Turystyczne podsumowanie roku 2021, cz. II

Zapraszam na drugą część mojego podsumowania turystycznego za ubiegły rok. Jesienią (wrzesień-listopad) odbyłem 6 wycieczek. Każda z nich miała charakter trochę pielgrzymkowy, bo moim celem były albo kościoły św. Jakuba (Buen Camino!), albo sławne sanktuaria (Lourdes oraz Kalwaria Zebrzydowska). Poza tym odwiedziłem kilka pięknych miast (zwłaszcza we Francji – Nowa Akwitania, Oksytania), zobaczyłem ocean, a nawet pochodziłem po górach. W Pirenejach pobiłem swój rekord wysokości 😊

 

 

 

Każdą podróż odbyłem z kimś. To istotna wiadomość, bo w ubiegłym roku z powodów problemów zdrowotnych (silny ból brzucha nie do końca wiadomego pochodzenia) nie byłem najlepszym kompanem. Na moje szczęście, najlepsze były za to towarzyszki. Dziękuję za Wasze wsparcie i empatię! Do zobaczenia na szlaku w tym roku 😊

Od samego początku tego cyklu przyjąłem zasadę, iż każdą wyprawę opisuję tak, jakbym wędrował samotnie. Nie zmieniam tej reguły i w tym przypadku.

Część pierwsza ubiegłorocznego podsumowania turystycznego w linku poniżej.

http://trwoga.blogspot.com/2022/03/turystyczne-podsumowanie-roku-2021-cz-i.html

 

Lecimy! (Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa).

 

Wycieczka nr 10 (5-12 września, niedziela-niedziela – Pic du Jer, Lourdes, Bajonna, Biarritz, Pau, Cauterets, Pont d’Espagne, Lac de Gaube, Tarbes)

Już dawno żadna wycieczka mnie tak nie zaskoczyła, i to pozytywnie, jak ta do Nowej Akwitanii i Oksytanii. Skojarzenia z Lourdes są oczywiste, ale naprawdę nie wiem, komu bardziej polecam tu przyjechać: wierzącym czy niewierzącym. Rekomenduję więc każdemu!

Lourdes bowiem to nie tylko modlitwy, nabożeństwa, procesje itd. Chociaż i one są wspaniałe, i potrafią poruszyć nawet najtwardsze serca. Ta niewielka miejscowość jest też idealnym punktem wypadowym do wycieczki w pobliskie Pireneje (co najmniej kilkadziesiąt osób z samolotu miało taki cel).

 


Przez te góry prowadzi szlak Camino. W mieście jest sporo znaków kierujących pielgrzymów we właściwą stronę oraz albergue. Zaraz obok mojego hotelu znajdował się sporej wielkości punkt informacyjny. Czułem się tam jak w raju, i codziennie rano zaglądałem na chwilę, by pozdrowić prowadzącą to miejsce Panią. Kilka tygodni później sama udawała się na swoją kolejną pielgrzymkę.

Swoje plany o Camino przełożyłem na inną wizytę. Po wylądowaniu musiałem też dokonać innej korekty. Chciałem zacząć zwiedzanie od pobytu w Tarbes. W niedzielę nie było jednak tak łatwo się tam dostać, na szczęście anulowanie biletów we francuskim PKP jest proste 😊

Korzystając z pięknej pogody, będąc już w Lourdes, postanowiłem ruszyć od razu w góry. Na peryferiach znajduje się Pic du Jer. Można na niego wejść, ale postanowiłem podjechać kolejką, która wynosi nas na odpowiednią wysokość (473 m), skąd idzie się jeszcze około paręset metrów w górę. Było to dosyć niebezpieczne, ponieważ odbywał się rajd rowerowy, i co chwilę należało się usuwać w bok. W końcu jednak dotarłem na szczyt. Rozciąga się z niego piękny widok na całą okolicę. Wtedy po raz pierwszy ujrzałem Sanktuarium, ale jeszcze mi się tam nie spieszyło 😊

 


Wizyta na Pic du Jer nie zakończyła wspinania tego dnia. Na dużym wzniesieniu znajduje się też zamek w Lourdes. Bardzo polecam jego odwiedzenie. Opisana jest ciekawa historia miasta, która nie ogranicza się tylko do objawień maryjnych. Z wysokości warowni również można podziwiać okolicę, a także znaleźć idealne miejsce do odpoczynku.

