Turystyczne podsumowanie roku 2020
Rok 2020 przejdzie do annałów jako jeden z najgorszych i najdziwniejszych w historii ludzkości. Ja jednak jestem pewnym wyjątkiem, gdyż okres pandemii pod wieloma względami mi służy(ł): miałem więcej wolnego czasu (przydał się w pomocy remontu domu w Okulicach), awansowałem w pracy i dostałem podwyżkę oraz podleczyłem choroby, które mi od dawna dolegały. Szczęśliwie, dotychczas udało mi się także uniknąć koronawirusa.
Wady zarazy widzę w zasadzie tylko dwie: bezustanna troska o zdrowie rodziny i przyjaciół (dlatego przestrzegam wszystkich zaleceń), a także poważne ograniczenia w podróżowaniu. Pandemia bardzo wpłynęła na moją działalność turystyczną, dlatego jeden wpis wystarczy, by podsumować moje dokonania w ubiegłym roku.
W sumie odbyłem tylko 9 wycieczek, w tym dwie do Hiszpanii (Andaluzja i Majorka) oraz siedem po Polsce (głównie Małopolska i województwo Świętokrzyskie).
Przy przygotowaniu tego tekstu zauważyłem kolejny paradoks. Chociaż kontakty międzyludzkie są nierekomendowane, a sam mam duże doświadczenie w podróżowaniu samotnym, to jednak wszystkie wycieczki w 2020 roku odbyłem z kimś. Towarzystwo, jak zawsze, było fantastyczne, lecz wzorem swoich poprzednich podsumowań, każdy wyjazd opisuję tak, jakbym w trasę wyruszał bez kompanów.
Mam nadzieję, że moje reminiscencje staną się dla Was inspiracją do eksplorowania świata na własną rękę. Gdy będzie to i możliwe, i bezpieczne. Nie zapominajmy, że warto podróżować, a turystyka jest ważną gałęzią gospodarki.
Zaczynamy! (Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa).
Wycieczka nr 1 (12 stycznia, niedziela – Radom)
Do Radomia wybierałem się od jakiegoś czasu, wreszcie udało się w drugą niedzielę roku. Akurat tego dnia wypadała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Dawno nie widziałem tak wielu wolontariuszy z puszką, byli obecni średnio co 50 metrów, urozmaicając niezbyt pełne, z powodu przejmującego zimna, tego dnia ulice.
Wędrówkę rozpocząłem od wizyty w Katedrze, a następnie swoje kroki skierowałem do ulicy Żeromskiego, która pełni rolę miejscowego deptaka. Centrum Radomia jest dosyć zwarte, więc zdecydowaną większość zabytków można zwiedzić w trakcie jednego, niedługiego spaceru (w zasadzie oddalony jest tylko kościół św. Wacława). Pozytywnie zaskoczył mnie, i piszę to serio, udany pomnik Marii i Lecha Kaczyńskich. Jeden z nielicznych, gdzie para prezydencka przypomina siebie. Znajduje się przed kościołem św. Katarzyny Aleksandryjskiej.
Przechadzkę zakończyłem na lokalnym rynku. Jego widok nieco mnie, niestety, zasmucił. Główny plac jest sporych rozmiarów, lecz okoliczna architektura skłania do różnych refleksji, tylko akurat nie do zachwytu. Ogólnie opustoszały plac wygląda na porzucony nie tylko przez ludzi, ale również i Boga. Wyróżnia się w zasadzie tylko jeden budynek, który był moim celem – muzeum im. Jacka Malczewskiego. Patron placówki kulturalnej został też bohaterem wystawy czasowej, a dokładnie kobiety, jakie namalował.
Została zebrana imponująca kolekcja (obrazy ściągano z całej Polski), która stanowiła przekrój twórczości mistrza portretów. Ekspozycja była nader interesująca, i godna najbardziej zacnych galerii w naszym kraju. W przestronnych salach, w spokoju, podziwiałem dzieła malarza i piękno modelek.
Znajdując się na miejscu, skorzystałem z okazji i oglądnąłem inne zbiory. Bardzo ciekawa była część przyrodnicza, poza tym polecam pokój poświęcony Leszkowi Kołakowskiemu, filozofowi urodzonemu w Radomiu. Dodatkowo, oczywiście, kupiłem magnes. Z nim mogłem spokojnie wracać do domu, zadowolony, że w końcu postawiłem swoją stopę na radomskiej ziemi.
