Turystyczne podsumowanie roku 2018, cz. IV
Wreszcie! Lepiej późno niż wcale 😊 Zapraszam na czwartą, ostatnią część mojego podsumowania turystycznego za ubiegły rok (2018). Sezon zawsze kończę wojażami zagranicznymi. Uważam, iż miesiące jesienne, czyli wrzesień (zwłaszcza) i październik nadają się najlepiej na zwiedzanie Europy. Pogoda wciąż dobra (często duża lepsza niż wiosną, wiem z doświadczenia), ludzi mniej niż w trakcie wakacji, tańsze przeloty i noclegi. Wszystko to składa się na mój jesienny pęd do ruszenia w drogę. W 2018 roku skierował mnie on do Hiszpanii, Francji, Czech oraz Niemiec.
PS Zwyczajowa uwaga metodologiczna: chociaż w ubiegłym roku
często wędrowałem w towarzystwie (zawsze świetnym), to z poniższych
reminiscencji może wynikać, jakbym wszystkie wycieczki odbył samotnie. Celowo.
W związku z tym, że moje przeżycia są subiektywne, taka forma wydała mi się
odpowiednia. Nie zmienia to faktu, że wszystkich mi towarzyszących mam głęboko
w sercu i dziękuję pięknie za Waszą obecność, uśmiech, życzliwość i inspirujące
rozmowy 😊 Liczę, że spotkamy się na turystycznym szlaku jeszcze wiele razy!
Część I:
Część II:
Część III:
Lecimy!
Wycieczka nr 14 (20
września-4 października, czwartek-czwartek – El Arenal, Son Veri, Palma,
Barcelona, Marsylia, Chateau d’If, Lyon, Alcudia, Port d’Alcudia, Cala Pi)
Zbigniew Wodecki śpiewał, że lubi wracać do miejsc, gdzie
już był. Mam podobnie i starannie kultywuję swe tradycje podróżnicze, które
pomagają mi przy planowaniu wyjazdów. Tydzień w kwietniu na Majorce, weekend
majowy w Sandomierzu, weekend Bożego Ciała w Trójmieście (w tym roku był
wyjątek od tej reguły), w sierpniu objazd po Polsce i tygodniowy wypoczynek w
Okulicach. Z kolei pod koniec września zwiedzam zachodnią Europę, a bazą
wypadową jest Majorka. Tym razem na swój cel wybrałem południową Francję. Pobyt
w Marsylii przerósł wszelkie moje oczekiwania i od razu zakochałem się w tym
mieście. Bardzo prawdopodobne, że i ona dołączy wkrótce do mojej podróżniczej
playlisty, granej co roku.
Pogodę jesienią mam zawsze fantastyczną. Nie inaczej było w
ubiegłym roku. Zmokłem tylko w Lyonie, ale popołudniu wyszło już słońce i
zrobiło się bardzo ciepło. Poza tym jednym incydentem przez pozostałą część
urlopu (dwa tygodnie) dzień w dzień panował upał. Korzystałem z tego ochoczo
zwłaszcza na Majorce, więc dwa razy dziennie wizytowałem moją ukochaną zatokę,
pływając średnio w Morzu Śródziemnym około godzinę na sesję.
Z przykrością
stwierdzam, że odkryta przeze mnie kilka lat temu skalista i dzika plaża jest
coraz popularniejsza. Rano, co prawda, melduję się na niej zawsze jako
pierwszy, więc mogę zająć swoje ulubione miejsce (powinni je nazwać moim nazwiskiem),
lecz po godz. 16 kilka razy już takiego szczęścia nie miałem. Dzięki
wytrwałości jednak (zawsze zostaję do zachodu słońca, a czasami i dłużej), na
sam koniec dnia zasiedlałem z powrotem moje plażowe terytorium.
Chociaż morska kąpiel znajduję się na samym szczycie moich
przyjemności, to jednak mam taki charakter, że nie potrafię wypoczywać
wyłącznie w taki sposób. W planach miałem dwie wycieczki, a w międzyczasie
udało się zorganizować jeszcze jedną.
Na pierwszy rzut poszła Barcelona. Byłem tam w kwietniu i
już wtedy wiedziałem, że wrócę do niej we wrześniu. W związku z tym, iż w sumie
wszystko już zwiedziłem, musiałem wymyślić inny powód przyjazdu. Nie było to
trudne, bo pewien pomysł chodził mi już od dawna po głowie: zwiedzanie miasta
śladem bohaterów książki Carlosa Ruiza Zafona „Cień wiatru”.
Idea była świetna, ale niełatwa w realizacji. Otóż, jak się
okazało, autor wiele lokalizacji wymyślił lub „poprawił”, więc nie miały one
nic wspólnego z tym, co można zobaczyć na żywo w stolicy Katalonii. Odwiedzając
kolejne miejsca z kart książki, doznawałem srogiego zawodu.
Ratunek mógł nadejść tylko z Tibidado. Wzgórze to pełni dość
istotną rolę w dziele Zafona, wizyta tam miała też dodatkowy podtekst, gdyż
chciałem się przejechać zabytkowym tramwajem, który w Barcelonie kursuje
wyłącznie w tej dzielnicy. Z tych powodów ochoczo udałem się na zachód.