 

 

Cały dzień łażenia po górach zmęczył mnie na tyle, że pierwszego dnia jeszcze nie miałem siły, by odwiedzić świątyń. Paradoksalnie, bo mieszkałem dosłownie parę minut spacerem od Sanktuarium, nie udało mi się to też kolejnego dnia 😊

W poniedziałek wyjątkowo dopisała pogoda, było nawet za ciepło, bo ponad 30 stopni 😊 Przed południem udałem się w kierunku dworca, by pociągiem pojechać na zachód, do Bajonny, stolicy Francuskich Basków. Największym zabytkiem całkiem ładnej starówki jest Katedra, do której, na szczęście, można było wejść.

 


Z Bajonny jest już blisko do oceanu, wystarczy wsiąść w busa i po lekko ponad 30 minutach ujrzałem cudowną plażę. Biarritz jest sławnym w Europie kurortem, przeznaczonym głównie dla bogatszej części społeczeństwa. Luksus jest widoczny wszędzie, nie tylko w imponującym budynku kasyna, które znajduje się nad samym morzem.

 


Spacerować można dwoma traktami: albo bulwarem, albo chodząc po piasku, i pozwalając na oblewanie się dość sporymi tutaj falami. Stałem się ofiarą kilku z nich, i mimo podwinięcia nogawek, do Lourdes wracałem nieco mokry i brudny 😊

Bulwary z kolei onieśmielają swoją urodę. Chociaż widziałem już wiele, to trakty w Biarritz są wyjątkowo przepiękne i szybko przestałem się dziwić popularności tego miasta. Natura w jego przypadku nie poskąpiła skarbów w postaci charakterystycznego ułożenia skał, sprzyjającego utworzeniu kolejnych zatoczek, więc raz to przybliżamy się do oceanu, raz od niego oddalamy, ale zawsze mając wspaniałe krajobrazy przed sobą.

 

 

Biarritz najlepiej nadaje się właśnie do spacerowania, plażowania, ale przede wszystkim surfingu, przyciągając amatorów tego wodnego szaleństwa z całego świata. Deska jest tak istotnym przedmiotem, że w kościele św. Eugenii pełni nawet rolę relikwii 😊

 


Do Lourdes wracałem późnym wieczorem, za to z dodatkową atrakcją. Specjalnie wykupiłem sobie bilet TGV pierwszej klasy, i była to moja druga podróż w takich warunkach 😊 Poczułem się jak stały bywalec Biarritz 😊

Ciąg dalszy zwiedzania nastąpił we wtorek w Pau, a poprawiłem w czwartek w Tarbes. Ta druga miejscowość trochę mnie zawiodła. Najlepsza tam była bagietka, którą kupiłem w lokalnej piekarni, tuż przed nastaniem popołudniowej sjesty. Katedra jest bardzo skromna, zwłaszcza jak na taką diecezję, pozostałe kościoły tym bardziej. Ładny jest lokalny park, więc tam spędziłem najwięcej czasu.

 


Świetne wrażenie za to zostawiło po sobie Pau. Nie jest to metropolia, ale ma swój taki bardzo francuski szyk, więc przypomina Paryż w miniaturze. Łatwo się dostać na długą aleję, która jest tarasem widokowym z panoramą Pirenejów. Siedząc w lokalnej kawiarni i jedząc naleśniki cytrynowe, można podziwiać kolejne szczyty masywu górskiego. Czułem się wspaniale 😊

Pau to nie tylko cudowne krajobrazy, ale też bardzo interesująca architektura i zabytki: kilka imponujących kościołów oraz zamek. Warto odwiedzić również park zamkowy. Bardzo chętnie tu jeszcze kiedyś wrócę!

 


Pau było zapowiedzią Pirenejów, która miała się najbardziej spełnić w środę. Rano odczułem zaniepokojenie, gdyż warunki pogodowe, do tej pory doskonałe (upały i pełne słońce), miały się akurat tego dnia zmienić na niekorzyść. Nie jestem fanatykiem górskich wędrówek, a na pewno nie w deszczu i przy silnym wietrze. Fortuna mi jednak sprzyjała. Lało mocno, ale zaczęło dopiero w momencie, gdy wsiadłem do busa powrotnego, odjeżdżającego z urokliwego dworca w Cauterets (fajne miasteczko w ogóle).