Wycieczka nr 2 (1 lutego, sobota – Rzeszów)
Najlepszy dowód, że w lutym jeszcze nikt nie spodziewał się, jak będzie wyglądała reszta roku. Jadąc do Rzeszowa, miałem w planach kolejną wizytę w cieplejszym miesiącu, i wtedy chciałem porobić zdjęcia.
Wyjazd udał się w pełni, po raz pierwszy byłem w Rzeszowie zimą i w tych okolicznościach przyrody to miasto również robi bardzo korzystne wrażenie. Spacer po urokliwym centrum, pobyt w Słocinie. Żal, że tak krótko, ale wieczorem miałem swoje obowiązki w Krakowie. Liczę na dłuższą powtórkę w tym roku :)
Wycieczka nr 3 (26-29 lutego, środa-sobota – Sewilla, Jerez de la Frontera, Kadyks, Kordoba)
W lutym chciałem rozpocząć cykl podróży zagranicznych w 2020 roku, który miał potrwać do czerwca. Co miesiąc inny kraj. Wszystko było zaplanowane, bilety wykupione, noclegi zamówione. Skończyło się jednak tylko na podróży do Andaluzji, gdzie koronawirus już szalał i notowano pojedyncze zgony. W Polsce jeszcze czekaliśmy na pierwszy przypadek zachorowania, i, o mało co, konferencję prasową Sanepid organizowałby nie w Słubicach, lecz w Krakowie. Na szczęście skończyło się w moim przypadku tylko na parodniowej kwarantannie :)
Sewilla od dawna była moim celem. Jako że Andaluzja jest uważana za najcieplejszy region Europy, uznałem za najstosowniejsze odwiedzić ją zimą, gdy nie będzie jeszcze upałów i tłumu turystów. Z pogodą trafiłem wręcz idealnie, bo codziennie było około 20 stopni Celsjusza, a w Kordobie termometry pokazywały nawet 25 „kresek”. Kurtka przydawała się wyłącznie wieczorami.
Bardzo lubię dokładnie planować wyjazdy, ale zawsze jest jakiś szczegół, który przegapię. Na szczęście los często daje mi drugą szansę. Otóż terminarz był tak napięty, że zabrakło już czasu na zwiedzanie Katedry w Sewilli, czyli w zasadzie najważniejszego zabytku. Okazja do wizyty w świątyni, i to za darmo, nadarzyła się jednak sama. Pierwszy dzień przypadł akurat na Środę Popielcową. Spacerując wieczorem ulicami miasta, ujrzałem otwarte na oścież wrota Katedry. Pół godziny przed wieczorną mszą świętą wystarczyły, by dokładnie obejrzeć wnętrze kościoła i porobić zdjęcia. Wspaniale prezentował się zwłaszcza kunsztownie ozdobiony ołtarz. Duże wrażenie zrobił też grobowiec Krzysztofa Kolumba.
Sama eucharystia była ciekawym przeżyciem, choć nieco niepokoił mnie kaszlący obok jegomość, a mówię tu o czasach, gdy nie nosiło się jeszcze maseczek. Popiół na moją głowę posypał ówczesny biskup Sewilli, abp Juan José Asenjo Pelegrina.
Pierwszy dzień zakończył się więc niespodziewanie szczęśliwie, lecz dobry humor dopisywał mi i wcześniej. Po wylądowaniu na lotnisku i szybkim przedostaniu się na dworzec kolejowy, czekała mnie około 20-minutowa przechadzka do hotelu. Jego wielkim atutem było położenie, w zasadzie 5 minut na nogach od ścisłego centrum. Pokonywałem tę trasę wielokrotnie, idąc bocznymi wąskimi uliczkami, którymi bardzo łatwo było się zgubić. Po kilku próbach jednak poznałem sekret tego labiryntu i trafiałem szybko do celu, więc w zasadzie każdą wolną chwilę spędzałem na głównym placu.