Tibidado jest położone w sporym oddaleniu od centrum, tak że
nawet mapy, które dostaje się na lotnisku, go nie uwzględniają. Najłatwiej
dojechać do niego metrem i po wyjściu na powierzchnię ruszyć pod górę.
Niestety, nie był to koniec rozczarowań tego dnia. Szybko spostrzegłem kartkę
na przystanku, że tramwaj wysłano do…. naprawy.
No nic, półtorakilometrowa
wspinaczka w pełnym słońcu, ale przynajmniej okolica jest przepiękna. No i
znalazłem budynek z książki, gdzie główny bohater spotykał się ze swoją
ukochaną. To w zasadzie jedyny dobry ślad z „Cienia wiatru”, a o jego związkach
z bestsellerem informuje baner powieszony na ogrodzeniu.
Po dojściu do celu musiałem odpocząć. Wielkiego wyboru nie
miałem, bo kawiarnia w okolicy jest tylko jedna, ale za to z jaką panoramą. Z
Tibidado, dzięki jego położeniu, rozciąga się fantastyczny widok na całą
Barcelonę. Pijąc herbatę i smakując Tapasy, kontemplowałem to wspaniałe miasto,
od którego dziesięć lat wstecz rozpocząłem swoją podróżniczą przygodę.
Miałem jeszcze dużo czasu, więc postanowiłem udać się na
kolejny spacer. Prosto ze wzgórza obrałem azymut na Park Guell. Zaskoczyłem tym
jedną z mieszkanek, która zagadnęła mnie, kiedy na światłach spoglądałem, czy
już jestem na mapie, czy wciąż poza nią. Miałem pewną orientację, w którym
kierunku iść, ale jej szczegółowe instrukcje bardzo mi pomogły. Chociaż i tak potem
lekko się zgubiłem. Na miejscu okazało się, że wejście na plac widokowy trzeba
rezerwować kilka dni wcześniej, ale była to żadna strata, gdyż spokojnie można
go odpuścić.
Park Guell jest wyjątkowy, bo pełno w nim śladów
architektonicznego geniusza Gaudiego, toteż sprawia bajkowe wrażenie. Psuje je
ogromna liczba turystów, którzy zadeptują każdy wolny kawałek i są głośni, więc
nie sposób tam zregenerować siły.
Szybko więc przeszedłem go wzdłuż i wszerz
(tam gdzie mogłem) i udałem się na przystanek metra, by dojechać do wzgórza
Montjuic – ostatniego ważnego punktu Barcelony, którego moje oczy jeszcze nie
widziały, a stopy nie dotknęły.
Dostać się tam łatwiej niż na Tibidado, bo kolejka działała,
a nawet nie trzeba było kasować dodatkowo biletu. W porównaniu do Parku Guell,
Montjuic jest enklawą spokoju i idealnym miejscem do niespiesznego
spacerowania. Ogromne przestrzenie są wypełnione całkiem pomysłowymi
rozwiązaniami – można tu znaleźć zamek, sporo muzeów, placówek edukacyjnych i
kulturowych, cmentarz, piękny park, a przede wszystkim stadion olimpijski, w
którego okolicy spędziłem najwięcej czasu, relaksując się po trudach dnia
pełnego zwiedzania i chodzenia. Montjuic ma jedną w zasadzie wadę – mała liczba
restauracji. Ja wybrałem położoną w środku parku. Atrakcją były spadające
liście do jedzenia, niestety mało smacznego i zimnego. Nie polecam, lepiej
najeść się przed wizytą na wzgórzu.
Zanim wróciłem na lotnisko, przeszedłem się po Ramblas,
gdzie zajrzałem do swojej ulubionej kawiarni w Barcelonie. Herbata plus ciastko
stanowiły wyborne zakończenie niezwykle udanego dnia.
Na Majorce nie zostałem zbyt długo, bo kilka dni później
czekało na mnie kolejne wyzwanie turystyczne – tym razem wycieczka po
południowej Francji, połączona ze zwiedzaniem Marsylii i Lyonu.
Prowansalskie miasto było moim celem od dawna, ale zawsze za
drogie były bilety lotnicze z Krakowa. Z Palmy na szczęście jest znacznie
taniej, a dodatkowo miałem szczęście przy rezerwacji noclegu, bo pobyt w
trzygwiazdkowym hotelu w centrum miasta udało mi się wykupić za połowę ceny!
Już pierwszy kontakt z ojczyzną Napoleona był niezwykle
pozytywny. Po wyjściu z lotniska w Marsylii kompletnie się pogubiłem. Chciałem
zaoszczędzić, więc zamiast busem bezpośrednio dojechać do dworca, postanowiłem
dostać się do niego pociągiem. Kłopotem było znalezienie lokalnego peronu, w
końcu zapytałem się objuczonej bagażami młodej Francuzki o drogę do niego, i ta
płynną angielszczyzną wyjaśniła mi, w który autobus mam wsiąść. Było łatwiej,
bo jechała ze mną, więc chciałem jej się odwdzięczyć i służyć za tragarza, ale
na każdą prośbę odmawiała. Francuzki na ogół są bardzo samodzielne w noszeniu
ciężkich walizek, i z zasady dziękują za pomoc i radzą sobie same. Wiele razy
oferowałem swoje wsparcie i tylko jedna z nich zgodziła się za pierwszym razem.
W centrum Marsylii zameldowałem się późnym popołudniem i od
razu udałem się do swojego hotelu. Droga na nogach zajęła mi około 25 minut,
mogło być prędzej, gdybym przechodził na czerwonym świetle.