 


Co nie znaczy, że nie było chłodno, bo jednak na pewnych wysokościach tak być chyba musi 😊

Do tej pory najwyższym szczytem, jaki zdobyłem to Turbacz (1310 m), co, przyznajmy, nie jest zbyt imponującym osiągnięciem. W Pirenejach pobiłem jednak wszelkie rekordy. Szukając w mapach różnych atrakcji, znalazłem jezioro (Lac de Gaube) i pomyślałem sobie, że fajnie byłoby je zobaczyć na żywo (nawet w górach ciągnie mnie do wody). Niestety, droga nie taka prosta jak w przypadku Morskiego Oka. Ale może właśnie stety 😊

 


Wspinaczka była długa (1725 m npm), ale widoki po drodze oraz na miejscu prześliczne. Muszę przyznać, że w Pirenejach można zakochać się w górach i mnie trafiła ta strzała Amora (w Polsce, z powodu wszechobecnej u nas cepelii mi to nie grozi), więc zamierzam tu regularnie wracać. Gdyby nie to, że odwołano loty z Krakowa do Lourdes, to chyba bym wizytował je co roku…

Po kolejnych wojażach, przyszedł czas na punkt główny programu, czyli Sanktuarium. I trochę żałowałem, że tak późno zwróciłem na nie uwagę, zważywszy że naprawdę ze swojego pokoju miałem bliziuteńko (dwie ulice w zasadzie).

Sanktuarium w Lourdes jest olbrzymim kompleksem wielu świątyń (co najmniej 4 kościoły i niezliczone kaplice), sławnej groty, drogi krzyżowej, no i, oczywiście, źródełek, z których można za darmo korzystać (regularnie uzupełniałem w ten sposób swoje butelki).

 

 

Kąpiel w warunkach pandemii ograniczyła się do polania wodą i przepłukania rąk oraz twarzy. Grota nie była dostępna w środku, a na całym terenie (nawet na polu) należało mieć założoną maseczkę. Nie przeszkadzało to jednak zbytnio.

Pobyt w Sanktuarium, dla mnie, jako aktywnie poszukującego wiary, był fascynującym i bardzo interesującym doświadczeniem. Niestety, moja ufność w cudowne uzdrowienia jest znikoma, więc pewnie dlatego ból brzucha nie minął i doskwierał mi cały tydzień…

 


Przede wszystkim polecam codziennie uczestniczyć w procesji z pochodniami (godz. 21.00). Wrażenia są niesamowite, i zawsze wyjątkowe, mimo że powtarzane co 24 godziny. Procesja jest swego rodzaju spektaklem, gdzie figura Matki Bożej krąży po całym placu niesiona przez grupę mężczyzn, przy akompaniamencie muzyki i modlitw w różnych językach. Moją ulubioną melodią było „Ave Maria”. W trakcie refrenu tej pieśni (jest też wersja polska, o czym dowiedziałem się w Lourdes) podnosi się znicze, świeczki, czy co tam się ma świecącego (ale nie komórki; niesamowity widok z góry, ale z dołu też). Wydarzenie trwa niespełna godzinę, ale zaraz po zakończeniu się za nim tęskni, i czeka na kolejne. Jedyna wada, że wszystko dzieje się na polu, wiec jak leje i jest zimno, to… i tak warto w tym uczestniczyć 😊

 


W ciągu dnia odprawia się dziesiątki mszy świętych w różnych miejscach. Oczywiście, nie we wszystkich brałem udział, ale z tych mi znanych, najbardziej rekomenduję tę koncelebrowaną o godz. 17.00 w Bazylice św. Piusa X. Piękna oprawa muzyczna, a na koniec seria oryginalnych błogosławieństw. Kiedy zajmie się miejsce na końcu, można zostać pozdrowionym przez licznych tu biskupów. Ja nie wiedziałem, co mam czynić na ich gesty, więc im odmachiwałem 😊

Sama Bazylika jest wyjątkowym miejscem, bo po pierwsze jest ogromna (może przyjąć około 20 tysięcy osób), ale także dlatego, iż znajduje się pod ziemią. Za pierwszym razem nie jest tak łatwo znaleźć do niej wejście, ale gdy się je odkryje, i gdy akurat jest otwarta, to spędza się tam wiele czasu. Także dlatego, iż znaleźć można tam wiele akcentów filozoficznych oraz polskich 😊

 