Pierwszy spacer po Sewilli poprowadziłem jednak inną drogą. Udałem się najpierw w kierunku Domu Piłata, i krocząc od jednego wiekowego kościoła do drugiego, trafiłem pod monumentalny Metropol Parasol. Trudno scharakteryzować ten budynek, ale jest on znakiem rozpoznawczym stolicy Andaluzji i przykładem nowoczesnej architektury, dobrze komponującym się z otoczeniem. No i posiada wysokie walory przydatności, gdyż zgodnie ze swoją nazwą, chroni przed wszechobecnym tu słońcem.
Stamtąd było już blisko do centralnej części miasta z najważniejszymi obiektami. Pierwszy odpoczynek postanowiłem zrobić sobie pod pięknym kościołem del Divino Salvador. Niestety, czego bardzo żałuję, zabrakło mi czasu, by odwiedzić go w środku, mam więc wielki powód, by wrócić do Sewilli.
Zresztą miasta tego nie da się w pełni zobaczyć za jednym razem. Spędzić tu tydzień, to zdecydowanie za krótko. Mój ubiegłoroczny pobyt był sztuką wyboru, co „zaliczyć”, a co pominąć. Do pierwszej kategorii zmieściło się jeszcze oglądnięcie Głównego Archiwum Indii, wieży del Oro i odwiedziny w Fabryce Cygar :)
Największa atrakcja w Sewilli czekała mnie jednak nazajutrz, z samego rana. Tym razem byłem perfekcyjnie przygotowany, to znaczy bilet nabyłem już wcześniej. I bardzo się przydał, bo przed Alkazarem ustawiono dwie kolejki – dla tych przezornych i tych mniej. Wszedłem jako jeden z pierwszych :)
Alkazar to pałac władcy, położony w centrum miasta. W Hiszpanii można znaleźć wiele takich warowni, ta z Sewilli to jedna z najsłynniejszych. Sięga czasów jeszcze kalifatu (XI-XII wiek).
Cały kompleks jest ogromny i zwiedza się go długo, a nawet można pogubić się w kolejnych salach muzealnych czy ogrodach ze wspaniałymi oczkami wodnymi i fontannami. Rzadko obcuje się z dziełami sztuki (między innymi ceramika z symboliką Camino!) w tak wyjątkowym otoczeniu.
A to nie wszystko, bo na sam koniec do odwiedzin zaprasza pałacowy park, gdzie z łatwością znajdziemy spokojniejsze miejsce, by wypocząć po trudach chodzenia.
Pragnęłoby się zostać tu cały dzień, co wydaje się doskonałą opcją. Marzeń miałem jednak więcej niż czasu, i chciałem również zobaczyć, czym mogą pochwalić się inne miasta Andaluzji, nie mówiąc o ujrzeniu oceanu :)
Pierwszym celem było Jerez de la Frontera. Słynie ono z dwóch rzeczy: alkoholu sherry (to oryginalne produkuje się właśnie tutaj) i stadnin koni. Zwierzęta widziałem przez płot w miejscowym Alkazarze, sherry już nie skosztowałem, pewnie dlatego, że jako pół abstynent w ogóle nie zamierzałem.
W zamian urządziłem sobie spacer po mieście z krótkimi postojami w dwóch kościołach: św. Michała i Katedrze. Na szczęście zapewniono możliwość kupna tańszego biletu na obie te atrakcje, toteż oszczędziłem pieniądze na magnes :) Dużo większe wrażenie zrobiła Katedra, z ukrytymi skarbami na jej końcu. Przed świątynią wyróżniały się za to schody – prawdziwie hiszpańskie, bo i szerokie, i z wieloma schodkami!
Niestety, zegarek nakazywał szybki powrót na dworzec zamiast, jak gwiazda, kroczyć nimi powoli. Pociągiem udałem się jeszcze bardziej na południowy zachód do Kadyksu. Dalej się już nie dało z prostego względu. Miasto jest bowiem oryginalnie położone, gdyż z trzech stron otacza go ocean, toteż będąc tutaj, wymyśliłem sobie, że idealnie nadawałoby się na emeryturę. Tyle plaż…
Kilka z nich zresztą zwiedziłem, a na jednaj zrobiłem sobie nawet selfie :) Akurat znajdowała się po drodze do twierdzy św. Sebastiana. Ładnie wytyczony szlak pozwala na schodzenie bliżej morza, gdzie w specjalnych kraterach co rusz dochodziło do erupcji wody oceanicznej. Oczekiwanie na ten „wybuch” stanowi nie lada gratkę, lecz akurat zawsze, gdy miałem włączone nagrywanie, to efekt był słabszy.