No właśnie…..
Francuzi w ogóle nie przywiązują wagi do sygnalizacji
świetlnej. Dla nich zawsze jest zielone, nawet na ruchliwym skrzyżowaniu. Na
początku mocno mnie to dziwiło i ich chyba też, gdy jako jedyny posłusznie
stałem przed pasami i czekałem na zmianę koloru. Szybko jednak przyzwyczaiłem
się do nowych zasad i wtopiłem w tłum. Zmiana nawyków znacznie przyspieszyła
moje poruszanie się po mieście 😊
Jeszcze wieczorem udałem się na spacer po okolicy. Wybrałem
świetną lokalizację, ponieważ nieopodal położony był stadion Olympique
Marsylia, a poza tym kilkanaście metrów od miejsca noclegu znajdowała się
Avenue du Prado, niezwykle szeroka aleja z rozsianymi dookoła restauracjami. W
drodze powrotnej postanowiłem wybrać jedną z nich.
W Marsylii rzadko który lokal ma wydrukowane menu (ja
przynajmniej takiego nie spotkałem). Jego rolę pełni tablica z napisaną kredą
listą dań, którą przynosi kelner na nasze życzenie. Jako dysgrafik mam problemy
z odczytaniem cudzego pisma, nie znam też języka francuskiego, więc poczułem
się trochę jak w Rosji. Chcę coś zjeść, a nic nie rozumiem. Wśród dziwnych
znaków złożyłem jedno słowo: „menthe”, czyli mięta. Lubię ją, dodatkowo to
konkretne danie było tanie, więc postanowiłem je zamówić.
Po niedługim czasie jedzenie zostało mi przyniesione.
Wyglądało niespecjalnie, lecz byłem tak głodny, że ochoczo zabrałem się do spożycia.
Pomieszałem danie z miętą i zanurzyłem w ustach…..
Niebo w gębie!
Najlepsza kolacja w życiu. Aż wstydziłem się zapytać, co
właśnie jadłem, więc po powrocie do Polski godzinami przeszukiwałem profil
facebookowy restauracji, by znaleźć ową potrawę. Po przeglądnięciu setek zdjęć,
znalazłem pamiętną tablicę i rozszyfrowałem tę tajemniczą nazwę: artichauts
frits à la menthe – smażone karczochy z miętą. Polecam wszystkim.
Najedzony kolacyjnie karczochami i śniadaniowo croissantami
z miodem, następnego dnia skoro świt ruszyłem na bardzo długi spacer po
Marsylii.
Miasto pod tym względem jest idealne. Chociaż droga do centrum była
prosta, postanowiłem ją skomplikować i wydłużyć, ale też znacznie uatrakcyjnić.
Ruszyłem więc w kierunku La Corniche – sławnej promenady, która meandruje
wzdłuż Morza Śródziemnego, ale na wysokości kilkunastu (kilkudziesięciu?)
metrów nad poziomem akwenu. Widoki niezapomniane, zwłaszcza wtedy, gdy po
jednej stronie mamy wodę i plażę pod nami, a po drugiej piękne budynki.
W sobotę rano na szlaku pełno było biegaczy oraz wędkarzy,
którzy z tak wysoka polowali na ryby. Piękno całej trasy spowodowało, że
zapomniałem o swojej kartce z planem chodzenia i ostatecznie pogubiłem się
wśród występujących tu licznie marin.
W pewnym momencie, nie wiedziałem, gdzie jestem, ale dzięki pomocy pewnej Francuzki w stanie błogosławionym odnalazłem właściwą ulicę i mogłem rozpocząć zwiedzanie kościołów i wizytę w porcie. Do Katedry nie dało się wejść z powodów bezpieczeństwa, ale ten niedosyt został w pełni zrekompensowany przez cudownej urody bazylikę Notre Dame, położoną na wzgórzu i wyraźnie górującą and miastem.
Wspinaczka do niej była nie lada wyzwaniem, ale
wysiłek w pełni się opłacił. Panorama miasta z tej perspektywy przypomina
krajobraz Neapolu widziany z Wezuwiusza. Zobaczyć Marsylię i umrzeć –
nienajgorsze to rozwiązanie.
Ja jednak nie chciałem żegnać się ze światem – w końcu
czekało mnie najlepsze, czyli wizyta w porcie i rejs do zamku położonego na
wyspie d’If. Takich przyjemności nigdy sobie nie odmawiam, jak jestem w
miejscowości nadmorskiej, i cena nie gra tu roli. Na szczęście była ona do
przyjęcia, i nie zbankrutowałem. Sama twierdza, która niegdyś pełniła również
rolę więzienia (opisanego m.in. w książce „Hrabia Monte Christo” A. Dumasa),
jest z pewnością warta odwiedzin i nie straciłem tam czasu.
Po powrocie na ląd mogłem w spokoju przechadzać się pięknymi
uliczkami Marsylii i poobserwować miejskie zwyczaje. Między innymi byłem
świadkiem ślubu pary muzułmańskiej i przemarszu ich rodzin przez miasto. Bardzo
ciekawe doświadczenie.