Wyjazd do Lourdes spełnił wszystkie moje oczekiwania, i wiele innych, których przed podróżą nie miałem. Trudno to opisać słowami, najlepiej przeżyć to samemu. Dlatego, nieważne, czy jest się wierzącym, czy ateistą, warto tam przyjechać. Najlepszy przepis na udany wyjazd to dni spędzać w górach lub na zwiedzaniu, a wieczorem wracać do Sanktuarium 😊

 

 

Wycieczka nr 11 (9 października, sobota – Zalipie, Koprzywnica, Sandomierz, Kotuszów, Szczaworyż)

Zawsze wtedy, gdy 25 lipca (święto Jakuba Apostoła) wypada w niedzielę, w Kościele Katolickim obchodzi się tak zwany Rok Jakubowy. Tak było w minionym roku, a w związku z pandemią, celebracja została przedłużona nawet o kolejne 12 miesięcy. W Polsce wyznaczono kilkadziesiąt świątyń stacyjnych, za których nawiedzenie czekać będzie na pielgrzymów możliwość uzyskania odpustu zupełnego.

Znam osoby, które za cel postawiły sobie odwiedzić wszystkie tego typu kościoły w tym okresie. Ja wybrałem sobie kilka na jesienne weekendy.

Zacząłem od tych znajdujących się w województwie Świętokrzyskim, a dokładniej rzecz ujmując, od Sandomierza (zero zdziwienia 😊 )

Po drodze do niego zaliczyłem Zalipie, które wydaje się fantastycznym przystankiem w takich eskapadach. Zawsze zachwycają mnie te domy pomalowane w kwiaty. Można się w nie długo patrzeć.

 


Nowością był za to postój w Koprzywnicy. Znajduje się tam urokliwy kościół św. Floriana, który razem z jednym skrzydłem jest pamiątką po klasztorze zamieszkałym niegdyś przez Cystersów.

Zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz, czuć i widać tę długą historię, sięgającą nawet XIII wieku. Całość prezentowała się wyjątkowo dostojnie w cudownych jesiennych barwach i przy mocno świecącym słońcu. Zdecydowanie polecam.

 


Z pogodnej aury korzystali turyści, których w Sandomierzu było wielu. Ja, tym razem, maszerowałem bocznymi ścieżkami. Ulicą Staromiejską (najpiękniejszy trakt w Polsce?) dotarłem do głównego celu, czyli do Klasztoru Dominikanów i ich kościoła św. Jakuba. W świątyni, z powodów badawczych, podszedłem blisko, bo pod sam ołtarz, gdzie mogłem przyglądnąć się dokładnie każdemu witrażowi. Ich bohaterem był nie tylko apostoł, ale również między innymi św. Jacek Odrowąż, który sprowadzał ten zacny zakon do Polski.

 


Po wykonaniu dokumentacji fotograficznej, spokojnie udałem się na herbatę do pobliskiej kawiarenki z oszałamiającym widokiem na zamek, a następnie na zasłużony spacer. Wąwozy, uliczki, krzywy Rynek, przyroda. Po prostu kocham to miasto niegasnącą miłością i nie ma miejsca, gdzie szybciej nabierałbym sił do kolejnych wyzwań 😊

 

 

Chciałbym zostać dłużej, ale pewną zasadą nawiedzania kościołów stacyjnych jest wejście do ich środka. W sobotę bywa różnie, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach. Pewnym otwartych bram można być tylko przy okazji mszy. Z tego powodu zegarek rządził mną, a nie ja nim.

Przed godziną 17 zameldowałem się w pobliskim Kotuszowie, który jest ukryty, z daleka od głównych dróg. A szkoda, bo nawet krótki pobyt w tej miejscowości wystarczył, bym polubił to miasteczko.

Okazało się, że w Świętokrzyskim panują nieco inne zasady sobotnich nabożeństw, niż w moich rodzinnych Okulicach. Najpierw zasadnicza część mszy, a różaniec później (w Okulicach na odwrót). W Kotuszowie miało to swoiste konsekwencje. W trakcie pierwszych dwóch kwadransów, nie było prawie nikogo, mieszkańcy przyszli dopiero na różaniec 😊

 


Dzięki temu panowała swobodna i świetna atmosfera. Msza została opóźniona, gdyż proboszcz (ale też jedna kotuszowianka) postanowił uciąć sobie pogawędkę z pielgrzymami z Krakowa. Specjalnie dla gości zademonstrował wszystkie ślady świętego patrona (między innymi relikwie oraz obraz w ołtarzu, którego otwarcie nie było planowane).

