i wyborną rozrywką. Po pierwsze było zupełnie inne niż wizyta za dnia, bo odbywało się w ramach inscenizacji, gdzie pracownicy przebrani za żołnierzy z wojen napoleońskich z pochodniami w ręku odgrywali zabawne sceny (świetnie wczuwali się w rolę), włączając do nich turystów (wybranych dwoje też dołączyło do obsady). Punktem kulminacyjnym był bardzo głośny wystrzał z armaty, słyszalny na pewno w całym powiecie, a było już wtedy grubo po godz. 22. Niezapomniane wrażenia!



Kłodzko jest piękne, ale cały region ma tyle do zaoferowania, że nie wiedziałem, od czego zacząć. Na pierwszy rzut wybrałem Złoty Stok i Paczków, na który nastawiałem się najbardziej. Niestety, najbardziej mnie też zawiódł.

Złoty Stok jest przykładem, jak współpraca pomiędzy konkurencyjnymi obiektami może zaowocować wielkim sukcesem. Kupując jeden bilet, mamy możliwość wstępu do Średniowiecznego Parku Techniki, Sztolni Ochrowa i Kopalni Złota. Zapewne, mało kto z moich czytelników słyszał o tej miejscowości, ale dzień w dzień przez jedną jej ulicę przewalają się tysiące turystów, a w sezonie chyba dziesiątki tysięcy (chciałbym napisać setki tysięcy, ale to już byłaby przesada). Przyjeżdżają też z zagranicy, bowiem Czechy leżą rzut kamieniem od Złotego Stoku. Przede wszystkim to miejsce interesujące dla dzieci, które w Średniowiecznym Parku Techniki mają możliwość własnoręcznie sprawdzić działanie urządzeń z tego okresu historycznego, a zaraz obok w kopalni znaleźć złoto w trakcie płukania. Atrakcji jest co niemiara i można spędzić cały dzień, świetnie się bawiąc. Ja spieszyłem się dalej, dlatego odpuściłem już sobie spływ łódką, ale za to zobaczyłem jedyny podziemny wodospad w Polsce.



Kolejnym przystankiem był Paczków, miasto-twierdza, jedno z nielicznych, w których zachował się cały średniowieczny układ ulic otoczony ze wszystkich stron fortyfikacjami obronnymi. Z tych powodów jest nazywany polskim Carcassone.



Ja zauważyłem z kolei pewne podobieństwo z Krakowem, gdyż zaraz za murem są planty, którymi można okrążyć zabytkową część miasta. Na tym jednak analogie się kończą. Miałem wielkie oczekiwania przed przyjazdem do Paczkowa, i może z tego powodu czułem się nieco rozczarowany po wizycie w nim. Rynek był całkowicie rozkopany, ratusz z punktem widokowym zamknięty, ulice mocno zaniedbane, nie było żadnej restauracji, w której można byłoby zjeść obiad (skończyłem więc w pizzerii – ten rodzaj jadła obok kebabu jest dostępny w największej nawet dziurze w Polsce). Dodatkowo, nawet kościoły prezentowały się wewnątrz bladziej niż te z okolicznych miejscowości.

W frapująco urządzonym punkcie informacyjnym nie było magnesów (kupiłem w kiosku), ale za to wręczono mi fajną mapkę z różnymi wersjami spacerów po mieście. Miła ciekawostka, ale po godzinie zobaczyłem wszystko i zastanawiałem się, co zrobić z dodatkowym czasem.

W trakcie zwiedzania, największą atrakcją wydaje się taras widokowy na murach obronnych. Odcinek był niedługi, ale rozciągał się z niego najlepszy widok na centrum i przede wszystkim Kościół św. Jana Ewangelisty. Z powodu mocnego słońca trudno było mi z tej perspektywy zrobić udane zdjęcie. Dzisiaj powtórka byłaby niemożliwa, bo 3 tygodnie po mojej wizycie taras runął z powodu spróchniałych belek ( https://nto.pl/tragedia-w-paczkowie-taras-widokowy-sie-zawalil-bo-belki-byly-sprochniale/ar/13476437 ). Jedna osoba, niestety, zmarła. Miałem więc tonę szczęścia, że do katastrofy nie doszło w trakcie moich odwiedzin.



Kolejnego dnia udałem się w tę samą stronę, tylko że dalej. Dlatego wybrałem pociąg jako środek transportu do Otmuchowa. Po drodze mijałem ogromne jezioro, o którym pierwszy raz słyszałem, a jak się okazuje, jest niezwykle popularne w regionie. Podróże kształcą.