Wieczorem wróciłem na kolację do tej samej restauracji co
dzień wcześniej, by znowu zjeść smażone karczochy z miętą, tym razem podwójną
porcję. Lokal był jednak w całości zarezerwowany i musiałem obejść się ze
smakiem – dosłownie. Szukając innej jadłodajni, znowu przytrafiła mi się ta
nieszczęsna sytuacja – proszę o menu, dostaję tablicę, nic nie mogę odczytać,
wybieram losowo danie, najbardziej kierując się ceną. Trafiłem bardzo dobrze,
ale nie tak jak w piątek.
W niedzielę rano, przechodząc przez wszystkie możliwe
czerwone światła, zameldowałem się na dworcu, by pociągiem TGV wyruszyć do
Lyonu.
Jestem miłośnikiem kolei i często poszukuję okazji, by
podróżować właśnie tym środkiem transportu. Jednym z powodów wyboru Francji
była właśnie możliwość przejechania się sławnym pociągiem. Jeszcze w Polsce
zakupiłem oba bilety (do Lyonu i z powrotem). W drugą stronę postanowiłem nawet
sięgnąć głębiej do kieszeni i wybrałem pierwszą klasę.
Na początku nie byłem zachwycony TGV. Spodziewałem się, że
zrobi na mnie nieco większe pierwsze wrażenie. Wagony nie prezentują się zbyt
nowocześnie, raczej staroświecko – zwłaszcza wewnątrz. W trakcie jazdy
(szczególnie wieczornej do Marsylii) zacząłem jednak doceniać ten wygląd Czułem
się komfortowo, tak ciepło i rodzinnie, w przeciwieństwie do z pewnością klasowego,
acz zimnego dizajnu Pendolino.
W Lyonie wylądowałem po dwóch godzinach. Dworzec jest nieco
oddalony od ścisłego centrum, acz ma jedną niezaprzeczalną zaletę – dzięki
bliskości ze słynnym wieżowcem, tzw. „Crayon” (ołówek) łatwo zlokalizować
właściwą drogę do zabytków.
Od początku dnia na niebie było sporo chmur, ale dosyć długo
nie spadła z nich ani jedna kropla deszczu. Lyon jest pięknym miastem,
przeciętym przez dwie rzeki (Rodan i Saonę), płynące przez środek. Niejeden raz
trzeba było więc przejść przez most, co było dodatkowym szczęściem, bo z
każdego z nich rozciągały się cudowne krajobrazy z dominującą bazyliką Notre
Dame, widoczną z daleka.
Znajduje się ona – podobnie jak w Marsylii – na sporym
wzniesieniu. Można do niej dojść na nogach, ale ciekawszym rozwiązaniem jest
wybór kolejki, tzw. Funiculaire.
Dzięki pewnej sztuczce można się nią przejechać
nawet trzykrotnie zamiast wykupionych dwóch przejazdów, jednak zostałem
pokarany za swój spryt, bo w dzielnicy Saint Just zaczął padać rzęsisty deszcz,
a w związku z tym, że była niedziela, nie do końca miałem gdzie się schronić
(jak to w bywa w cywilizowanych krajach: w dni świąteczne prawie wszystko
zamknięte).
Lyon jest uważany za jedno z najbardziej katolickich miast
Francji. Kościołów jest sporo, z zewnątrz prezentują się pięknie, lecz
zdecydowana większość z nich była zamknięta. Było to dla mnie spore zaskoczenie
i poniekąd zawód. Otwarte były tylko katedra i bazylika Notre Dame.
Wielkie
wrażenie robi zwłaszcza ta druga. Oprócz właściwej świątyni, prawdziwym skarbem
jest ukryta w podziemiach krypta św. Józefa z polskim akcentem – kopią obrazu
Matki Bożej Częstochowskiej, zauważalną od razu po wejściu, a także malowidłem
dotyczącym Camino. Stojąc przed nim utwierdziłem się w przekonaniu, że należy
dołączyć do grona setek tysięcy pielgrzymów z całego świata i ruszyć w tę
historyczną drogę.
Opuszczając kościół, warto pobyć dłuższą chwilę na wzgórzu
Fourviere, gdyż stąd rozciąga się najlepszy widok na Lyon, a podobno przy
dobrej pogodzie można nawet dostrzec Mont Blanc.
Schodząc niżej, warto też odwiedzić Amfiteatr z czasów Rzymskich. Wejście za darmo, a jak nam się poszczęści, to można wysłuchać amatorskich koncertów śpiewających turystów, korzystających z doskonałej akustyki miejsca.
Lyon słynie nie tylko ze wspaniałych świątyń, ale również z
bardzo wysoko rozwiniętej sztuki ulicznej. Najbardziej znany mural to Fresque
des Lyonnais, położony nad Soaną, który zajmuje dwie ściany kamienicy i
przedstawia najsłynniejszych obywateli miasta – takich jak m.in. bracia Lumiere
czy Antoine de Saint Exupery. Prezentuje się fantastycznie i jest wizytówką
metropolii.
Warto też oglądnąć Mur des Canuts, do którego najlepiej
dojechać metrem, bo znajduje się w sporej odległości od centrum. Turyści
najczęściej robią sobie z nim zdjęcia, udając, że siedzą na schodach. Malunek
wygląda tak realnie, że z łatwością można ulec temu złudzeniu.