Kapłan okazał się zwariowanym na punkcie Camino człowiekiem, co było widać w świątyni i wokół niej. Przez Kotuszów przebiega świetnie oznaczona i fantastyczna krajobrazowo droga św. Jakuba. Nie dało się nią nie przejść chociaż kawałka.

 


Niestety, trzeba było wcześniej opuścić to wspaniałe i życzliwe miejsce, bo w okolicy znajdował się jeszcze jeden kościół św. Jakuba – w Szczaworyżu, a plan zakładał upieczenie trzech pieczeni na jednym ogniu, znaczy nawiedzenie tylu świątyń w ciągu jednego dnia. Według informacji znalezionych w Internecie, msza miała rozpocząć się tam o godzinie 18. Chciałem zdążyć przed zakończeniem. Zastałem jednak tylko zamknięte drzwi. Nerwowo okrążałem budynek, bo a nuż znajdę otwarte wejście, i w końcu wrota się otwarły, ale od plebanii 😊

Ksiądz już wzywał kogoś na pomoc, bo ktoś dziwny kręci się wokół kościoła, a dodatkowo poszczuł psem. Zwierzę okazało się nad wyraz przyjacielskie, a alarm został zaraz odwołany, gdy duchowny w końcu, po kolejnych próbach wytłumaczenia, zrozumiał powody moich nerwowych ruchów.

 


Camino kochali tu trochę mniej, a mnie zaproszono za tydzień, na godz. 17.

Nawet sobie nie wyobrażacie, jak w tym momencie było mi strasznie żal tego gwałtownego pożegnania z Kotuszowem, który zrobił na mnie tak pozytywne wrażenie. Jeszcze tu wrócę, tak jak wróciłem do tego nieszczęsnego Szczaworyżu 😊

 

Wycieczka nr 12 (10 października, niedziela – Podegrodzie, Stary Sącz, Bobrowisko)

Idąc za ciosem, następnego dnia znowu wybrałem się na wschód w poszukiwaniu kościoła św. Jakuba, tym razem pozostając jednak w granicach Małopolski. Realizacja mojego planu zakładała wizytę w świątyni w Podegrodziu.

Wrażenia miałem pozytywne, budynek jest odnowiony, czuć było, że parafianie tworzą wspólnotę, a niedziela to dla nich święto. Przy tym wszystkim nieco jednak ginął duch Camino, który mnie tu przyciągnął. Ślady wybitnego patrona były trudne do znalezienia, i w zasadzie musiałem się zadowolić oznaczeniami szlaku. No, nie zawsze trafia się Kotuszów…

 


Podegrodzie ma jedną dodatkową zaletę, znajduje się blisko Starego Sącza. Nie byłem tam długie lata, więc z tym większą ochotą odwiedziłem to urokliwe miasteczko o wielkiej historii.

Na początek gigantyczny rynek, z nietypową nawierzchnią. W Sandomierzu chodzić jest podobnie trudno, więc nie narzekałem. Głównym celem był, oczywiście, klasztor Klarysek, lecz z powodu akurat trwającej mszy, nie chciałem przeszkadzać. Przerwę wykorzystałem na spacer po mieście (zaglądnąłem miedzy innymi pod kościół św. Elżbiety) oraz zjedzenie przepysznych pierogów w miejscowej pierogarni. Restauracja godna największych metropolii. Odczuwałem to każdym zmysłem, także słuchem, bo telefony z zamówieniami dzwoniły bez przerwy.

 


Po wybornym obiedzie, w końcu pozwiedzałem klasztor oraz świątynię. Wyjątkowe miejsce, o którym mówi się stanowczo za rzadko.

Stary Sącz coraz bardziej słynie nie tylko ze swoich zabytków, ale także bogactw natury. Leśne molo zostawiłem sobie na inny raz, ruszyłem za to w kierunku Bobrowiska. Na brzegu Dunajca powstał rezerwat bobrów, który został zabudowany kładkami i ścieżkami przeznaczonymi do spacerów oraz jazdy na rowerze. Idealne warunki do niespiesznej wędrówki i kontemplacji piękna przyrody. Niestety, nie udało mi się wypatrzeć głównych bohaterów. I to była jedyna wada całej wyprawy.

 


Zdecydowanie warto odwiedzić Bobrowisko, a nawet wracać do niego często.