Sam Otmuchów bardzo mnie zaskoczył i to pozytywnie. Spodziewałem się jakiegoś zapyziałego miasteczka, które potraktowałem jako przystanek do właściwego celu. Szybko jednak przekonałem się, że dobrze zrobiłem, decydując się na spędzenie tutaj paru godzin. Dworzec kolejowy jest nieco oddalony od centrum, ale byłem tradycyjnie doskonale przyszykowany do wyprawy i szybko dotarłem do rynku. Prawdziwe atrakcje czekały na mnie ukryte za ratuszem. Kościół św. Mikołaja i św. Franciszka Ksawerego to jedna z najlepiej prezentujących się świątyń, jakie miałem okazję ujrzeć w minionym roku, a dzięki rozległemu placowi przed nią można ją oglądać w pełnej krasie i z odpowiedniej odległości.



Dobrze prezentuje się też pobliski zamek, który pełni dziś rolę hotelu. Postronnym gościom umożliwia też wejście na punkt widokowy, skąd rozciąga się doskonały widok na kościół, ale także całą okolicę wraz z jeziorem. 



W zamku można też kupić magnes, co oczywiście uczyniłem, a następnie skierowałem swoje kroki do pobliskiego dworca autobusowego. Wygląda on niestety marnie, a dodatkowo rozkłady jazdy są nieczytelne i raczej mylące. Byłem nieco zaniepokojony, bo na przystanku poza mną nikogo nie było, dodatkowo spóźniał się też autobus. W końcu po 30 minutach od planowego przyjazdu zameldował się na miejscu i ze mną w środku udał się do Nysy, największej chyba perły regionu. A wszystko wskazuje, że będzie jeszcze piękniejsza, bo w trakcie mojego pobytu sporą część centrum remontowano. Nieco utrudniało to spacer, ale byłem przygotowany na wszystko.

Swoje pierwsze kroki skierowałem do Bastionu św. Jadwigi. Obiekty militarne często służą jako muzea, w Nysie postanowili zrobić z nich inny pożytek, z którego skorzystałem podwójnie. Najpierw bowiem udałem się do położonej tutaj informacji turystycznej, gdzie pobrałem mapkę i zakupiłem stosowny magnes. Musiałem także wyspowiadać się, skąd przyjechałem. To dosyć częsta procedura, zapewne służąca do statystyk. Im dalej od Krakowa słyszę to pytanie, tym większą satysfakcję mam przy odpowiedzi. Niech miejscowi wiedzą, ile kilometrów pokonałem, by się tutaj znaleźć!



Po drugie, swoje miejsce znalazły w Bastionie restauracje i kawiarnie, więc w drodze powrotnej to właśnie tutaj zjadłem obiad, przy okazji prowadząc fascynującą korespondencję z administracją Instagrama, z którego na kilka dni zostałem wyrzucony właśnie w Nysie. Podobno przez to, że nie zamieszczałem selfie, więc nie wiedzieli, że #zatrwozonyturysta to ja. Łobuzy! Procedura odzyskiwania konta jest beznadziejnie głupia i wydłużona w czasie, więc pominę ją milczeniem.

Nysa zrobiła na mnie świetne wrażenie. Po urokliwych ulicach chodzą uśmiechnięci ludzie, a w samym mieście jest sporo pięknych zabytków do zobaczenia. Jeżeli dodamy do tego piękna pogodę, aż miało się ochotę na długie spacerowanie i żal było tak szybko wracać do Kłodzka.

Głównym celem był oczywiście rynek, nad którym dominuje Bazylika Mniejsza pw. Św. Jakuba i św. Agnieszki. Mniejsza to ona tylko z nazwy, bo świątynia jest słusznych rozmiarów i razem z pobliską dzwonnicą była trudna do ogarnięcia nawet aparatem. Z perspektywy chodnika ciężko ją uchwycić, dlatego warto wybrać się do budynku Sądu Rejonowego, gdzie za niewielką opłatę można wyjechać na dach. Z jego wysokości roztaczał się najpiękniejszy widok na okolicę.



Oglądając Bazylikę z każdej perspektywy, oniemiałem z zachwytu nad jej pięknem, ale wcale nie gorzej prezentuje się ona wewnątrz. Widać, że kościół jest chlubą miasta, dlatego w środku jest niezwykle zadbany i prezentuje się lepiej niż niejedna katedra. Takie miejsca warto pielęgnować, więc wrzuciłem stosowną darowiznę, co nie czynię często zważywszy na moje typowe dla krakusów skąpstwo

Niedziela jako świąteczny czas, była dla mnie terminem spełnienia marzeń i turystycznych odkryć. Zacząłem od tego drugiego. Gdzieś przeczytałem, że warta odwiedzin jest Bystrzyca Kłodzka, która leży tuż pod Kłodzkiem. Można tam było dojechać pociągiem, więc tym chętniej rozpocząłem planowanie wizyty. Miejscowość miała tylko jedną wadę, nie leży na żadnym podróżniczym szlaku, nic specjalnie interesującego nie ma obok, więc musiałem ją wcisnąć w jakiś luźniejszy dzień. Niedziela wydawała się idealna.