Korzystając z pogody, gdyż wreszcie wyszło słońce i zrobiło
się nad wyraz ciepło, zrobiłem sobie bardzo długi spacer po północnej części
miasta, rozpoczęty pod muralem, a zwieńczony wizytą w parku de la Tete d’Or, w
którym mieści się mini zoo, ogród botaniczny, a nawet siedziba Interpolu.
Niezwykle przyjemne miejsce, idealne na odpoczynek przed końcem pobytu we
Francji.
Wyjazd do Marsylii i Lyonu był wspaniałym czasem, który
pozwolił mi na zakochanie się w tym kraju. Oba miasta zauroczyły mnie na tyle,
że choć w zasadzie zwiedziłem je prawie całe, to już w przyszłym roku planuję
powtórkę. Na dworcu w Lyonie dostrzegłem różne możliwe destynacje podróżnicze i
z jednej zamierzam skorzystać.
Po powrocie do Palmy czekało mnie już tylko kilka dni pobytu
na wyspie, ale były one niezwykle intensywne. Na tyle, że kąpałem się w morzu
już tylko raz. W środę udałem się na wycieczkę po Majorce, podczas której
odwiedziłem swoje ulubione miejsca, czyli niezwykle uroczą i zabytkową Alcudię,
z jej pięknym starym miastem, Port d’Alcudia i Cala Pi. Ta ostania miejscowość
leży na całkowitym uboczu, lecz dla mnie to stanowi jej ogromną zaletę, więc
zawsze szukam okazji, by kolejny raz ją odwiedzić.
Pożegnalny wieczór w Palmie był świetny, ale zakończył się
niepodziewanie, bo obławą policyjną w El Arenal. W ostatnią noc przyszło
zapłacić mandat…
Cała wycieczka była perfekcyjna. Jesień na Majorce to
wyjątkowy czas gwarantowanej pogody i wielkich przeżyć. Dla mnie idealna
mieszanka aktywnego wypoczynku oraz zwiedzania pięknych miejsc. Raj, który aż
żal opuszczać.
Wycieczka nr 15 (6
października, sobota – Sandomierz)
Bardzo nieoczekiwana, ale wspaniała wycieczka jednodniowa do
Sandomierza. Poranne plany były zupełnie inne. Wydawało mi się, że tego dnia
wyląduję w miejscu bliższym geograficznie Krakowowi, ale nic nie poradzę, że
Sandomierz ma tak wielką siłę przyciągania. Przekonałem się o tym po raz
kolejny.
Dopisała niezwykle pogoda – było bardzo ciepło jak na
październik, spokojnie można było chodzić w lekkiej koszuli. Po zjedzeniu
pysznych pierogów w ogrodach Dominikanów, swoje kroki skierowałem na rynek i
stare miasto. Godzinny spacer musiał mi wystarczyć, bo pilne sprawy wzywały do
Grodu Kraka. Chociaż pobyt był krótki, to przyniósł mi wiele satysfakcji.
Sandomierz jesienią jest równie piękny jak wiosną i latem.
Podsumowując, w minionym roku 4 razy byłem w Sandomierzu,
czym ustaliłem swój nowy rekord. W tym zamierzam go wyrównać :)
Wycieczka nr 16
(25-28 października, czwartek-niedziela – Praga, Drezno, Miśnia, Lipsk,
Goerlitz, Wrocław)
Rok 2018 turystycznie zamknąłem bardzo długim weekendem w
Czechach i Niemczech. Nie licząc braku słońca przez całe 4 dni (no dobra, w
Lipsku wyszło na godzinę zza chmur), to wyjazd udał się w pełni.
W trasę ruszyłem busem do Pragi jeszcze w środę wieczorem.
Po 8 godzinach jazdy wylądowałem na dworcu Florenc. Tu nastąpił pierwszy
problem: jak z niego dojść do centrum? Nie mogłem znaleźć ulicy z mojego planu,
a napotkani Czesi w ogóle nie mówili po angielsku. Z własnego doświadczenia
wiem, że języki polski i czeski są, wbrew obiegowym opiniom, kompletnie do
siebie niepodobne, więc nawet nie próbowałem dogadać się po naszemu. Zmuszony
sytuacją postanowiłem po omacku poszukać właściwej ulicy i w sumie trafiłem za
pierwszym razem. Nie minęło 10 minut, a zameldowałem się na rynku.
Prezentował
się on ładnie, tak bardzo niebiesko. Musiał to być rezultat niedawnego wschodu
słońca, zachmurzonego nieba i świateł z latarni. Razem dało to nadzwyczajny
efekt i na głównym placu spędziłem więcej czasu, niż zamierzałem. A czas mnie
właśnie gonił. Z powodu oszczędności nie planowałem noclegu w stolicy Czech i
popołudniu miałem kolejny przejazd, więc Pragę zwiedzałem w ekspresowym tempie.
11 godzin wystarczyło jednak, by zaliczyć wszystkie główne atrakcje, kilka
muzeów, a nawet zjeść obiad (oczywiście knedle; dwie uwagi na marginesie – w restauracji
obsługiwała mnie Polka, a na rachunku do obiadu od razu została doliczona
obsługa – czytaj napiwek. Jedno i drugie mi się spodobało).
Pierwsze kroki skierowałem do Mostu Karola. Faktycznie robi
imponujące wrażenie, choć wzrok przyciągał nie tylko on sam, czy z daleka
widoczne Hradczany, ale także urodziwe młode Azjatki, które w liczbie co
najmniej kilku robiły sobie sesje zdjęciowe w efektownych sukniach ślubnych.