 

Wycieczka nr 13 (16 października, sobota – Szczaworyż)

W nawiązaniu do wycieczki nr 11, minął tydzień i tym razem udało się wejść do środka kościoła św. Jakuba w Szczaworyżu. Specjalnie zameldowałem się wcześniej, by wszystko dokładnie zobaczyć, porobić zdjęcia. Musiałem być cicho, bo proboszcz urzędował w konfesjonale, a świątynia z zewnątrz wydaje się znacznie większa, niż jest w rzeczywistości.

 


Wyjątkowo ciekawym przeżyciem okazała się msza.

Razem było 10 osób, i już nikt nie dołączał w trakcie różańca. A szkoda, bo przyprawił mnie prawie o palpitację serca.

Ksiądz postanowił bowiem zrobić sobie wolne. Najpierw podzielił wiernych na równe połowy (autentycznie, kazał jednej osobie przesiąść się), a następnie zalecił nam zmówienie modlitwy na dwa głosy, gdy on będzie się przysłuchiwał.

Trochę zaniemówiłem, bo miałem rozpoczynać, na szczęście po swojej stronie nie byłem sam, więc uniknąłem kompromitacji i tylko podążałem za jedną mieszkanką, raz na jakiś czas, recytując głośniej 😊

Podróże kształcą. Wystarczy tylko przekroczyć granicę diecezji i przeżyć coś zupełnie nowego…

 

Wycieczka nr 14 (22 października, piątek – Lanckorona, Brody, Kalwaria Zebrzydowska)

Korzystając z wolniejszego piątkowego południa, i nienajgorszej pogody, postanowiłem udać się do urokliwej Lanckorony na herbatę i pierogi ruskie. Był to jednak dopiero początek przygody. Idąc przez rynek, skierowałem się w kierunku mało znanego i przez to bardzo niedocenianego Mostu Aniołów w Brodach. Dalej wiedzie piękny szlak św. Jakuba, prowadzący wprost do Sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej.

 


Innych pielgrzymów nie uświadczyłem na trasie, ale może to i lepiej. Było spokojnie i refleksyjnie. Po drodze mijałem kolejne kapliczki, a spoglądając w tył, zachwycałem się pięknymi widokami na okoliczne góry. Niedaleko pasły się też konie.

Podejście nie jest najtrudniejsze i warte tego nieznacznego wysiłku. Na finiszu czekał klasztor Bernardynów. Nie zakończyłem jednak na nim swojej wędrówki, kontynuując ją po okolicznych dróżkach Kalwaryjskich. Czasami to zaskakujące jak cenne skarby historii, kultury i przyrody znajdują się tak blisko Krakowa…

 


Wycieczka nr 15 (6-7 listopada, sobota-niedziela – Korczowa, Stubno, Gaje, Jarosław, Krzemienica)

Ostatnia wycieczka w roku. Bardzo się na nią nastawiałem, gdyż lubię wschodnią część Polski, i staram się ją odwiedzać regularnie. Tym razem trafiłem aż pod granicę z Ukrainą. W Korczowej znajduje się bowiem najbardziej wysunięty na tę stronę Polski kościół św. Jakuba, czyli kontynuowałem zwiedzanie naszego pięknego kraju śladem tego Apostoła, patrona wszystkich pielgrzymów. Niestety, nie udało się wejść do środka (naprawdę trudno się czasem połapać w godzinach mszy, zwłaszcza gdy Internet dostarcza rozbieżnych informacji), ale nie popsuło mi to specjalnie humoru.

Korczowa ma dwa oblicza – te przygraniczne, z licznymi tirami, ogromnymi parkingami i halami, oraz to bardziej lokalne, nieco schowane. Świątynia, z położonym obok cmentarzem znajduje się, oczywiście, w tej drugiej części. Całość jest zadbana, pomyślano o tablicach i znakach Caminowych.

 


Ten region Polski nie należy do specjalnie zagęszczonych, więc pełno tu przyrody. Często różnorodnej, bo po drodze mijamy nie tylko lasy, rzeczki i pola, ale zdarza się nawet kopiec. Tutejszy zwany jest Monastyrem i, według badaczy, mogło tu być w pradawnych czasach grodzisko. Obecnie, prezentuje się dostojnie (zwłaszcza na tle zachodu słońca), lecz niewielka wysokość powoduje, że można przegapić tę górkę.