Chociaż rozpoczął się już Wielki Post, to akurat w Andaluzji wciąż trwał karnawał. Wiele balkonów i tarasów przyozdobiono ogromnymi podobiznami ludzkimi (zapewne karykatury lokalnych polityków), a na skwerach licznie i hucznie świętowano. Najspokojniej było na głównym placu przed Katedrą i kościołem św. Jakuba Apostoła. Obie świątynie wymagały opłaty, by do nich wstąpić, więc zrezygnowałem z tego pomysłu, lecz z zewnątrz prezentowały się wspaniale.
Najpiękniejsze widoki były jednak nad oceanem. Najszybciej da się go zlokalizować zaraz właśnie za Katedrą. Od tej strony prowadzi długi bulwar, którym idzie się cały czas nad morzem. Bardzo łatwo tu o piękny zachód słońca, gdy jaskrawo żółta kula „wpada” do wody”. Niezapomniany krajobraz.
Gdy wyraźnie zaczęło zmierzchać, skręciłem w zabytkową część miasta. Jest ona bardzo kompaktowa, ale nie oznacza to, że łatwo się po niej poruszać. Z powodu karnawału, aleje były zatłoczone, a dodatkowe utrudnienie stanowiła niezliczona ilość uliczek, nieoczekiwanych zakrętów. Spacerowanie wymagało więc nie lada orientacji w terenie. Koniec końców postanowiłem odrzucić plan i pozwoliłem sobie na zgubienie się, a dalej niosła mnie atmosfera fiesty.
W poszukiwaniu tapas na kolację, wylądowałem znowu na Placu Katedralnym, gdzie zajadałem się moimi ulubionymi krokiecikami. Do Sewilli wróciłem bardzo późno (niewiele przed północą), ale z nadmiaru wrażeń w ogóle nie chciało mi się spać.
Był to pewien kłopot, bo pociąg do Kordoby miałem następnego dnia o godz. 8.38, a czekała mnie wcześniej jeszcze minimum 20-minutowa przechadzka do stacji. Zdążyłem jednak wszystko załatwić i równo o godz. 10 zameldowałem się w jednym z piękniejszych miast Hiszpanii.
Dworzec był nieco oddalony od centrum, a miejscowi wydawali się spać o tak wczesnej godzinie, więc ulice wyglądały na opustoszone. Pogoda była rześka i dopiero zapowiadała późniejsze upały. Skończyło się tak, że obiad jadłem w ogródku restauracyjnym już w podkoszulku, co jak na luty wydaje mi się niezłym osiągnięciem.
Kordoba słynie z licznych zabytków. Oprócz wielu kościołów, efektownego mostu romańskiego, czy imponującego Alkazaru, turystów jak magnes przyciąga przede wszystkim Katedra Mezquita, która niegdyś pełniła rolę meczetu, gdy tą krainą władali Arabowie. Świątynia została zbudowana w VIII wieku i jest największym tego typu (byłym meczetem) budynkiem w Europie.
Miałem wcześniej wykupione bilety, kolejka szybko się przesuwała, więc zaraz po dotarciu znalazłem się w środku. Słowa i zdjęcia nie są w stanie oddać tego, co zachwyca nasze oczy. Niekończące się rzędy kolumn, czy odznaczająca się kaplica z pięknymi zdobieniami. Wspaniała mieszanka stylów architektonicznych, która razem tworzy wyjątkową całość. A to wszystko sprawia wrażenie nieskończonej przestrzeni, jak w bajkowym śnie.
Mezquita to jeden z najpiękniejszych widoków mojego życia, a na szczęście warunki pozwalają spojrzeć na nią również z zewnątrz. Wiedziałem, co robię, kupując kartę wstępu na pobliską dzwonnicę. Zależnie od piętra, zmienia się panorama i samej świątyni (z wysoka widać, jak jest monumentalna), ale także miasta. Kordoba warta jest każdej inwestycji, byle tylko tu przyjechać i zobaczyć to na własne oczy.