Około godz. 8 było naprawdę chłodno, a dodatkowo zaczął kropić lekki deszcz,
lecz przyjezdnym z dalekiego kraju widocznie to nie przeszkadzało i dzielnie
pozowały nie tylko swoim fotografom, ale także turystom.
Po przejściu na drugą stronę Wełtawy, zamiast skręcić w
prawo w kierunku zamku i katedry, postanowiłem wcześniej zrobić sobie dłuższy
spacer po Malej Stranie.
Wielki żal, że nie miałem nieco lepszej pogody i byłem tam
bardzo wcześnie rano. Chętnie zajrzałbym do którejś z urokliwych kawiarenek,
ale wszystkie były zamknięte. Sama dzielnica sprawia bardzo pozytywne wrażenie
– jest udanym połączeniem nowoczesności z tradycją i zabytkami.
Oprócz licznych kościołów, wyjątkową atrakcją jest ściana
Johna Lennona, cała wymalowana w graffiti o pokojowym i antykapitalistycznym
przesłaniu. Mnie te poglądy są bliskie, więc zapatrzyłem się na dłuższą chwilę.
Nie zapomniałem jednak, po co tu przyjechałem i wreszcie
udałem się na Hradczany. Zwiedzanie tego wyjątkowego wzgórza rozpocząłem od
Lorety, czyli kompleksu barokowych budynków sakralnych, które dziś pełnią role
przede wszystkim muzealną. Wystawa jest bogata i bardzo zróżnicowana,
zgromadzonych zostało pełno skarbów kościelnych. Oglądając tyle zachwycających
eksponatów, aż trudno uwierzyć, że Czechy z takim dziedzictwem są najbardziej
zlaicyzowanym krajem w Unii Europejskiej.
Loreta leży nieco na uboczu, więc zachodzi tam mało
turystów. Gdzie oni się skryli? Ano, wszyscy byli już obecni pod katedrą św.
Wita. Kolejki do świątyni są podobno legendarnie długie, jednak nieprzypadkowo
w stolicy Czech znalazłem się w dniu powszednim (czwartek) pod koniec
października. Nie minęło parę minut i już byłem w środku.
Dzięki zakupionemu wcześniej biletowi, miałem pełną swobodę
poruszania się po kościele. Nie wiem, czy bardziej imponuje on wewnątrz, czy z
zewnątrz. Katedra św. Wita jest prawdziwym cudem architektonicznym, do którego
jak się raz wejdzie, to nie chce się go opuszczać. Czyste i wielkie piękno.
Dopiero w tym miejscu ujrzałem swój błąd, że w tak późnym wieku zdecydowałem
się na pierwszą wizytę w Pradze.
Katedra zachwyca tym bardziej, że jest doskonale zachowana i
odrestaurowana. W przeciwieństwie do pobliskiej bazyliki św. Jerzego, która
przypomina świątynię rodem z czasów pierwszych chrześcijan, ale ma to swój
niezaprzeczalny urok.
Wizytę w zamku sobie odpuściłem, zamiast tego udałem się do
tzw. Złotej Uliczki, czyli jednej z nielicznych tego rodzaju, za których
przejście trzeba uiścić zapłatę, i to niemałą. Atrakcja to nie lada, bo ulica
jest wąska i obstawiona niskimi budynkami, w których pomieściły się różne muzea
lub sklepy z pamiątkami, lecz w sumie wrażenia nie zostają na długo.
Ciekawostka, ale pozytywna opinia o niej chyba przesadzona.
Zwiedzanie Hradczan to czysta przyjemność i przeżycie
estetyczne. Wracając do miasta przez ładny ogród, rozciąga się przed nami nie
mająca końca panorama Pragi.
W planach była jeszcze wizyta w Muzeum Kafki, ale wybrałem
obiad i spacer po nowocześniejszej części stolicy Czech. Nawet w galeriach
handlowych są wystawiane dzieła sztuki i to sławne na cały świat. Dostępność na
wyciągnięcie ręki i za darmo. W przeciwieństwie do mapek, za które nawet w
informacji turystycznej trzeba płacić. Spotkałem się z czymś takim pierwszy raz
w życiu. Oczywiście, nie kupiłem!
Pobyt w Pradze był niezwykle intensywny, lecz nie mogłem
zostać dłużej, bo czekała na mnie Saksonia. Dwie godziny jazdy busem i
znalazłem się w Dreźnie, gdzie znowu po wyjściu z dworca straciłem orientację.
Trochę mi zajęło znalezienie właściwej ulicy i w hotelu zameldowałem się już po
zmroku. Wieczorna przechadzka po mieście była więc krótka, lecz treściwa.
Drezno zostało w trakcie II wojny światowej boleśnie
zbombardowane, lecz dzisiaj nie widać po zniszczeniach już większych śladów i
przypomina o nich głównie historia. Centrum miasta jest kompaktowe, w sumie
jeden spacer wystarczy, by wszystko zapamiętać, toteż moja mapka szybko
przestała mi być potrzebna. Nocleg miałem położony blisko centrum, ale nieco na
uboczu, co zawsze wydaje się być idealnym rozwiązaniem.