Jako zwolennikowi podróżowania koleją, spotkało mnie na początku drobne rozczarowanie, bo ledwo wsiadłem do wagonu (na marginesie, Koleje Dolnośląskie mają świetny standard; polecam wszystkim), to zaraz trzeba było przesiadać się do autobusu – z powodu remontu torów. Było to istotne, bo miałem kolejny dzień upałów i komfort jazdy w autokarze był nieco mniejszy. W końcu zostałem wysadzony pod Basztą Rycerską. Bystrzyca Kłodzka na początku sprawia wrażenie miejsca nieco zaniedbanego, na końcu świata (to drugie jest najprawdziwszą prawdą), ale dosyć szybko można spostrzec, że prezentuje ogromny potencjał turystyczny. Bardzo mi przypominała Sandomierz swoim wzgórzystym i zwartym centrum, w którym zachowane zostały pamiątki po średniowieczu. Życzę temu miastu jakiegoś Ojca Mateusza, by rozsławił ten ukryty dolnośląski klejnot.




Spacer po Bystrzycy Kłodzkiej jest dużą przyjemnością, bo pełno tu wijących się w górę i dół wąskich uliczek oraz zakamarków, z których można podziwiać niebanalną miejscową architekturę. Chociaż rzadko to robię, postanowiłem zrezygnować z planu, co skończyło się moim zgubieniem się. Na szczęście, nie jest to Nowy Jork, bo w końcu odnalazłem drogę do Muzeum Filumenistycznego, z imponującymi (aż do przesady) zbiorami zapałek i innych krzesiw. Bardzo ciekawa wystawa i z pewnością warta odwiedzin. 



Niestety, gonił mnie nieco czas, więc szybko udałem się na pobliski dworzec kolejowy, który jest staroświecko urzekający. Nie czekałem jednak na peronie, a na podwórku przed. Autobusowa komunikacja zastępcza wprawia w konfuzję nawet miejscowych, bo wokół krążyło kilkanaście osób, i żadna z nich nie wiedziała, gdzie dokładnie zatrzyma się pojazd. Nie pomagały też tablice z rozkładem jazdy, gdyż informacje w nich zawarte były mylące i podawały złe godziny.

Po dotarciu do Kłodzka szybko przesiadłem się do innego pociągu, którym miałem odbyć swoją podróż marzeń, czyli przejazd na trasie Kłodzko-Jedlina Zdrój. Odcinek do Wałbrzycha jest uważany z najpiękniejszy w Polsce i po przebyciu okrojonego fragmentu (przypominam, że końcówkę trasy pokonałem autobusem), potwierdzam tę opinię. Widoki są wspaniałe i nie da się oderwać wzroku od szyby. Dzięki niewielkiej popularności linii chodziłem od prawej do lewej strony zmieniając obrazy przelatujące przed oczami. Na tej trasie jest wszystko: zieleń, góry, miasteczka, wsie, wiadukty, tunele, urokliwe stacje, stacyjki i przystanki. Na każdym chciałoby się wysiąść i znowu wsiąść, ale na takie ekstrawagancje nie było czasu.

Ja postanowiłem zrobić sobie przerwę tylko w Głuszycy Górnej, skąd miałem dojść do położonego w Głuszycy kompleksu „Osówka” – podziemnego miasta Nazistów wydrążonego przez więźniów obozów koncentracyjnych (wielu w trakcie prac zmarło). Do dzisiaj nie wiadomo, do czego ten monumentalny i położony pod ziemią obiekt miał służyć, co sprzyja tworzeniu wielu teorii spiskowych na jego temat. Najpopularniejsze mówią o fabryce tajnej broni, specjalnej kwaterze dla Adolfa Hitlera, a także miejscu ukrycia wielkich skarbów. Przewodnik nie udzielił żadnych konkretnych odpowiedzi, ale warto było odwiedzić „Osówkę”, by mieć rozeznanie o rozmachu działań prowadzonych przez Niemców w trakcie II wojny światowej, bo w Górach Sowich takich podziemnych kompleksów jest sporo, a według germańskich map, nie odkryliśmy nawet jeszcze ich połowy. Zwiedzanie nie należało do łatwych, bo w środku panowała ogromna wilgoć, było chłodno, a dodatkowo ślisko, ale widok wydrążonych w skale imponujących swym rozmiarem korytarzy pozostaje długo w pamięci.



Z dojściem do „Osówki” wiąże się jedyne niepowodzenie w realizacji planu w trakcie całej wycieczki. Otóż droga nań jest bardzo słabo oznaczona. Od razu po wysiadce z pociągu zapytałem się jednej Pani, czy dobrze idę. Potwierdziła, ale była zarazem zaskoczona, że chcę z dworca iść na nogach, bo było to około 7 km i miałem według niej dojść dopiero pod wieczór. Nie znała mojego tempa maszerowania, bo przed zmrokiem to ja jeszcze krótkie zwiedzanie Wałbrzycha zaliczyłem, ale jak się okazało, 7 km też nie odpowiadało prawdzie.