Trudno opuścić to miejsce. Emocje koiłem, spacerując wąskimi ulicami dzielnicy żydowskiej, która stanowi kolejny dowód na wyjątkowo różnorodne dziedzictwo regionu. Godne uwagi są synagoga, czy pomnik filozofa Majmonidesa, ale ja polecam przede wszystkim skręcić w okoliczne patia. Są one często bardzo ładnie ukwiecone i stanowią dodatkową, a nieoczywistą lokalną atrakcję.
Wieczór spędziłem już w Sewilli. Upłynął mi na radosnym świętowaniu. Szczęśliwie trafiłem nie tylko ze Środą Popielcową, ale równie uroczystym dniem był piątek, kiedy miejscowi obchodzili Dzień Andaluzji. Przypominały o tym wywieszone flagi regionu, a prawdziwe szaleństwo rozpoczęło się w nocy. Dzięki pomocy lokalnych przewodników trafiłem na plac Alameda de Hercules. To nieco oddalone od centrum zagłębie knajpiane Sewilli bardzo przypominało mój rodzinny Kraków, z cervezą (piwem) w ręku poczułem się więc jak w domu :)
Ostatni dzień poświeciłem na niespieszny spacer po Sewilli. Będę tęsknił za tym miastem i całą Andaluzją. Wrócę tu z pewnością jeszcze nie raz.
Wycieczka nr 4 (23 maja, sobota – Lanckorona, Kalwaria Zebrzydowska)
Po długiej przerwie spowodowanej pandemicznym zamknięciem oraz wchodzącym w decydującą fazę remontem domu w Okulicach, w maju wróciłem do podróżowania. Wybór padł na piękną Lanckoronę oraz Kalwarię Zebrzydowską. Dopisała pogoda, było ciepło, ale na szczęście nie upalnie.
Najpierw wylądowałem w Lanckoronie. Znam to miasteczko bardzo dobrze, przynajmniej raz w roku staram się je odwiedzać. Jednak za każdym razem próbuję odkryć coś nowego. Tym razem, zwróciłem baczną uwagę na oznakowania szlaku Camino, który tędy przechodzi (Beskidzka Droga św. Jakuba). Okazuje się, że znaków było pełno – w rynku, pod kościołem, w drodze na ruiny zamku. Ich widok bardzo mnie ucieszył.
Oczywiście, Lanckorona jest piękna o każdej porze roku, ale wiosną jej kolory wydają się być najintensywniejsze. Zarówno rynek widziany z góry oraz las prezentują się szczególnie cudownie, i zachęcają do długich i niespiesznych spacerów.
Dalsza część wycieczki obejmowała wizytę w Klasztorze Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej. To wyjątkowe miejsce na mapie Małopolski, w to sobotnie popołudnie zachwycało ciszą. Odwiedziłem kościół oraz przeszedłem się po okolicznych dróżkach pielgrzymich. Oczywiście, znowu znalazłem kolejne znaki drogi św. Jakuba. Chyba trzeba będzie tam wrócić na dłuższą wędrówkę.
Wycieczka nr 5 (30 lipca-13 sierpnia, czwartek-czwartek – El Arenal, Cala d’Or, Mondrago, Porto Cristo, Son Veri Nou, Palma)
W związku z ograniczeniami pandemicznymi, musiałem porzucić wiele pomysłów na zagraniczne wakacje. Z jednego nie chciałem zrezygnować: z tradycyjnej wizyty na Majorce. Tym razem wycieczka przebiegała nieco inaczej niż zazwyczaj. Poza jedną wyprawą po wschodniej części wyspy i krótkim pobytem w Palmie, zdecydowaną większość czasu z dwutygodniowego urlopu spędziłem na skalistej plaży w Son Veri Nou.
Moja ulubiona i zazwyczaj pusta zatoczka tym razem była zatłoczona, lecz nie przez turystów, których mało przybyło na Majorkę w ubiegłym roku, ale przez miejscowych, korzystających w taki sposób z nieoczekiwanego „bezrobocia” (większość hoteli i restauracji zamknięto w sierpniu). Jako taki spokój miałem tylko w sesji porannej.