W stolicy Saksonii najważniejsze do zwiedzania są muzea i
kościoły. Co do tych pierwszych, to do tej pory rzadko do nich zachodziłem. Nie
jestem wielkim miłośnikiem sztuki, dodatkowo przemawia za mną krakowskie
skąpstwo. Ten wyjazd jednak był dla mnie przełomowy i postanowiłem wycisnąć z
niego maksimum, jeśli chodzi o przeżycia estetyczne.
Zbiory w muzeach w Dreźnie są znane na cały świat i jest to
sława zasłużona. Ich wizytację zacząłem od Pałacu Zwinger z imponującym ogrodem
pośrodku. W trakcie mojej wizyty trwał tam remont, a banery i tymczasowe
ogrodzenie niestety znacznie psuły widok.
Do godz. 10, o której otwierali Galerię Obrazów Starych
Mistrzów, pozostało jednak trochę czasu, więc spacer po nim okazał się
nieodzowny. Najciekawsze znajduje się na jego tyłach, gdzie można znaleźć
bardzo ładne fontanny z oszałamiającą liczbą rzeźb. Nie są one jednak chyba
regularnie sprzątane, dlatego sprawiają wrażenie nieco zapomnianych, co
tworzyło wokół nich pewną aurę tajemniczości. Do mnie ten niezamierzony chyba
zabieg przemówił i w trakcie wieczornych spacerów również tu zaglądałem.
Po otwarciu bram muzeum ruszyłem do oglądania pięknych
obrazów. Postanowiłem zaszaleć, więc wykupiłem bilet na wszystkie wystawy stałe
i czasowe. Dzięki temu zobaczyłem między innymi sławne dzieło Jeana-Etienne'a
Liotarda „Dziewczyna z czekoladą” czy też „Madonnę Sykstyńską” Santiego oraz
wiele innych wspaniałych malunków.
Na tym kolekcja Pałacu Zwinger jednak się nie kończy. W
zasadzie można tu spędzić cały dzień, chodząc od jednej sali do drugiej.
Zdecydowałem się jeszcze oglądnąć imponujące zbiory porcelany i przyrządów fizyczno-matematycznych.
Kolejne skarby czekały na mnie w zamku, który mało
przypomina twierdze znane z Polski. Za to eksponaty ma niepowtarzalne. Przede
wszystkim legendarne chyba „Zielone sklepienie” – podobno najbogatsza kolekcja
klejnotów na naszym kontynencie. Widać to po środkach bezpieczeństwa, jakie przedsięwzięto
w galerii. Poruszanie się pomiędzy salami bywało utrudnione.
Zbiory robią przytłaczające wrażenie i to pod każdym
względem. Nie spotkałem się wcześniej z takim nagromadzeniem bogactwa w jednym
miejscu. Warto to oglądnąć na własne oczy, nawet jak nie jesteśmy specjalnie
zainteresowani turystyką muzealną.
W Niemczech świątynie najlepiej ogląda się…. w trakcie
koncertów muzyki poważnej, które odbywają się albo codziennie albo prawie
codziennie. Ja wybrałem sobotni wieczór i wysłuchanie „Te Deum” w murach
kościoła św. Maryi Panny.
Dom modlitwy został w pełni przystosowany do wymagań, jakie
stoją przed salą koncertową. Każda trybuna ma osobne wejście i początkowo
niełatwo je znaleźć. Musiałem obejść cały budynek, aż trafiłem na właściwe
drzwi. Po przejściu na drugie piętro moim oczom ukazał się zachwycający widok –
wspaniałe połączenie kościoła i opery w jednym. Cała forma religijna obiektu
została zachowana z ołtarzem na czele. Ale ławki wraz z balkonami i lożami
położonymi na kolejnych piętrach przypominały cudowny teatr. Całość zapewniała
wspaniałą akustykę.
W trakcie występu artystów nie wolno robić zdjęć, ale to
dobrze, bo skupiłem się na słuchaniu wspaniałej muzyki. Gdy ucichły głosy
śpiewaków i instrumenty, oczywiście wybrałem się na spacer po świątyni. Jeszcze
długo nie chciałem wracać do hotelu.
Nietypowa wizytę odbyłem w katedrze katolickiej. W niedzielę
rano udałem się tam celem uczestnictwa w mszy św. Szczerze mówiąc, trochę się
spóźniłem, dlatego na początku musiałem znaleźć drzwi wejściowe (nie znajdowały
się w oczywistym miejscu). Po ich otwarciu pierwsze zdziwienie. Zamiast
księdza, wiernych i ołtarz, ujrzałem schody. Prowadzony przez wyraźne już
śpiewy religijne ruszyłem na górę i znalazłem kolejne drzwi. Po ich otwarciu
drugie zdziwienie. Gdzie jest kapłan? Gdzie są ludzie? No cóż, w całej Saksonii
katolików jest oficjalnie około 3%. Dlatego też pierwsza msza niedzielna odbyła
się…. w bocznej kaplicy. Z polskiej perspektywy niecodzienne, ale dla mnie
frapujące doświadczenie. W ogóle lubię chodzić do zagranicznych kościołów i
podglądać obce zwyczaje. Mam z każdego wyjazdu dużo obserwacji i refleksji.
Po zakończeniu nabożeństwa nastał czas zwiedzania. Katedra z
zewnątrz prezentuje się majestatycznie, wewnątrz już dużo skromniej. W sumie
wygląda jak zwykły kościół, może nieco większy niż przeciętnie. Uwagę
najbardziej zwraca zamontowana w środku… winda. Niemcy są jednak bardzo
praktycznym narodem, i to w nich cenię.