Okrążając okolicę, łatwo spostrzec religijną różnorodność wschodu Polski. Z kościołami sąsiadują cerkwie. Polecam zaglądnąć do Gajów, by zobaczyć zielonkawą Cerkiew NMP. Mnie się bardzo spodobała.

Nocowałem w Szówsku, w przyjemnym hoteliku, skąd było blisko do Jarosławia. To miasto chcę odwiedzić na spokojnie, gdy będzie ciepło, toteż teraz zrobiłem tylko mały rekonesans. Złożyłem wizytę na lokalnym rynku, który w niedzielę, o godz. 9 rano wyglądał na taki, który jeszcze się nie obudził po szaleństwach sobotniej nocy. Spotkanych ludzi można było policzyć na palcach jednej ręki. Ale miałem akurat szczęście, bo wśród nich był miejscowy konserwator zabytków, który zaczepił mnie, gdy robiłem zdjęcia. Odbyłem z nim krótką i niezwykle sympatyczną rozmowę, komplementując jego rodzinne miasto.

 


Jarosław bowiem zrobił na mnie niezwykle pozytywne wrażenie. Główny plac jest sporych rozmiarów, zabytkowe kamienice są po remontach albo je przechodzą (poprawy wymaga jeszcze na pewno nawierzchnia), ratusz zachwyca swoim majestatem.

Najbardziej interesującym miejscem jest jednak Opactwo Jarosławskie, czyli cały kompleks klasztorny Benedyktynek wraz z kościołem św. Mikołaja i św. Stanisława. Sporo tu przestrzeni do spacerowania oraz chrześcijańskiej medytacji. Chociaż była niedziela, to trafiłem na czas pomiędzy mszami, więc bez tłumów. Cisza i spokój. Czegóż więcej trzeba.

 


Ostatnim przystankiem w drodze do domu był kościół św. Jakuba w Krzemienicy. Można się zaskoczyć, bo w tej miejscowości świątynie są dwie, położone dokładnie naprzeciwko siebie. Szukałem tej starszej.

Z zewnątrz kościół wyglądał niepozornie – drewniany budynek, zamknięty szczelnie na kłódkę. Interwencja u kościelnego i argumenty o czczeniu św. Jakuba przekonały go do otwarcia chociaż na chwilę świątyni. Warto było czekać i się starać.

 


W Polsce jest sporo perełek, które są nieco i ukryte, i zakryte dla gości. Ja sam najbardziej kocham salę modlitw Synagogi w Sandomierzu (kto widział, ten zrozumie, a niektórzy moi znajomi i czytelnicy tego bloga mieli tę przyjemność), ale kościół w Krzemienicy jest również wysoko na tej liście.

To prawdziwe cudo architektury, zaskakująco rozległe w środku i odnowione z klasą. Trudno się dziwić, że lokalne młode pary chcą brać ślub tylko tutaj, i że wierni zażądali dodatkowych mszy w tym miejscu. Aż żal, iż budynek nie jest otwarty na oścież, lecz rozumiem, że decydują tu względy bezpieczeństwa.

Świątynia jest dumą Krzemienicy, i całkowicie słusznie. Bardzo zaskakujące i udane zakończenie roku turystycznego. Oby obecny również dostarczył kilku podobnych niespodzianek.

Tyle!

 

PS W linkach poniżej podsumowania turystyczne z ubiegłych lat.

 

2020

http://trwoga.blogspot.com/2021/05/turystyczne-podsumowanie-roku-2020.html

 

2019

Cześć I: http://trwoga.blogspot.com/2020/01/turystyczne-podsumowanie-roku-2019-cz-i.html

Cześć II: http://trwoga.blogspot.com/2020/02/turystyczne-podsumowanie-roku-2019-cz-ii.html

Cześć III: http://trwoga.blogspot.com/2020/04/turystyczne-podsumowanie-roku-2019-cz.html

 

2018

Cześć I: http://trwoga.blogspot.com/2019/01/turystyczne-podsumowanie-roku-cz-i.html

Cześć II: http://trwoga.blogspot.com/2019/01/turystyczne-podsumowanie-roku-cz-ii.html

Część III: http://trwoga.blogspot.com/2019/03/turystyczne-podsumowanie-roku-2018-cz.html

Cześć IV: http://trwoga.blogspot.com/2019/08/turystyczne-podsumowanie-roku-2018-cz-iv.html

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (marzec 2024)

Czytelnicze podsumowanie miesiąca (maj 2024)