Pogoda dopisała wyjątkowo, było gorąco (na początku wypoczynku temperatura sięgała nawet 40 stopni Celsjusza) i bezdeszczowo. Takie warunki sprzyjają długim kąpielom w morzu, gdzie spędzałem co najmniej półtorej godziny dziennie. Dodatkową atrakcją były też zawody w triathlonie, które w pewien piątek zostały zorganizowane właśnie w Son Veri Nou. Rywalizowały… dzieci (nawet wyglądające co najwyżej na 6 lat). Imponowały swoim zaangażowaniem tym bardziej, że fale tego popołudnia sięgały wysoko i przeszkadzały w kraulu, a młodzi sportowcy po wydostaniu się z morza musieli biec po ostrych skałach na bosaka!
Opalanie się jest wspaniałe, ale nie byłbym sobą, gdybym gdzieś nie pojechał. Tym razem wybór padł na wschodnio-południowe rubieże Majorki. Najpierw odwiedziłem urokliwe miasteczko Cala d’Or i jedną z tamtejszych plaż. Jednak morze oglądałem jeszcze z pewnego dystansu. Pływać chciałem dopiero w parku narodowym Mondrago, gdzie udałem się następnie.
Do celu z parkingu prowadziła kilkusetmetrowa ścieżka spacerowa. Jej ostatni odcinek przebiegał po klifie z którego rozciągają się oszałamiające widoki na całą zatokę.
Platja de s’Amarador to jedna z najpiękniejszych plaż, jakie w życiu widziałem. Szeroka, piaszczysta, ukryta pomiędzy drzewami z akwenem z czystą wodą o kolorze turkusu. Szybko rozebrałem się do stroju kąpielowego i ruszyłem skorzystać z dobrodziejstw natury. W takich okolicznościach, polegując w morzu i gapiąc się w słońce, można zapomnieć o wszystkich problemach. O pandemii także.
Na sam koniec dnia odwiedziłem Porto Cristo, w którym byłem po raz pierwszy. Miasteczko okazało się bardzo ładne, z wydzieloną strefą portową i osobno wypoczynkową. Plaża jest rozległa, lecz z położonego nad nią tarasu można objąć ją wzrokiem. Po skosztowaniu lodów i zachwycaniu się panoramą zachodzącego nad wybrzeżem słońca, w końcu musiałem udać się w drogę powrotną do El Arenalu. To był piękny dzień!
Dwutygodniowe wakacje na Majorce spełniły swój cel. Odpocząłem zarówno pasywnie (opalanie się), jak i aktywnie (pływanie). Do Polski wróciłem z nowym pokładem sił i uzbrojony w naturalną witaminę D. Tego zapasu musi mi starczyć na długo, bo kolejna wizyta na tej cudownej wyspie nastąpi po rocznej przerwie. Nie mogę się już doczekać!
Wycieczka nr 6 (28 sierpnia, piątek – Zalipie, Nowy Korczyn, Wiślica, Busko-Zdrój)
W czasach pandemii najsensowniejsze były/są krótkie wycieczki. Jakoś w ubiegłym roku ciągnęło mnie na północ, do województwa Świętokrzyskiego. Po drodze miałem pewne zobowiązania obok Tarnowa, więc zamiast tradycyjnie jechać prostą drogą na Sandomierz, tym razem postanowiłem sprawdzić przeprawę promową przez Wisłę w Borusowej.
Zanim jednak przekroczyłem najdłuższą polską rzekę za pomocą barki, zatrzymałem się na chwilę w Zalipiu. Byłem tu już któryś raz, ale każda wizyta cieszy moje oczy. Tym razem wyjątkowo zwiedziłem również lokalny kościół, umalowany, tak jak i domy, w piękne kwiaty.
Zalipie to dowód, że estetyczne otoczenie wpływa na życie człowieka. W takim miejscu chce się być, i chce się mieszkać. Bardzo tu sympatycznie.
Podobnie dobre wrażenie robi Nowy Korczyn. Dotąd tylko mijałem tę miejscowość, i to wielokrotnie, gdyż czyniłem to jadąc za każdym razem do Sandomierza i z powrotem. Wiedziałem jednak, że warto tu będzie się kiedyś zatrzymać. Największe atrakcje leżą położone tuż przy głównej drodze. Przy wjeździe do miasta z południa wita gości kościół św. Stanisława z XIII wieku. W środku świątynia prezentuje się wspaniale, aż warto zostać na dłużej i w spokoju podziwiać wnętrze. Po wszystkim można udać się na przechadzkę do pobliskiego ogrodu.