Otóż, przygotowując się do wyjazdu robię sobie zawsze „wirtualne spacery” w Google Earth. Niestety dróżki leśne przeważnie są zaznaczone w sposób niejednoznaczny, więc nie wiadomo, czy one faktycznie są, czy program oszukuje mnie, rysując linię w lesie. Było to o tyle istotne w tym konkretnym przypadku, że z góry widoczny był potężny skrót, zaraz za domem z kolektorami słonecznymi na dachu. Byłem święcie przekonany, że obok niego będzie widniała ogromna tablica, iż tu należy skręcić i tą drogą dojdę do Podziemnego Miasta. Żeby było śmieszniej, w trakcie spaceru, znalazłem ten budynek, lecz nie było śladu informacji o skręcie do celu mojej podróży. Nie zaryzykowałem więc i poszedłem normalną drogą samochodową, bez poboczy. Nadłożyłem drogi strasznie, razem ponad 10 km, które pokonałem w trudnych warunkach atmosferycznych (ogromny upał, ponad 30 stopni) i w rekordowym czasie, pomimo odcisku, jaki mi się zrobił na stopie.



W drodze powrotnej podjąłem już ryzyko, poszedłem przez las i nie minęła nawet godzina, a znowu zameldowałem się na urokliwym dworcu w Głuszycy Górnej. Tu spotkała mnie pozytywna niespodzianka, bo wydawało mi się, że pociąg do Wałbrzycha mi uciekł i teraz miałem czekać na ten, który weźmie mnie z powrotem do Kłodzka. Ciuchcia na peron przyjechała po 30 minutach, ale jakież było moje zdziwienie kierunkiem jej dalszej trasy. Otóż jechała do Jedliny-Zdroju, skąd busem pojechałem dalej do Wałbrzycha, gdzie spędziłem niewiele czasu, ale byłem niezwykle szczęśliwy, że chociaż na chwilę zobaczyłem jedno z moich ulubionych miast w Polsce. W Kłodzku z powrotem zameldowałem się po godz. 21.

Poniedziałek był ostatnim dniem mojego zwiedzania. Znowu dopisała mi pogoda (było bardzo ciepło, ale już, na szczęście, nie upalnie), co było istotne, bo czekało mnie wiele chodzenia. Spacer zacząłem w Bardzie Śląskim, mającym własną Matkę Bożą (jak Okulice!), która, nie trzeba dodawać, słynie z cudów. Kościół Redemptorystów jest centralnym punktem miejscowości, i z zewnątrz, i wewnątrz prezentuje się przyzwoicie, choć spodziewałem się większych fajerwerków, pomny sławy tego sanktuarium.



Bardzo interesujące jest tzw. Wzgórze Różańcowe. To trasa mocno pod górę (czyli chyba górska) z rozsianymi po drodze kapliczkami. Za cel postawiłem sobie przejście tej swoistej drogi krzyżowej, jednak nie zatrzymywałem się po drodze. Miałem drobne kłopoty, żeby tam dotrzeć, więc później musiałem bardzo się spieszyć. Wydaje mi się, że pobiłem nieoficjalny rekord w prędkości pokonania tej forsownej ścieżki. Pomagały mi w tym owady, stale mnie atakujące.

Bardo ma wiele innych atrakcji – m.in. sporo tras rowerowych i kajakowych, ale mnie bardziej interesowały zabytki, toteż prędko udałem się do Ząbkowic Śląskich. Było to kolejne miasto, w stosunku do którego nie miałem specjalnie wielkich oczekiwań, a już pierwszy z nim kontakt nastroił mnie pozytywnie i tak zostało do końca pobytu. Dworzec autobusowy prezentuje się niezwykle korzystnie, przede wszystkim jest bardzo logiczny, każdy peron ma dokładnie zaznaczone dokąd odjeżdżają autobusy. Ja, zanim rozpocząłem zwiedzanie dawnego Frankenstein, postanowiłem wcześniej przedostać się do Srebrnej Góry.

To miejscowość bardzo nastawiona na turystów i chyba rozwijająca się mocno w tym zakresie. Wnioskuję tak, bowiem ostatnio była tam nawet kręcona jedna randka w programie „Rolnik szuka żony”. Głównym obiektem westchnień wszystkich przybyszów jest Twierdza Srebrna Góra, położona na samej górze tej góry Tutaj drobny prztyczek w stronę miejscowych radnych i władz. Otóż, po wyjściu z dworca (położonego na rynku), nijak nie da się ustalić, którędy należy iść, żeby do niej dotrzeć. Nie widać tabliczek, nie ma mapy. Trochę szedłem na ślepo, ale udało mi się trafić za pierwszym razem, krocząc przypadkowo dosyć ładną uliczką. Wyjście pod twierdzę jest bardzo strome, a to nie koniec wspinania, bo spod parkingu trzeba jeszcze pokonać kilkaset metrów. 