Na sam koniec pobytu w Dreźnie odwiedziłem jeszcze kościół
św. Krzyża, który wcześniej mijałem wielokrotnie, gdyż znajdował się obok
hotelu, gdzie nocowałem.
Dzięki fantastycznym połączeniom kolejowym i autobusowym
łatwo poruszać się po kraju naszych zachodnich sąsiadów. Do Lipska kolej
odjeżdża co godzinę, do Miśni co pół godziny. Zwłaszcza to drugie miasto mnie
zachwyciło. Słynie przede wszystkim ono z wyrabiania porcelany, bardzo
popularnej również w Polsce. Tradycyjnie, pogubiłem drogę po wyjściu z dworca,
ale w końcu zameldowałem się pod siedzibą manufaktury. Nie była ona jednak moim
celem, więc krótka przechadzka po budynku całkowicie mnie zadowoliła i ruszyłem
w kierunku starego miasta.
Jest ono niezwykle urokliwe i od razu mi się bardzo
spodobało. Zamek z Katedrą położone są na wzniesieniu. Prowadzą do nich kręte
wąskie drogi. Podejście jest naprawdę strome, ale wysiłek rekompensują widoki i
ciekawa architektura.
Po wyjściu na górę rozpocząłem właściwe zwiedzanie. Katedra
św. Jana i św. Donata imponuje rozmiarem, a zwłaszcza wysokością. Trudno ją
ogarnąć aparatem. W środku świątyni te gabaryty jeszcze bardziej przytłaczają.
Człowiek czuje się mały wobec jej ogromu oraz wielkiej historii, która jest tu
bardzo namacalna.
Kiedy Katedra onieśmiela swoim majestatem, to zamek raczej zaskakuje,
a momentami nawet bawi. Wydawało mi się, że kapcie w muzeach odeszły już dawno
na emeryturę, ale widać, nawet w Niemczech są miejsca, gdzie trzymają się
mocno. W Miśni trzeba było je założyć w jednej sali. Samo muzeum jest
przyzwoite. Ciekawe dzieje Saksonii i miejscowego biskupstwa zostały podane w
przystępnej formie.
Uroda miasta, bogata historia, a jednocześnie panujący tu
spokój od razu skojarzyły mi Miśnię z Sandomierzem. Spacerując po niej,
wymyśliło mi się, że świetnie pisałoby się tutaj książkę. Na pewno będę chciał
tu wrócić.
Do Lipska także, bo czemu nie. Przede wszystkim to
fantastycznie miejsce dla miłośników muzyki. To tu większość życia spędził
wybitny kompozytor Jan Sebastian Bach, o czym z dumą przypominają opowiadające
o nim muzeum oraz kościół św. Tomasza, gdzie był kantorem. W trakcie wizyty w
świątyni nietrudno załapać się na mini koncert muzyki Bacha, co znacznie
uprzyjemnia jej zwiedzanie i wydłuża pobyt. Ja to szczęście miałem, a piękne
melodie jeszcze długo siedziały mi w głowie.
Lipsk jest przyjemnym miastem do spacerowania. Sporo
zabytków, ładna architektura, szerokie aleje, niemały rynek. Wiele jest też
polskich śladów (Józef Poniatowski!). Tylko brak czasu i chłód przeszkodziły,
by usiąść w jednej z kawiarni i z tej perspektywy oglądać to wszystko.
Wniosek jest prosty: jednak trzeba wrócić nie tylko do
Miśni, ale i do Lipska.
Niedziela przeznaczona była głównie na bezpieczny transport
do domu. Najpierw koleją do granicy z Polską, choć nie bez problemów, bo
wsiadłem do złego pociągu (zdarzyło mi się to drugi raz w życiu). Efektem było
marznięcie na podmiejskim dworcu, lecz i tak miałem szczęście, że nie przyłapał
mnie na tej pomyłce żaden konduktor.
W Goerlitz na zwiedzanie niestety nie miałem czasu.
Dodatkowo, popsuła się pogoda, więc wystarczyć musiała mi wizyta w lokalnej
piekarni, skąd obserwowałem, jak reprezentacyjną ulicą suną w deszczu tramwaje.
Po drodze do Krakowa zaliczyłem także Wrocław, gdzie aura
była jeszcze gorsza i rozpadało się na dobre. Mimo niedostatku słońca
(brakowało go, oj brakowało), wyjazd uważam za w pełni udany. Zwiedzałem piękne
miasta, przełamałem się w kwestii muzeów, do których wcześniej zachodziłem
rzadko (a to chyba błąd), a koncert w Drezdeńskiej świątyni zapamiętam na
długo, dzięki wrażeniom wzrokowym i słuchowym. Idealna wycieczka na koniec
świetnego turystycznie roku.
Wszystkim czytelnikom mojego blogu dziękuję, że dotrwaliście
ze mną do końca moich wspomnień. W styczniu zapraszam do podsumowania bieżącego
roku. Dzieje się dużo, i będzie się jeszcze działo. Jutro (10 sierpnia) rozpoczynam
urlop :)


























































Komentarze
Prześlij komentarz