Bladziej wypadł kościół św. Trójcy, który znajduje się zaraz obok rynku. Obejście jest zadbane, lecz sam budynek był zamknięty i wyglądał na niezbyt często otwierany. Nowy Korczyn to niewielka miejscowość i, faktycznie, może dwie parafie nie są potrzebne.
Kilkusetletnie zabytki są dowodem na bogatą historię regionu. Ważnym grodem Wiślan w średniowieczu była nieco zapomniana już dzisiaj Wiślica.
Obecnie to niewielkie miasteczko, ale widać ślady dawnej chwały. Całkiem duży rynek, ale przede wszystkim kolegiata Narodzenia NMP, Dom Długosza oraz relikty kościoła św. Mikołaja i grodzisko. Wszystko jednak właśnie restaurowano (przyznaję, że pandemia to dobry okres na takie porządki), więc wrażenia wzrokowe były nieco mniejsze, niż się spodziewałem. Jednak i tak, to, co zastałem, dało obraz ogromnego potencjału drzemiącego w tym miejscu. Na sam koniec smaczne lody i ruszyłem dalej w drogę.
Ostatnim przystankiem było Busko-Zdrój. Miasto jest podzielone na dwie części: uzdrowiskową i miejską. Bardziej interesowała mnie ta pierwsza. Mimo epidemii, życie toczyło się tu znanym rytmem. Kuracjusze spacerowali i wypoczywali w ogromnym parku zdrojowym, muzycy grali koncerty w ogródkach kawiarnianych, słońce ładnie świeciło. Ogólnie, atmosfera sielanki.
Brakowało tylko pijalni wód. No cóż, nie można mieć wszystkiego.
Bardzo udany dzień, taki jak lubię. Trochę zwiedzania, trochę kontemplacji, trochę nowych widoków. Polska jest piękna!
Wycieczka nr 7 (22 września, wtorek – Podzamcze, Katowice)
Nietypowa wycieczka, bo w środku tygodnia. Celem było lotnisko w Pyrzowicach, ale o nim nie będę się rozpisywał. Po drodze do wyboru była Pustynia Błędowska oraz zamek Ogrodzieniec. Na pierwszą atrakcję brakło czasu, gdyż przedłużyła się wizyta w twierdzy.
Miejsce okazało się nadzwyczaj interesujące. Chociaż to w zasadzie ruiny, to jednak prezentują się dostojnie i są w dobrym stanie. Okolica jest bardzo fotogeniczna i łatwo tu o dobry kadr. Zdecydowanie warto było odwiedzić Podzamcze.
Wracając do Krakowa, zahaczyłem jeszcze o pobliskie Katowice i Nikiszowiec. Krótki spacer po dzielnicy cofnął mnie daleko w przeszłość, bo okolica niewiele zmieniła się w ciągu swojej ponad stuletniej historii. Wspaniała architektura (charakterystyczne budynki z czerwonej cegły), szeroki plac główny, podwórka pomiędzy kamienicami stworzyły niepowtarzalną i samowystarczalną całość. Obiad w miejscowej restauracji z widokiem na kościół św. Anny, zachodzące słońce, dobry humor. Nie tylko Polska jest piękna, ale życie tak samo!
Wycieczka nr 8 (3 października, sobota – Solec-Zdrój, Szydłów, Sandomierz)
Prawdziwym skandalem był fakt, że nastała jesień, a ja jeszcze nie odwiedziłem Sandomierza. To miasto najpiękniejsze jest podczas pięknej i ciepłej pogody, więc okazji wielu by już nie było. Pierwsza sobota października wydawała się idealnym (i ostatnim) momentem na przyjazd.
Po drodze zaliczyłem Solec-Zdrój i Szydłów. Wizyta w uzdrowisku była krótka. Solec jest znacznie mniejszych rozmiarów niż Busko, toteż i atmosfera była spokojniejsza, wręcz nieco nudna. Od razu widać, że tu się przyjeżdża wyzdrowieć, a nie szaleć na dansingach.