Okazuje się, że głównej atrakcji wyrosła niemała konkurencja, w postaci paru mniejszych fortyfikacji, do których wstęp każdorazowo jest płatny. Ja postanowiłem odwiedzić tę prowadzoną chyba przez harcerzy (na takich wyglądali). Trafiłem na pierwszy dzień w pracy przewodnika, który czytał wszystko z kartki i nie za bardzo dawał sobie rady z trudnymi pytaniami zadawanymi przez turystów. Ta lekka amatorszczyzna została mu jednak wybaczona i nawet nagrodzona skromnymi brawami.

W końcu udałem się do Twierdzy. Podobno jest czynna przez cały rok, co mnie lekko zdziwiło, bo ostrą zimą przedostać się tu jest zadaniem niemożliwym. Potwierdziła to poniekąd przewodniczka (oprowadzała ubrana w efektowny strój z epoki wojen napoleońskich), gdyż przyznała, że zdarza im się przez cały tydzień nie mieć wtedy gościa. Latem ludzi przybywa znacznie więcej.

Sama Twierdza, choć jako całość prezentuje się wyjątkowo, to zagłębiając się w szczegóły widać jeszcze pewne rzeczy do poprawienia. W trakcie mojego pobytu trwał remont kilku sal, toteż można się spodziewać, że cała ekspozycja będzie jeszcze bardziej imponująca w bliskiej przyszłości.



Na razie spacer mija szybko, dowiadujemy się kilku ciekawych historii o obiekcie, w tym najważniejszą, że nigdy nie została zdobyta, co buduje jej odpowiednią legendę. Pod koniec następuje głośny wystrzał z długiej broni, ale dzięki pewnej sztuczce można uniknąć ogłuchnięcia.

Po zwiedzaniu można wyjść na szczyt Twierdzy, gdzie ulokowany jest punkt widokowy na cała okolicę. Panorama, jak to w górach, zapiera dech w piersiach. 



Ze Srebrnej Góry wróciłem do Ząbkowic Śląskich, tym razem jednak miałem ambicje sięgające dalej niż oglądanie dworca i szybko udałem się do centrum. Miasto jest ładne, ma dużo naprawdę pięknych i zadbanych kamienic, a szczególnie efektownie prezentuje się rynek z dopieszczonym ratuszem. 



Najsławniejszym obiektem jest jednak Krzywa Wieża, najbardziej zakrzywiony budynek w Polsce. Faktycznie, tak jest, widziałem na własne oczy, choć krzywizna lepiej prezentuje się na żywo niż na zdjęciu. Poza tym warto obejrzeć ruiny zamku, chociaż niewiele się z niego uchowało. Władze miejskie wykorzystały jednak pozostałości, by zarobić na turystach, każąc sobie płacić za wejście do środka. I słusznie!



Wszystko co dobre, szybko się kończy i trzeba było jechać wcześniej do Kłodzka, by się spakować. Wtorek bowiem został przeznaczony na powrót do Krakowa przez Wrocław. W nim odbyłem swój tradycyjny spacer na Rynek, który z każdą wizytą wydaje mi się coraz ładniejszy. Na miejscu zjadłem pyszne i trochę drogie lody, które musiały mi wystarczyć jako obiad.

Było tak, jak lubię: dużo przejazdów, zwiedzania, spacerowania i podziwiania. Cały czas w ruchu! Polska jest piękna i ta wycieczka potwierdziła to porzekadło. W naszym kraju aż roi się od miejsc, które czekają tylko na odkrycie. Ja z Kłodzka i okolic przywiozłem nie tylko niezliczoną ilość magnesów, ale także cały wór wspaniałych wspomnień. Z chęcią jeszcze tam wrócę. Na pewno choćby po to, by przejechać się znów pociągiem z Kłodzka do Wałbrzycha (tym razem do końca trasy). A także z rowerem, bo tras dla kolarzy jest tu całkiem sporo. Fantastyczny tydzień



Wycieczka nr 11 (17 sierpnia, piątek – Lanckorona)

Lanckorona pełni w moim życiu rolę takiego mini Sandomierza, z tym że jej atutem jest położenie – po prostu leży bliżej Krakowa. Co najmniej raz w roku ją odwiedzam (w listopadzie była jeszcze powtórka), żeby pochodzić po tym wyjątkowo urokliwym miasteczku, sprawdzić, czy ruiny zamku jeszcze stoją, a poza tym napić się herbaty i zjeść pyszne pierogi ruskie w którejś z restauracji.

Wyjazd sierpniowy był bardzo spontaniczny, czyli nie do końca w moim stylu, ale w pełni udany i to pod wieloma względami. Pogoda była upalna, ale w Lanckoronie jest gdzie schować się w cieniu, a poza tym to już takie prawie góry, więc nie odczuwa się tak tych temperatur. Co prawda, pod zamkiem kręciło się kilka osób, ale odchodząc od niego już 50 m dalej panował błogi spokój. A to wszystko na wyciągnięcie ręki, zaledwie około pół godziny jazdy samochodem od Krakowa. 