Wiele rozrywki dostarczył za to Szydłów. Wizyta w Izbie Wójta Jana to z pewnością niezapomniane i na swój sposób bardzo zabawne przeżycie, chociaż go nie polecam. Albo polecam, żeby się przekonać, dlaczego nie polecam. Koncept stworzenia muzeum samego siebie wydaje mi się jednak zbyt ekstrawagancki. Takim egocentrykiem nie jestem. Na szczęście wstęp za darmo.
Wybaczyłem jednak tę szkodę moralną. Przyszło mi to o tyle łatwo, dlatego iż mam pewną słabość do miasteczek przeżywających swój rozkwit jeszcze w średniowieczu, i które do dzisiaj zachowały historyczny układ urbanistyczny.
Mury miejskie są widoczne z daleka i, docierając z zachodu, robią imponujące wrażenie. Ciągną się na setki metrów, okalając Szydłów prawie z każdej strony.
Miasto ma sporo do zaoferowania: niemały rynek, acz z nieco zaniedbanym ratuszem (warto odwiedzić mieszczący się w nim sklep ze śliwkami w czekoladzie – miejscowy przysmak), zamek, kościół św. Władysława oraz ładnie odnowiona synagoga. Wizytę w tej ostatniej rekomenduję szczególnie, jako dowód licznej obecności społeczności żydowskiej na tych terenach. Żałuję, że nie zwiedziłem zamku, ale brakło mi czasu, za to kupiłem tam elegancką torbę wełnianą oraz magnes :)
Szydłów przyciągnął mnie jeszcze jednym – tędy, obok zabytkowego kościoła Wszystkich Świętych, przebiega Małopolska Droga św. Jakuba wiodąca do Krakowa, która chodzi mi po głowie od dłuższego czasu i jest takim niezrealizowanym dotąd marzeniem podróżniczym. Szybko zorientowałem się, że szlak oznaczono tu doskonale. Pięknie dziękuję tym, którzy tak się troszczą o nasze polskie drogi Camino.
Na koniec tego ciepłego dnia zaplanowałem Sandomierz. Byłem krótko, bo zaledwie dwie godziny, ale wystarczyło na spacery oboma wąwozami i wokół rynku. Chłonąłem obrazy, by zapamiętać ich jak najwięcej. Nie wiem, kiedy znowu będzie okazja, by odwiedzić to najpiękniejsze miasto w Polsce.
Wycieczka nr 9 (4 października, niedziela – Janowice)
Na ostatnią wycieczkę ubiegłego roku wybrałem się do Janowic, urokliwej miejscowości położonej w gminie Pleśna. Słynie ona głównie z pałacu, który należy do ZAiKS. Niebawem sławniejszy może stać się Zaułek Gurmandzisty. Jest to położony na wzniesieniu dom, który ciągle przechodzi gruntowny remont, ale już teraz robi bardzo dobre wrażenie, a końcowy efekt zapowiada się fantastycznie. Razem z ogromnym ogrodem stanowi wyjątkową całość.
Postępy prac można śledzić na facebookowym profilu ( https://www.facebook.com/ZaulekGourmet/ ). Polecam obserwować, by czerpać inspirację w sprawie prowadzenia domu i ogrodu.
Koniec!
PS W linkach poniżej podsumowania turystyczne z ubiegłych lat.
2019
Cześć I: http://trwoga.blogspot.com/2020/01/turystyczne-podsumowanie-roku-2019-cz-i.html
Cześć II: http://trwoga.blogspot.com/2020/02/turystyczne-podsumowanie-roku-2019-cz-ii.html
Cześć III: http://trwoga.blogspot.com/2020/04/turystyczne-podsumowanie-roku-2019-cz.html
2018
Cześć I: http://trwoga.blogspot.com/2019/01/turystyczne-podsumowanie-roku-cz-i.html
Cześć II: http://trwoga.blogspot.com/2019/01/turystyczne-podsumowanie-roku-cz-ii.html
Część III: http://trwoga.blogspot.com/2019/03/turystyczne-podsumowanie-roku-2018-cz.html
Cześć IV: http://trwoga.blogspot.com/2019/08/turystyczne-podsumowanie-roku-2018-cz-iv.html







































Komentarze
Prześlij komentarz