Z różnych względów, po kilku godzinach musiałem wracać, ale wakacje od wakacji w Lanckoronie pozwoliły mi skupić się w sposób całkowity na odpoczynku, zamiast na, czasami męczącym, zwiedzaniu. Bardzo przydatny i dobrze spędzony czas.



Wycieczka nr 12 (20-25 sierpnia, poniedziałek-sobota – Okulice)

Jednym zdaniem: hamak, książki, remik, rower, huśtawka, muzyka z „Wielkiego piękna”, opalanie, rodzina itd.

Jednym słowem: sielanka



Wycieczka nr 13 (31 sierpnia-3 września, piątek-poniedziałek – Gdynia, Kaliningrad, Gdańsk, Kartuzy)

W ubiegłym roku spełniłem wiele turystycznych marzeń – trzy z nich dotyczyły wojaży zagranicznych. Ich realizację zacząłem od najtrudniejszego zadania, czyli wizyty w mieście Immanuela Kanta, wybitnego pruskiego filozofa, żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku (1724-1804) w Królewcu, czyli dzisiejszym Kaliningradzie.

W związku z tym, że miasto Kanta leży obecnie na terenie Rosji, przygotowania do wyjazdu musiały zostać poczynione dużo wcześniej. Sam paszport nie wystarczy, żeby wjechać do tego kraju, potrzebny był jeszcze jeden dokument.

Najpierw jednak zakupiłem bilety lotnicze do Gdańska i z powrotem, następnie zarezerwowałem nocleg (chociaż i tak go później zmieniłem – na dużo lepszy, bo spałem w hotelu położonym nad jeziorem) i dopiero mając ustalony termin podróży, zająłem się sprawami formalnymi, czyli wyrobieniem wizy. Sam sobie wmówiłem, że jej załatwianie będzie drogą przez mękę, lecz nie było tak źle i każdy jest w stanie to ogarnąć samodzielnie. Uważam więc, że płacenie organizacjom za pomoc w wypełnianiu wniosków (wiem, iż sporo ludzi tak robi) to strata pieniędzy i/lub lenistwo. Chociaż po drodze popełniłem kilka błędów (dobra rada – wnioski składajcie w centrum wizowym, nie w konsulacie Bardzo urocze i pomocne panie tam przyjmują), to ostatecznie na dwa tygodnie przed terminem otrzymałem paszport z wbitą właściwą pieczątką, swoistym glejtem na wjazd do Federacji Rosyjskiej.

Zanim przekroczyłem granicę, postanowiłem zaoszczędzić na noclegu, dlatego po wylądowaniu około godz. 23 na lotnisku im. Lecha Wałęsy, udałem się do Gdyni, gdzie spacerowałem bulwarem wzdłuż morza do około godz. 4 (było trochę chłodno, ale do wytrzymania; zaskakująco mało ludzi, zwłaszcza że był to ostatni piątek wakacji). Potem pociągiem pojechałem w stronę dworca w Gdańsku. Tam odczekałem swoje i o godz. 6 rano miałem autobus do stolicy Obwodu Kaliningradzkiego. Bilet nabyłem wcześniej, niestety niepotrzebnie, bo pojazd był zapełniony tylko mniej więcej w połowie, a przy zakupie przez internet do normalnej ceny została doliczona niewielka prowizja. Byłem więc nieco stratny finansowo, ale przynajmniej naszą przestrzeń powietrzną przemierzyłem ze spokojną głową, że nie zabraknie dla mnie miejsca. Gdyby wtedy wysypała mi się wycieczka, nie wybaczyłbym sobie tego do końca życia. 



Wsiadając do autokaru atakowało mnie mocne zmęczenie (zero snu!), ale jeszcze silniejsza była ekscytacja czekającą mnie przygodą i zetknięciem się z obcą kulturą, językiem, a także wszystkimi stereotypami, którymi karmiony jest każdy Polak na temat Rosji i Rosjan. Stereotypami krzywdzącymi i, jak się później okazało, kompletnie niesłusznymi.

Wiedziałem, że momentem kluczowym wyprawy będzie granica – tylko tu spodziewałem się jeszcze problemów. Tylko tu mogło się coś nie udać. Z każdym kilometrem, zbliżając się do niej, czułem coraz większe podniecenie, aż wreszcie dotarliśmy.

Niestety, przekraczanie granicy jest wydarzeniem rozciągniętym w czasie. Celnicy kilkukrotnie kontrolują autobus, liczą pasażerów i sprawdzają, czy tyle samo biletów zostało sprzedanych, co ludzi w środku. Zaglądają nawet do ubikacji. Punktem kulminacyjnym i decydującym jest krótka rozmowa z pograniczniczką w cztery oczy. Konwersacja była utrudniona, bo ja znałem tylko dwa słowa po rosyjsku– „zdrastwujtie” (dzień dobry) i „spasiba” (dziękuję). Celniczka po polsku z kolei ani jednego! Cały czas łypała okiem a to na mnie, a to na paszport z wizą, coś do siebie mówiąc. W końcu puściła mnie dalej, a ja później dowiedziałem się, że na zdjęciu byłem niepodobny do siebie, chociaż fotografia została zrobiona zaledwie parę tygodni przed moim przyjazdem tutaj, zgodnie z procedurą przyznania dokumentu.

W końcu znalazłem się legalnie w Rosji i zaczęła się przygoda – chyba taka, którą będę najdłużej wspominał z 2018 roku. Chociaż jej początek był przed rozmową z celniczką. Wtedy zmroziło mi krew. Otóż po kilku kontrolach w autobusie, w końcu kierowca wydał komunikat. Jako że byłem jedynym Polakiem w wehikule, informacja została podana wyłącznie w języku rosyjskim, a po niej wszyscy pasażerowie nagle zaczęli pospiesznie wychodzić na zewnątrz. Ja stałem jak głupi, nic nie rozumiejąc z tego zamieszania. Na szczęście pojawił się anioł stróż, a dokładniej anielica Z wyjściem z pojazdu ociągała się pewna piękna Rosjanka, która widząc moją minę (zapewne przestraszoną), poinformowała mnie (po polsku), bym zabrał bagaże.

Po rozmowie z celniczką i powrocie do autobusu, zanim ruszyliśmy dalej, krasna Rosjanka zagadała do mnie, zainteresowana gdzie jadę i dlaczego. Mogę się domyślać, że wielu Polaków tą trasą nie podróżuje. W samym Kaliningradzie nie spotkałem ani nie słyszałem żadnego rodaka.

Moja odpowiedź – szczera przecież – że zawsze ceniłem Kanta i marzyłem o przyjeździe do jego rodzinnego miasta, musiała zostać przyjęta z aprobatą, bo potem rozmowa toczyła się gładko przez całą drogę, tak iż straciłem nawet rachubę czasu. Nowa znajoma okazała się być niezwykle sympatyczną i bardzo pogodną psycholożką z Kaliningradu pracującą w Polsce. Dodatkowo, oprócz jazdy o godz. 6 rano autobusem połączyło nas to, iż nie spaliśmy całą noc. Chociaż to nie w moim stylu, przełamałem swoją nieśmiałość i szybko poprosiłem o namiar do niej i kontakt mamy ze sobą do dziś.



Bardzo miłe towarzystwo nie było jedyną korzyścią, którą odniosłem z tego spotkania. Wyruszając do każdego nowego miejsca, przygotowuję sobie plany zwiedzania. Rosjanka, widząc go, była zaskoczona, że tyle zamierzam zobaczyć i co chwilę komentowała: „ty się na pewno zgubisz”.



Postanowiła mi więc pomóc i zapisała mi w cyrylicy wszystkie nazwy ulic, którymi planowałem przejść! Była to nieoceniona przysługa, gdyż nie znałem w ogóle alfabetu rosyjskiego, a w trakcie weekendu spostrzegłem również, że nasze języki w mowie nie są tak podobne, jak mogłoby się wydawać.

Aż żal, że nie było jej przy mnie, gdy rano miałem śniadanie w hotelu. Zamiast zwyczajowego szwedzkiego stołu, do stolika podeszła kelnerka, by przyjąć zamówienie. Nijak nie mogłem się z nią dogadać, aż w końcu musiał pomóc inny turysta, Rosjanin ale mówiący po angielsku. Podobne przeżycia miałem w restauracji, gdzie patrzyłem na menu i nic nie rozumiałem. Nieznajomość cyrylicy w trakcie zwiedzania Rosji jest zdecydowanie większym kłopotem, niż się spodziewałem (niektórzy, z powodu mej ignorancji w tym zakresie, nawet odradzali mi ten wyjazd, dobrze że ich nie posłuchałem), dlatego ostatnio zaczynam się uczyć liter z tego skomplikowanego alfabetu, by kolejne podróże do Rosji (z pewnością nie powiedziałem swojego ostatniego słowa!), przeżywać bardziej świadomie.



Wszyscy Rosjanie, których poznałem, byli niezwykle życzliwi, a kiedy dowiadywali się, że jestem Polakiem, to nawet przesadnie mili i dodatkowo ciekawscy. Doświadczyłem tego znowu w trakcie wspomnianego już śniadania, gdy kelnerka poszła zrealizować z takim trudem złożone zamówienie. Dosiadł się do mnie pewien starszy pan, dziwiąc się, jak Polak nie może się dogadać z Rosjaninem. Sam mówił nieźle w naszym języku, bo jak się okazało, pracował z Polakami. Był niezwykle zainteresowany tym, skąd jestem, co planuję obejrzeć. Mam wrażenie, że zaimponowałem mu swoim przygotowaniem do wyprawy, ale i tak był zawiedziony, że przyjechałem tylko na weekend, bo to według niego było za mało jak na tak piękne miasto jak Kaliningrad. Z tego, czego nie widziałem, to polecał mi rejs statkiem. Z pewnością, nie omieszkam przy kolejnej wizycie.



Kontakty z miejscowymi były dla mnie bardzo ważne, ale nie zapomniałem też o podstawowym celu mojej wycieczki, czyli podróży śladami Immanuela Kanta. Znaków obecności filozofa w mieście jest i dużo, i mało. Twórca „Krytyki czystego rozumu” jest mocno reprezentowany w dwóch miejscach: na miejscowym Uniwersytecie, który nosi jego imię, a nieopodal wejścia do jednego z budynków znajduje się pomnik mistrza (szukałem po omacku, ale udało się znaleźć); oraz w Katedrze. Poza tymi dwoma obiektami w zasadzie nie da się poznać, że przez całe życie żył tu jeden z największych myślicieli w historii ludzkości.



W Katedrze i przylegającym do niej parku spędziłem najwięcej czasu. Byłem przygotowany na to, że nie pełni ona dzisiaj już żadnej funkcji religijnej, choć i tak miała szczęście, bo inne kościoły w mieście zostały zamienione m.in na biura. W pozytywnej wersji mogła też zostać filharmonią. W głównej świątyni chrześcijańskiej swoje miejsce znalazły jednak Muzeum Kanta, sklepik oraz sala koncertowa z doskonałą akustyką, co odczułem, słuchając świetnego koncertu muzyki klasycznej.



Wystawa w muzeum była bardzo interesująca, dowiedziałem się wielu ciekawych faktów o samym filozofie, ale i o Królewcu, tak przecież nierozerwalnie z nim związanym. Według legend Immanuel podobno w ogóle nie wyjeżdżał ze swojego ulubionego miasta. Rozmawiając z jedną ekspertką, wiem, że to nieprawda, ale faktycznie rzadko je opuszczał.



Na ostatnim piętrze znalazło się kilka polskich akcentów w postaci książek w naszym języku na temat Kanta.

Intrygujący był sklepik. Kupiłem w nim biżuterię z bursztynu, który tu jest bardzo popularny, ale też tani. Poza tym, oczywiście, magnes i masę gadżetów związanych z Kantem, w tym różne jego cytaty, które można przylepić do lodówki. Większość w języku rosyjskim, więc muszę uwierzyć na słowo sprzedawczyni, że jeden z nich mówi coś o niebie gwiaździstym nade mną

W niedzielę wieczorem wróciłem do Polski (na marginesie dodam, że odprawa celna dużo bardziej niesympatyczna u Polaków, niż u Rosjan) i kolację zjadłem już w Gdańsku. W poniedziałek czekał na mnie ostatni akcent wyprawy, czyli podróż SKM do Szwajcarii, a dokładniej Kartuz, nazywanych „Szwajcarią Kaszubską”. Miasto to planowałem odwiedzić w czerwcu, ale dotarłem dopiero teraz. Pogodę miałem równie piękną jak wtedy, i jak w Kalinigradzie, czyli upał bez cienia chmurki na niebie.



Kartuzy są niezwykle urokliwie położone, w ich granicach znajdują się aż 4 jeziora. Ja obszedłem dwa, ale za to całe. Kontakt z przyrodą jest namacalny, więc spaceruje się niezwykle przyjemnie, z czego korzystali zwłaszcza uczniowie, bo był to ich pierwszy dzień w szkole (co ciekawe, w Rosji uczniowie zaczynali rok szkolny w sobotę i wtedy przynoszą kwiaty dla swoich nauczycieli – jestem szczęśliwy, że zupełnie nieoczekiwanie mogłem ten piękny zwyczaj zobaczyć na własne oczy).



W Kartuzach podobało mi się prawie wszystko. Zawiedziony byłem tylko jednym. Myślałem, że jak znajdę się w sercu Kaszub, to ktoś w tym języku będzie mówił. Przecież już nawet „Pan Tadeusz” został przetłumaczony na to narzecze. Nic z tego. Wszyscy gadali po polsku i byli ubrani normalnie. Jeśli szukasz folkloru, to jednak należy pojechać w polskie góry. Ja tak ambitnych planów w tym momencie nie miałem, niemniej praca wzywała mnie do powrotu na południe, dlatego w nocy z poniedziałek na wtorek, znowu zameldowałem się w Krakowie.

Wspaniały wyjazd, pełen wspomnień i cennych doświadczeń. Dzięki niemu nabrałem odwagi i wiary w siebie, a to dla osoby nieśmiałej jak ja, wartość bezcenna. Liczę, że nie będzie to moja ostatnia wycieczka do Rosji. Na pewno częściej będę powtarzał schemat zwiedzania bez noclegu i snu – w tym roku miałem w planie dwie takie eskapady. Jedną już odbyłem (Berlin), drugiej nie mogę się doczekać, bo będzie związana z Audrey Hepburn

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2024)

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (maj 2024)